O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
Blog > Komentarze do wpisu
Upadek dydaktyki na Politechnice Gdańskiej

Od kilku lat, na uczelniach wyższych toczy się cicha rewolucja, której skutki już powoli zaczynają być odczuwalne. Inspiratorem tych zmian jest rząd i UE, niestety żadna z tych zmian nie wróży niczego dobrego naszemu systemowi szkolnictwa wyższego.

Dawne szkolnictwo można podsumować dość prostym schematem:
- 80% osób chodzących do szkół średnich zdawało maturę
- 40% osób z maturą kończyło studia wyższe
- 1% kończących studia decydowało się na doktorat (z tego 50% uzyskiwało ten stopień)
- 10% doktorów było w stanie osiągnąć tytuł doktora habilitowanego

Klasyczny schemat odsiewający. W zależności od wiedzy i umiejętności dochodziło się do jakiegoś stopnia naukowego. Można było to również postrzegać w drugą stronę – stopień naukowy ukazywał wiedzę człowieka. Na uczelniach byli więc cenieni profesorowie, młodzi doktorzy którzy dopiero rozpoczynali karierę naukową oraz starsi i doświadczeni doktorzy, którzy nigdy nie zdobyli habilitacji, ale ich doświadczenie choćby w nauczaniu było doceniane.

Te czasy odchodzą w zapomnienie.

Wprowadzona nowa ustawa o szkolnictwie wyższym nakłada obowiązek zdobywania w określonym czasie wyższego stopnia naukowego. Tak wiec magister na uczelni ma 8 lat na uzyskanie doktoratu, doktor ma kolejne 8 lat na zdobycie habilitacji. Już nikt nie patrzy czy dana osoba rzeczywiście ma możliwość dojścia do danego stopnia naukowego. W praktyce ustawa mówi, że magister musi w 16 lat zrobić habilitację, albo… zostanie uznany za niewartościowego pracownika!

Pomyślcie jakie dwie ogromne bzdury wprowadza to prawo. Po pierwsze zakłada się, że każdy może dojść do habilitacji /co automatycznie oznacza dewaluację tego stopnia naukowego/, po drugie uznaje się pracownika, który oddał uczelni kilkanaście lat pracy za bezwartościowego!

Doktorat czy habilitacja nie jest prostą sprawą. W praktyce trzeba prowadzić pracę badawczą i bardzo dużo publikować w renomowanych zagranicznych pismach. Jeśli jakiś doktor pragnie poświęcić się dydaktyce lub realizacji grantów dla przemysłu, automatycznie traci czas na robienie habilitacji. A warto tu zaznaczyć, że najzdolniejsi z doktorów habilitowanych robili ją przez 5-7 lat. /Geniusze potrzebują 7 lat! To ilu lat potrzebuje człowiek zaledwie inteligentny?/

Czyli w praktyce 8 letni czas na uzyskanie habilitacji staje się nierealny dla każdego pracownika, który za dużo czasu przeznaczy na dydaktykę lub przemysł. Co więcej nawet jak ktoś w całości odda się pracy naukowej to może się okazać, że nie dysponuje odpowiednimi predyspozycjami aby zdobyć ten stopień.

Doktor dowolnej uczelni wyższej staje więc przed dylematem, czy robić habilitację za wszelką cenę i kosztem innych aspektów, czy np. skupić się na nauczaniu i zostać za kilka lat wyrzuconym z pracy.

Jak to wygląda w praktyce?

Na uczelniach jest popłoch wśród pracowników naukowych. Jasno im się sugeruje, że wraz z nową ustawą jedyną wartością jaką oni stanową, jest liczba ich publikacji naukowych. Nie liczy się, że pracownik ma podejście dydaktyczne i jest ceniony przez studentów, nie liczy się, że pracownik na pół etatu pracuje w przemyśle i posiada praktyczną wiedzę, którą może przekazywać studentom, liczy się tylko generowanie prac naukowych – często bardzo teoretycznych, niepraktycznych i co gorsze takich, których nikt nie przeczyta.

Aż nasuwa się porównanie do rabinów analizujących biblię. Piszą opracowania, komentują sami siebie i w rezultacie żyją w swoim zamkniętym i niepraktycznym świecie, a życie setek ludzi przemija obok nich.

Pracownicy naukowi boją się. Wielu wie, że tytuł doktora to maksimum ich możliwości, coraz więcej zauważa, że przestaje się ich doceniać, za doskonałe wyniki nauczania – słowem powstaje bardzo nieciekawa atmosfera frustracji i niepewności.

Podam ciekawy przykład z mojego podwórka. Politechnika Gdańska i Wydział Elektroniki Telekomunikacji i Informatyki. Jakiś czas temu wydział ETI uzyskał najwyższą notę w Narodowym Centrum Nauki. Co automatycznie generuje łatwiejszy dostęp do pieniędzy na granty naukowe i badawcze. Był entuzjazm i euforia. Ogromny sukces wydziału, który zamienił się w jego klątwę.

Ponieważ co kilka lat następuje rewizja oceny NCN, wydział musi się starać utrzymać wysoki poziom. A jak ten poziom jest mierzony? W praktyce tylko publikacjami naukowymi. Jeśli czytaliście kiedyś w jakiejś gazecie ranking uczelni na podstawie ilości osób zdobywających pracę, czy współpracy z przemysłem, albo opinii absolwentów – zapomnijcie o tym. To tylko bujdy, którymi się karmi kandydatów. Uczelnie nie dbają o kandydatów i te parametry. Uczelnie dbają teraz tylko o publikacje.
Dla przykładu na moim wydziale liczba publikacji wzrosła dwukrotnie. Za to spadła ich jakość. Naukowcy zamiast pracować z nowym pokoleniem, zamiast przekazywać wiedzę i rozwijać w młodych ludziach miłość do nauki są zmuszani do produkowania teoretycznych i bezwartościowych dla społeczeństwa prac, które jednak mają ogromną wartość dla NCN.

Wielu moich znajomych magistrów i doktorów zastanawia się nad ucieczką z Politechniki Gdańskiej. Fatalna atmosfera pracy, ciągle rozliczanie z publikacji, roczne umowy o prace i ciągłe zmiany w zasadach ich przedłużania, niedocenianie za pracę ze studentami czy jakiekolwiek inne osiągnięcia nienaukowe sprawiają, że na poważnie myślą o rezygnacji z kariery na Politechnice.

„Jeśli mam się 8 lat męczyć, nie wiedząc czy uda zrobić mi się tą habilitację, to już wolę sprawdzić swoje siły w przemyśle” – powiedział mi jeden doktor.
Daję sobie dwa lata, jak się nic nie poprawi – odchodzę” – mówi inny.
Tu nie ma przyszłości, uczelnia techniczna zamieniła się w fabrykę teoretycznych artykułów” –
opiniuje jeszcze inny.

Pytanie komu zależy na zniszczeniu Polskiej kadry naukowej. Kto chce zniszczyć ich osiągnięcia dydaktyczne, umiejętności organizatorskie i praktyczną wiedzę wyniesioną z przemysłu? Kto pod przykrywką rozdawania pieniędzy chce obrócić w ruinę Polskie Uczenie Wyższe?

Jedynymi wygranymi nowej ustawy – są profesorowie. Siedzący na ciepłych posadkach – o dziwo nieruszani wykorzystują katorżniczą pracę doktorów i magistrów i dzięki ich publikacjom zdobywają dla siebie miliony z grantów.

Najwięcej tracą studenci. Z uczelni masowo zaczną odchodzić najlepsi dydaktycy – zostaną tylko naukowcy, których lepiej byłoby zamknąć z maszyną do pisania i pozwolić im produkować te publikacje, niż dopuścić ich do studentów. Tacy oderwani od rzeczywistości naukowcy zamiast rozbudzić pasje tylko zniechęcą młodych ludzi.

Z moich ostrożnych szacunków co 5 wykładowca na PG ma wystarczające zdolności dydaktyczne. Inni albo sami nie chcą utrzymywać kontaktu ze studentami i traktują nauczanie jako zło koniecznie, albo ze względu na fatalne podejście dydaktyczne, powinno im się tego kontaktu zabronić. Wraz z nową ustawą ten odsetek mocno wzrośnie.

Tak więc młodzi ludzie. Cicha rewolucja następuje. Uczelnie przestają być siedliskiem nauki i dydaktyki, a stają się wylęgarnią bezwartościowych i niepraktycznych artykułów. Psuje się atmosferę wśród pracowników, szczuje się ich nierealnymi datami i zniechęca do rozwijania pod względem dydaktycznym czy współpracy z przemysłem.

Za 3-5 lat Polska Uczelnia Wyższa będzie maszynką gdzie bezwartościowi dydaktycy produkują bezwartościowych ludzi. Tak więc drodzy maturzyści… olejcie uczelnie – one nic Wam nie dadzą.
Przez rok w dowolnej pracy nauczycie się więcej niż przez 5 lat na uczelni. Tym bardziej, że prawdopodobieństwo spotkania dobrego nauczyciela będzie większe w zakładzie pracy niż na wyższej uczelni.

sobota, 26 stycznia 2013, trucie-dupy

Polecane wpisy

  • Rozważania o testowaniu cz1

    Mówienie o testowaniu jest modne Testowanie stało się modne. Pisze się o nim coraz więcej, ustala normy, certyfikuje, firmy tworzą dedykowane zespoły, uczelnie

  • mitologia stoczni

    Stocznia Gdańska, Stocznia Gdyńska, Szczecińska - kto nie słyszał tych nazw. Stoczniowcy na równi z górnikami uchodzą za najbardziej walczących robotników /walc

  • wylęgarnie polityków

    Słyszeliście, iż na uczelniach funkcjonują samorządy studentów i doktorantów? /Pewnie tak/ Słyszeliście, że co roku odbywają się wybory do tych instytucji? /Pe

Komentarze
Gość: dyrtymały, *.conformal.com
2013/01/27 17:41:16
Tylu bredni w jednym tekście dawno nie czytałem. Autor musi być mocno oderwany od rzeczywistości, że wypisuje takie głupoty. Jakim cudem utrzymanie tak archaicznego stopnia naukowego jakim jest doktor habilitowany ma pomóc w utrzymaniu wysokiego poziomu nauczania?
Najlepsze placówki naukowe na świecie bez problemu obchodzą się bez takiej bzdury jaka jest habilitacja. Habilitacja na której żeruje stary beton nie dopuszczając do nauki młodych zdolnych ludzi, którym się chce
Oczywiście autor musi być nieźle wystraszony bo w końcu ktoś go zmusi to wykazania się jakakolwiek wiedzą i do jakiejkolwiek pracy naukowej a po wpisie widać że marzy mu się, dołączenia do szerokie grupy leniwych pierdzistołków robiących doktoraty przez 30 lat i zajmujących etaty, które mogli by zając pracowici ludzie wykazujący tę odrobinę chęci niezbędnej do zdobycia i przekazania wiedzy. Autor chciałby zajmować raz zajęty stołek i niczym innym się nie przejmować a przy tym wszystkim uchodzić za cenionego przez studentów i kolegów pracownika. Przecież ma doświadczenie w przemyśle (akurat hahaha).

Napisanie publikacji nie stanowi najmniejszego problemu jeśli ma się rzeczywista wiedzę i doświadczenie. Problem z pisaniem publikacji mają tylko ludzie, nie posiadają tej odrobiny wiedzy a ich cały dorobek naukowy polega na tłumaczeniu i przeredagowywaniu zachodnich publikacji a najtrudniejsze w ich pracy jest właśnie takie przekształcenie zdania aby nie podchodziło pod plagiat. I taki beznadziejnych pseudonaukowców wymiecie ta ustawa. Nic dziwnego, że autor boi się o posadkę

Gdy w końcu ktoś się zabrał za ten burdel panujący na uczelniach autor przeciwko temu protestuje!!! Bo musi publikować. Bo nie może skupić się na pracy naukowej Przecież publikacja powstaje w wyniku tej pracy. Zastanawia mnie jak autor chce być dobrym wykładowcą bez ciągłego uczenia się? Bez ciągłej pracy naukowej? Na ETI????
Do tej pory było tak, że jak się psudodoktorek raz czegoś nauczył to przekazywał tą samą wiedzę do emerytury i z elektroniki robiła się archeologiaSam Jako student miałem styczność z tymi jak pan to ujął doświadczonymi doktorami

Ale po co ja to piszę ? do frustrata, którego ktoś w końcu zmusił do pracy?

Żenada.
-
2013/01/27 17:50:17
Proszę przeczytać dokładniej: nowe prawo zachowuje doktora habilitowanego, ba wymusza konieczność jego zdobycia. Po drugie autor nie ma etatu na żadnej uczelni, co najwyżej dorabia w projektach (więc temat go bezpośrednio nie dotyczy). Zgadzam się, że intencją nowego prawa miało być ruszenie bandy zasiedziałych dziadów, którzy nic nie robią i zajmują stołki. Staram się jednak ukazać, ze rezultat nowego prawa jest zupełnie inny - obniżenie atmosfery w pracy, stosowanie krótkich umów, niepewność i ciągle zmieniające się sposoby rozliczania. To nie są dobre warunki do pracy jak ktoś ma 30-40 lat, dom, kredyt i rodzinę na utrzymaniu. Intencja prawa była szczytna - wykonanie fatalne.
-
Gość: dyrtymały, *.ucar.edu
2013/01/27 17:54:48
Jeszcze jedno
ten akapit to mnie poprostu rozłożył na łopatki:)
"Pytanie komu zależy na zniszczeniu Polskiej kadry naukowej. Kto chce zniszczyć ich osiągnięcia dydaktyczne, umiejętności organizatorskie i praktyczną wiedzę wyniesioną z przemysłu? Kto pod przykrywką rozdawania pieniędzy chce obrócić w ruinę Polskie Uczenie Wyższe?"

-
Gość: dyrtymały, *.countshockula.com
2013/01/27 18:38:35
Nowe prawo nie nic wspólnego z ludzką głupota ani desperacją.
Jeśli ktoś bierze kredyt z "krótką umową" to jest objaw głupoty albo desperacji nie prawa a jedno i drugie nie przystoi pracownikowi naukowemu bo może skutkować dalszymi patologiami.
Atmosferę w pracy sami sobie tworzymy, tak samo jak sami walczymy o umowy i nie ma co się obrażać na wszystkich dookoła a zakasać rękawy i zmieniać swoją rzeczywistość. Jak ktoś ma być porządnym pracownikiem naukowym skoro sobie nie potrafi nawet dobrej umowy z pracodawcą wynegocjować?