|
czwartek, 12 stycznia 2012
Czytelność czcionki
Mieliście kiedyś problem z przepisaniem kodu aktywacyjnego gry, albo z prawidłowym rozpoznaniem pogiętych literek w okienku weryfikacji? Nie potrafiliście przykładowo odróżnić "0" od "O"? Myślę, że tak i to nie jeden raz. Pewne czcionki są bardziej uciążliwe od innych, pewne litery czy cyfry bardziej przeszkadzają niż inne. Rekordzistami na pewno są wszelkie wariacje "1" "i" "l" /jedynka, i, el/ Rozpoznanie czy jest to wielka litera "i" czy małe "el" czasem jest możliwe tylko z kontekstu zdania czy słowa. Inne często występujące podobieństwa to: o, O, 0 /małe o, wielkie o, zero/, g, q /gie, qu/, G, 6 /wielkie gie, sześć/, V, U /wielkie v i wielkie u/ i jeszcze kilka innych by się znalazło jak powyginane r i n w kodach weryfikacyjnych... Jak więc rozpoznać w hasłach czy innych irytujących momentach jaką literę widzimy? Niestety na ogół należy zgadywać a to tylko nas zirytuje lub też w przypadku takich portali jak banki, które liczą liczbę błędów spowoduje blokadę dostępu. Okazuje się jednak, że od dawna istnieje rozwiązanie tego problemu. Niestety w tym rzekomo innowacyjnym Internecie jeszcze się ono nie pojawiło. Rozwiązanie stosują teatry czy linie lotnicze. Polega ono na niestosowaniu dwóch podobnych liter. Pomija się więc rzędy I lub L. Dlaczego w tych wszystkich hasłach do gier czy weryfikatorach nie można zrezygnować z pewnych liter i cyfr? Pozom bezpieczeństwa prawie nie zmaleje jeśli zrezygnujemy z tych wszystkich elek i itek i nie będziemy zmuszać użytkownika do zastanawiania się czy widzi przed sobą O czy zero. Więc drodzy producenci oprogramowania czy też zabezpieczeń antyspamowych - ograniczcie zbiór irytujących znaków w hasłach - a przyczynicie się do redukcji niezadowolenia swoich użytkowników. Tutaj próbka różnych popularnych czcionek: L l I i 1 L l I i 1 L l I i 1 L l I i 1 L l I i 1 L l I i 1
środa, 04 stycznia 2012
ciekawy przykład z teorii gier
Dziś pozostajemy w temacie gier online. Mamy grę RPG i postacie wielu graczy walczące w lidze PvP (player vs player, każdy walczy z każdym). Klasa postaci to Mag lub Wojownik - wielkiego wyboru nie ma. Jeśli walczymy z magiem musimy zainwestować w obronę magiczną, jak z wojownikiem to w fizyczną. Turniej ma oczywiście nagrody, którymi są punkty premium (zwykle kupowanie w takich grach za prawdziwe pieniądze). Rozpatrzmy teraz sobie taką 20 osobową ligę, gdzie połowa to wojownicy, a druga połowa to magowie. Logicznym jest aby nasza postać walcząca w lidze miała po równo obrony magicznej i obrony fizycznej /raz ustawionych statystyk nie można zmieniać o ile nie wyda się punktów premium/ i za pomocą uzbrojenia nastawiać się przeciwko wojownikom lub magom. Dzięki naszym umiejętnościom lub uzbrojeniu mamy szansę na wygranie turnieju. Jest jednak sposób na pewniejszą wygraną. Otóż przed turniejem kupujemy punkty premium i najpierw za nie ustawiamy swoje statystyki przeciwko magom i rozgrywamy wszystkie pojedynki z magami mając dodatkową obronę magiczną. Potem przestawiamy się na obronę fizyczną i walczymy z wojownikami. Taktyka rewelacja. Wydamy powiedzmy 50 punktów premium (dwie zamiany za 25) i w turnieju zgarniemy 100. Jesteśmy więc 50 punktów do przodu. Tak myśli wiele osób. Teoria gier pokazuje jednak, że nie jest to takie proste. Jeśli my zdecydujemy się na zainwestowanie punktów premium w zmianę naszych parametrów - dlaczego nie mieliby się na to samo zdecydować inne osoby? Jeśli z tych 20 osób 10 zastosuje tę taktykę, to z pozostałą 10 wygrają bez problemów. Jednak pojedynki między nimi będą tak samo trudne, jak gdyby nie robili zmian parametrów /ich zmiany się wzajemnie niwelują/. Jak więc wygląda turniej? 10 osób bez wydawanych punktów na pewno zajmie dalsze miejsca. Pozostała dziesiątka rozstrzygnie turniej miedzy sobą wydając na to sumarycznie 500PP (punktów premium). Będzie oczywiście zwycięzca który zdobędzie 100PP i wyjdzie na plus, będzie osoba z drugiego miejsca, która pewnie dostanie 50PP i wyjdzie na zero i nagroda za trzecie miejsce może w wysokości 25PP. Jak więc wygląda taki turniej w podsumowaniu nagród? Jedna osoba wyszła na plus, 9 na minus i 11 na zero. Twórcy gry zarobili 500-175PP. Co ciekawe te osoby co wyszły na zero wedle teorii gier zyskały więcej niż ta dziewiątka na minusie. Jak wyglądałby turniej gdyby nikt nie wydawał premium? Trzy osoby z nagrodami na plusie i 17 osób na zero. Czyli dużo lepiej niż w powyższym wypadku. Wielu z taką analizą się nie zgodzi, argumentując iż wydając PP zwiększają swoje szanse na zwycięstwo. Jednak należy odróżnić miejsce zajęte w turnieju od wygranej nagrody. W przypadku wydających PP zyskują wyższe miejsce, ale ich średnia nagroda jest na minusie. Kiedy więc opłaca się wydawać PP? Tylko wtedy kiedy suma nagród w turnieju przekracza liczbę PP, którą wydadzą gracze biorący w nim udział. Jeśli w naszym turnieju było 175PP nagród, to już 4 gracz je wydający sprawia, iż jest to nieopłacalne. Prawdziwymi zwycięzcami są więc twórcy turnieju, którzy licząc na zaciekłość graczy zarobią na tym.
środa, 28 grudnia 2011
pilnowanie porządku w grze online
Trafiło mi się bycie Game Masterem jednych z gier online. Praca sprowadza się do dbania o przestrzeganie regulaminu gry. W praktyce jest to pilnowanie następujących zasad: - nie przeklinać Oto co się dzieje, jeśli ktoś otrzyma karę za złamanie jakiegoś punktu regulaminu: - 70% osób przyjmuje ją bez słowa /złamali regulamin i konsekwentnie ponoszą karę/ Tutaj kilka autentyków z interakcji z graczami (zachowano oryginalna pisownię) Kara za multikonto Kara za spamowanie na chacie
piątek, 16 grudnia 2011
dwie prawice
Ostatnio wciąż słyszę jak to bardzo politykom PiSu nie podoba się polityka zagraniczna, jak bardzo nie podoba się im mijająca polska prezydencja w UE. Dla PiSu jeśli nie jest głośno - jeśli nie ma rewolucji to znaczy że jest źle. Ludzie muszą wychodzić na ulice, ludzie muszą walczyć z władzą - muszą się jej przeciwstawiać bo to jest ich święty obowiązek, bo władza zawsze realizuje politykę innych mocarstw. Chyba im się epoka pomyliła. Zwróćcie uwagę, że politycy skrajnej prawicy zawsze akcentują jako historyczny okres początku lat 80', natomiast politycy liberalnej prawicy końca lat 80'. To takie przeciwstawienie symbolów - jeden z nich to strajki i wychodzenie na ulicę, drugi to rozmowa przy wspólnym stole i szukanie kompromisów. Do dziś nie wiedziałem czym się tak naprawę różni ta cała prawica. Teraz jasno widzę, że owa różnica jest ogromna. Wieczna walka z władzą konta negocjacje z władzą. Kiedy więc będziecie rozmawiać z kimkolwiek o polityce zapytajcie go która data jest dla niego istotniejsza - 1981 czy 1989 - będziecie wiedzieć jakie przedstawia sobą poglądy polityczne. A całemu PiSowi z "rocznika" 1981, który chce odwołania Sikorskiego za słowa o federacji Europejskiej proponuję zapoznać się ze słowami jednego profesora, którego tak trafnie dziś Sikorski cytował: Mówię jako jeden z obywateli Polski, a więc dzisiaj obywateli UE. Wiem, że dzisiaj nasze stanowisko jest sprawdzianem solidarności. Jeśli Europa chce ten sprawdzian zdać i stworzyć nową jakość nie na dwa czy trzy pokolenia, tylko na wiele pokoleń; nową jakość, która być może też w przyszłości będzie jakością o charakterze federacji, niezmiernie potężnej w skali świata, to musi ten egzamin również zdać. Do tego bym zachęcał reprezentując kraj, który w tej chwili korzysta dzięki członkostwu w UE, ale który - jeśli to o czym mówię spełniłoby się w ciągu 8 czy 10 lat - będzie korzystał mniej. Zdaję sobie z tego sprawę i z góry się na to zgadzam. /Prezydent Lech Kaczyński/
sobota, 10 grudnia 2011
europejski kryzys w oczach goisty
Słynne zebranie państw UE, veto Camerona i ustalenia dotyczące wspólnej polityki fiskalnej - te hasła słyszymy od wczoraj w mediach. Pojawiły się też głosy, iż tak naprawdę nikt nic nie wie i dziś widać to jeszcze dokładniej. Przeczytałem dziś kilka artykułów prasowych. Pojawiają się tam kwoty jakie Polska wpłaci do UE w związku z tym kryzysem. Rozbieżność jest 20-krotna, więc rzetelnością dziennikarską w tej kwestii możemy sobie d... podetrzeć. Przeczytałem wypowiedzi polityków opozycji. Pojawiają się w nich głównie dwa wątki. Pierwszy: "Nikt nie mówi jakie są konkretne ustalenia, niech Premier się z nimi podzieli, niech powie co zyskał" oraz drugi "Czy Premier zdaje sobie sprawę ile ten traktat będzie kosztować, te X pieniędzy możemy na coś innego przeznaczyć?" /To niech się zdecydują, czy jako opozycja wiedzą czy nie wiedzą jakie są ustalenia/. Z tego medialnego burdelu jedno jest pewne - tak długo jak nie ma konkretów każdy będzie kłamał i przeinaczał - a konkretów NIE MA. Nie ma więc sensu słuchać kogokolwiek. Plotka jest potężną bronią. Opozycja będzie więc karmiła nas informacjami, iż teraz będziemy płacić pieniądze na emerytury dla Greków i Francuzów zamiast do naszego kochanego i wspaniałego ZUSu lub iż kwota którą zapłacimy będzie gigantyczna. Ziew... Proponuję na najbliższy tydzień nie słuchać mediów. Proponuję samemu przemyśleć sytuację Europy. Samemu przeanalizować który kurs powinien wybrać nasz kraj. Tak będzie najlepiej. Jest taka gra planszowa - Go - najstarsza gra planszowa świata. Dziś w krajach azjatyckich niesamowicie popularna - jej zasady, filozofia gry są niesamowicie powiązane z azjatyckim sposobem prowadzenia biznesu - można powiedzieć, że przez 4 tysiące lat istnienia ta gra wytworzyła azjatycką mentalność. Przeanalizujmy więc z punktu widzenia tej gry naszą sytuację sprzed szczytu. Naszym przeciwnikiem jest kryzys - stwór, który nie posiada słabych grup, któremu nie możemy nic zabrać, który tylko i wyłącznie nas atakuje i wykorzystuje nasze słabości. Jako Europa posiadamy bardzo dużo różnych grup, posiadamy wpływy ale mało pewnego terytorium. W każdej chwili przeciwnik może nas gdzieś zaatakować i pytanie co stracimy. Stoimy więc na defensywnej pozycji. Nie możemy atakować, ale musimy się bronić. Możemy oddać część naszych grup i wzmocnić pozostałe - ale jak oddamy za dużo w ostatecznym rozrachunku przegramy. Jedyną szansą na zwycięstwo jest przeżyć wszystkim lub prawie wszystkim na planszy. Pojawia się pomysł aby nasze grupy połączyć - stworzyć z nich całość, której nie da się zbić. Jednak proces tego łączenia to poświęcenie wielu ruchów na tworzenie połączeń zamiast terytorium - a terytorium też jest istotne z punktu widzenia zwycięstwa. Jeśli więc zaczniemy ratować dosłownie każdy kamyczek i każdą grupę - przegramy. Pierwsze co musimy zrobić to zastanowić się dokładnie - ile musimy uratować - co możemy poświęcić. Europa w imię jedności etc uznała, że każda grupa jest ważna. Owszem w niektórych kryzys zje po kilka kamieni, ale najważniejsze aby większa część przetrwała. Był więc szczyt i oto co nastąpiło. Większość krajów uznała, ze chce się połączyć, że warto wykonać te kilka dodatkowych ruchów, które zapewnią nam bezpieczeństwo grup, te kilka ruchów będzie kosztować nas utratę inicjatywy w niektórych obszarach i pewnie każda grupa coś niewielkiego straci, ale globalnie powstanie silna struktura. Anglia jednak postanowiła się nie dołączyć. Anglicy uznali, że mają dużą ilość punktów i szkoda im ich tracić, zamkną się więc w swoim rogu i utworzą osobną grupę czekającą na rozwój wypadków. Nie będą brali udziału w większości walk na planszy a będą tylko reagować na ruchy im bezpośrednio zagrażające. Problem w tym co jeśli kryzys znajdzie jakąś kombinację, która zabija grupę w rogu. Anglia stawia wszystko na kartę - nie ma takiej kombinacji. Mamy więc teraz kryzys z inicjatywą - mamy państwa europejskie grające ruchy defensywne i oddające drobne punkty kryzysowi, mamy Anglię co próbuje sama przeżyć w rogu i wierzy, że jej się to uda. Mam nadzieję, że tę partię uda się wygrać. Problem w tym, że Europa jest fatalnym graczem w Go. Gdyby była dobrym nie łączyła by wszystkich Państw - utworzyłaby kilka silnych grup i przeszła do kontrofensywy. Problemem jest że europejscy przywódcy nie wiedzą, którą grupę z którą połączyć ani jak atakować. Liczą na stworzenie jednej silnej grupy (Anglia liczy na siebie). Pytanie ile ruchów więcej zmarnują na swój plan.
czwartek, 01 grudnia 2011
mitologia stoczni
Stocznia Gdańska, Stocznia Gdyńska, Szczecińska - kto nie słyszał tych nazw. Stoczniowcy na równi z górnikami uchodzą za najbardziej walczących robotników /walczących o swoje prawa i przywileje/. Gdańsk od dziesięcioleci żyje swoją stocznią. Tu wyrosła Solidarność, tu rozpoczął się upadek komunizmu. Wymieniać historyczno-politycznych aspektów można bez liku. Stocznia jest symbolem historycznym. I dlatego nie powinno się jej na siłę utrzymywać. Zdecydujcie się - czy chcecie mieć muzeum i mitologiczną część stoczni /ok to fajny pomysł/ czy zakład pracy, który zarabia pieniądze. W naszej Polskiej kulturze nie da się osiągnąć obu równocześnie. O stocznie zawsze walczyli związkowcy. /o kopalnie zresztą też/ Zawsze zadziwiało mnie jak kolejni prezesi stoczni byli odwoływani /za niegospodarność itp/ a następnie zostawali przewodniczącymi związków zawodowych, którzy walczyli przeciwko nowym szefom i którzy mieli monopol na wiedzę jak należy stocznię uratować /jako prezesi jakoś wcześniej tego nie potrafili/. Ostatnio rozmawiałem z ludźmi z innych regionów kraju, którzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że stocznia jest postrzegana jako symbol bez którego Gdańsk (trójmiasto) nie może funkcjonować. TO NIE JEST PRAWDA. Już prędzej Lotos takim symbolem powinien być, bo płaci większe podatki. Trójmiasto bez swych wielkich molochów - stoczni świetnie sobie poradzi. Gadanie o tych tysiącach ludzi co zostaną zwolnieni - o tych setkach małych zakładów co upadnie bo nie będzie miało kogo zaopatrywać to tylko zasłona dymna, którą rozsiewają związki zawodowe. Bo prawdą jest iż od kilkunastu lat cała walka o uratowanie stoczni /którejkolwiek/ to tak naprawdę walka tłustych obiboków ze związków zawodowych /czytaj: zwolnionych za niegospodarność prezesów, dyrektorów etc./, którzy nie chcą stracić pensji i przywilejów. Dobro stoczni czy robotników ich nie interesuje. Ważne aby moloch jeszcze trochę istniał i płacił im pensje. Bez wielkich stoczni trójmiasto i co ważniejsze robotnicy /ale tylko ci co znają się na pracy/ świetnie sobie poradzą. Po pierwsze w trójmieście funkcjonuje KILKADZIESIĄT stoczni. Małe i większe zakłady pracy, ale sumarycznie zatrudniają tysiące ludzi. Te stocznie produkują jachty, katamarany, barki, kutry, promy i większe statki. Owszem nie produkują wielkich molochów - ale ich produkcja jest nieopłacalna gdyż azjatyckie stocznie są niedoścignione pod względem cen. Te dziesiątki stoczni to dobrze prosperujące zakłady BEZ związków zawodowych. Po drugie stocznia Gdańska dobrze sobie radzi bo odkryła, że nie warto budować statków ale lepiej farmy wiatrowe i platformy wiertnicze. Zamówienia są ogromne, przetargi na statki też stocznia wygrywa - więc byt ma zapewniony. Po trzecie - tu nie chodzi o statki, ale o przemysł metalowy. Nie chodzi o budowanie wielkich okrętów, ale o spawaczy, obróbkę stali itp. Siła robotników stoczni może być /i jest/ wykorzystana gdzieś indziej - budowa dróg, mostów, elektrowni wiatrowych, stadionów etc. Jeśli tylko zaakceptujemy fakt, iż naszym celem nie jest budowa wielkich statków i utrzymywanie darmozjadów - okaże się, że przemysł i ludzie ma rację bytu. Tylko, że to wymaga pracy, wymaga jakiś dodatkowych szkoleń - wymaga aby po 20 latach robienia tego samego zająć się czymś innym. Kto ma fach w rękach, kto potrafi rozejrzeć się poza mit stoczni - ten ma pracę. Bezrobocie w Gdańsku jest na poziomie 3-6%. Większość z tego to ludzie, którzy nie chcą pracować. Robotnicy pracę zawsze znajdą. Problem jest z związkowcami - dla nich nie ma miejsce w nowym świecie - są zbyteczni - są elementem, który tylko przeszkadza. I właśnie dlatego tak bardzo walczą o zachowanie mitu stoczni. Dobrze radzę politykom - zostawcie stocznie w spokoju - niech nierentowne upadają, niech te dobrze zarządzane się rozwijają. A związkowcom wybudujcie to muzeum i dajcie im w nim pracę jako strażnicy i sprzątacze... bo do niczego lepszego się nie nadają.
środa, 30 listopada 2011
wylęgarnie polityków
Słyszeliście, iż na uczelniach funkcjonują samorządy studentów i doktorantów? /Pewnie tak/ Słyszeliście, że co roku odbywają się wybory do tych instytucji? /Pewnie tak/ A czy kiedyś zagłosowaliście w takich wyborach? /Pewnie nie/ A czy kiedyś samorząd w czymś wam pomógł? /Pewnie nie/. Samorządy studentów/doktorantów na uczelniach to najbardziej zdegenerowane instytucje jakie tam funkcjonują. Przebijają nawet biurokrację dziekanatu czy marudzenie związków zawodowych. Stanowią wylęgarnię przyszłych polityków, kombinatorów i oszustów. Skąd takie mocne słowa? Przypatrzmy się jak taki samorząd funkcjonuje: 1. wybory - powszechne, równe /i inne takie bzdury/. W praktyce informacja o możliwości zgłaszania kandydatów nie zostanie wywieszona lub pojawi się na małej kartce w gablocie na uboczu. W rezultacie zgłoszeni zostaną tylko i wyłącznie krewni i znajomi królika /czyli znajomi komisji wyborczej/. Co więcej dla upewnienia się, że wygrają informacja o wyborach też nie jest rozgłaszana. /im mniejsza frekwencja tym większe znaczenie głosów kółeczka wzajemnej adoracji/ Dla przykładu Politechnika Gdańska. Zgłaszać kandydatów można było do momentu rozpoczęcia wyborów - więc wybory urządzono przez jedną godzinę na innym wydziale nie informując o tym nikogo poza osobami, które miały wygrać. Jeśli już więc swoich przepchnęliśmy do samorządu zastanówmy się co możemy robić: 2. pieniądze - są to naprawdę duże kwoty. Np samorząd doktorantów na PG otrzymuje 50tys zł rocznie. Sztuką jest tak nimi dysponować aby inni otrzymali ich jak najmniej. Zaczynamy więc od nieinformowania np kół naukowych iż mogą ubiegać się o dofinansowania, ukrywamy regulaminy komisji socjalnych, tworzymy trudną i biurokratyczną drogę uzyskiwania takiego stypendium i co najważniejsze wydajemy kasę na organizowanie np wyjazdów integracyjnych, których głównymi beneficjentami będziemy my sami. /nie ma to jak wydać kasę uczelni na libację w gronie znajomych/ Przy odrobinie rozumu samorząd może ponad połowę kasy przekazać samemu sobie. 3. wiedza - samorząd jest informowany o zmianach w regulaminach, o zmianach w prawie o wszelakich nowościach, które maja wpływ na życie studenta. Wiedza ta to również władza i pieniądze. Można przecież nie informować studentów o tym, że zmieniły się zasady przyznawania stypendiów socjalnych, można nie mówić jakie w przyszłym roku będą progi średniej do stypendiów naukowych... można przemilczeć fakt istnienia projektów z funduszy UE, które finansują badania. Samorządy kontrolują więc wybory, pieniądze, wiedzę... mają ogromną władzę. Co z nią robią? Bawią się w kółeczko wzajemnej adoracji, ćwiczą i szkolą się w maksymalnym wykorzystaniu władzy i pieniędzy. Instytucja, która ma reprezentować studentów czy doktorantów stara się maksymalnie od nich odciąć i reprezentuje sama siebie. A ponieważ studenci to ciemna masa - nie potrafią zadbać o swoje interesy i nie potrafią nic zmienić. Nie przypomina Wam ten opis czegoś? Przykładowo sejmu i polityków w nim, którzy jak już dorwą się do koryta to żadna siła ich nie wyciągnie. Ci politycy się gdzieś szkolili... gdzieś kariery rozpoczynali... a nie ma lepszej szkoły niż samorządy na uczelniach. Jeśli ktoś z Was myśli, że kolejne pokolenie polityków będzie lepsze, że będzie miało ideały, że jako osoby przesiąknięte życiem w demokratycznym państwie staną się lepszą elitą... ... niech taka osoba przestanie się łudzić. Będą to gorsze szumowiny niż mamy teraz...
wtorek, 22 listopada 2011
niedopłaty i podwyżki
Zbliża się koniec roku... od stycznia czeka nas seria kolejnych podwyżek. Przy tej okazji warto przyjrzeć się jak firmy zaopatrujące nasze mieszkania w wodę czy prąd nas oszukują. Mechanizm jest bardzo prosty i nawet nie ma co się nad nim zbytnio rozpisywać. Otóż na ogół płacimy co miesiąc (kwartał itp.) jakąś zaliczkę na poczet zużycia np prądu. Zaliczka jest tam jakoś obliczana na podstawie naszego dotychczasowego zużycia prądu - ale najczęściej na koniec roku musimy jeszcze coś dopłacić. Rozliczenie otrzymujemy w styczniu i za to co zużyliśmy, a nie zapłaciliśmy musimy rozliczyć się wedle nowych stawek. Nie byłoby niczym trudnym rozliczyć zużycie przed podwyżką, ale z oczywistych względów nikt się ku temu nie kwapi. Pozostaje nam nie dawać się okradać i przykładowo w grudniu w ramach zaliczek zapłacić większą kwotę - aby nie mogli żadnej niedopłaty wykazać. Większość tych firm stosuje indywidualne rachunki i pieniądze nam nie zginą, a przy okazji trochę zaoszczędzimy.
piątek, 11 listopada 2011
Służba Zdrowia
Pewnie słyszeliście o problemach ze służbą zdrowia? O tym, że brakuje pieniędzy, że są limity, że kolejki do specjalistów mają po kilkanaście miesięcy? Oto autentyczny przypadek opowiedziany mi przez znajomego... Chorował on niezwykle rzadko, do lekarza chodził raz na rok, dwa w ramach badań okresowych zlecanych przez zakład pracy. Nigdy nie miał żadnych problemów zdrowotnych - słowem szczęściarz, którzy przez ostatnie 10 lat praktycznie nie miał styczności ze służbą zdrowia. Ostatnio jednak pojawiło się u niego kilka objawów sugerujących, iż może być chory na coś poważnego. /nie będę tu ich przytaczał i w opowieści będę używał ogólników/ Poszedł więc do lokalnej przychodni aby się zapisać do niej /wcześniej nawet tego nie zrobił/ i umówić na wizytę u lekarza. Formalności trwały 5 min, termin wizyty jeszcze tego samego dnia - szybka i sprawna obsługa. Lekarz dał mu odpowiednie skierowania na kilka badań, które można było w przychodni wykonać. W recepcji dowiedział się, że kolejek prawie nie ma i na większość z nich może przyjść jeszcze w tym samym tygodniu - tylko na jedno musi 3 tygodnie poczekać. W tym punkcie opowieści znajomy był pod wrażeniem jakości i sprawności obsługi. Zastanawiał się gdzie te legendarne problemy ze służbą zdrowia. Niestety wyniki badań potwierdziły, iż bardzo możliwe, że cierpi na poważną chorobę. Konieczna była konsultacja z lekarzem specjalistą. Nie był on dostępny w przychodni, więc znajomy otrzymał skierowanie i sugestię aby pójść z nim do jednego z dwóch szpitali gdyż tam kolejki są najmniejsze. W szpitalach okazało się, że owe krótkie kolejki mają po 9 miesięcy. Bardzo mu zależało na szybkiej diagnostyce, więc zapytał, czy może zapłacić za wizytę u lekarza i zostać prywatnie przyjęty - okazało się, że szpitale nie uwzględniają takiej możliwości. Zaczął więc szukać prywatnych poradni i zarejestrował się w jednej z nich - tam kolejka miała miesiąc. Musiał więc czekać te kilka tygodni... Niestety zaczęły pojawiać się u niego nowe objawy - poszedł z nimi do lekarza w przychodni i usłyszał, że bardzo możliwe że jest chory na dwie niezależne choroby i trzeba zacząć również diagnozować i leczyć tę drugą. Otrzymał więc skierowanie do kolejnego szpitala gdzie wykonywano specjalistyczne testy. Na skierowaniu był dopisek lekarza - "pilne!". Znajomy otrzymał też antybiotyki, które miały przeciwdziałać chorobie /miał je brać nawet bez rozpoznania choroby/. W owym specjalistycznym szpitalu nie przejęli się dopiskiem "pilne" i powiedzieli, że kolejka jest 3 miesięczna. Znajomy po raz kolejny zapytał czy może zapłacić za owe badanie - i znów usłyszał, że nie ma takiej możliwości i przyjąć go mogą co najwyżej do szpitala jeśli jego stan się pogorszy i będzie stanowił zagrożenie dla jego życia. Wrócił więc do swego lekarza i usłyszał, że nie mają wyboru i czekając na diagnostykę pierwszej choroby drugą będą leczyć w ciemno - mając nadzieję, że to ona, a nie nic jeszcze poważniejszego. Znajomy jest więc już 3 miesiąc w trakcie diagnostyki. Kolejne badania nie dają jednoznacznych odpowiedzi na które choroby cierpi. Pojawiają się u niego kolejne objawy ale kolejki są nieubłagane. Pod koniec roku kalendarzowego nie ma szans na spotkanie z jakimkolwiek specjalistą, nie ma szans na wykonanie jakiegokolwiek poważnego badania. Jedyne co można robić to odwiedzać lekarza pierwszego kontaktu i wspólnie z nim wróżyć z fusów. Podsumowując - nie chorujcie na nic trudnego do zdiagnozowania bo doktora House'a z dostępem do wypasionego sprzętu diagnostycznego u nas w Polsce - NIE MA.
czwartek, 10 listopada 2011
Przypadek, prawdopodobieństwo, statystyka
...czyli o tym, że wygranie w lotto to nie cud, lecz codzienność. Kilka miesięcy temu na forum jednej z gier online zamieściłem dla użytkowników /głównie dzieci i studentów/ tekst mający na celu ukazać im dlaczego przypadki, które zgłaszają jako błędy i niesprawiedliwości - są jak najbardziej zgodne z mechaniką gry. Okazał się to być najchętniej cytowany tekst na forum. Co chwilę zamiast męczyć się w mozolne tłumaczenie komuś, iż pech nie podlega reklamacji dają linka do tego tekstu. Zamieszczam go więc tu w lekko zmienionej formie... może komuś się jeszcze przyda.
Grasz w grę planszową. Rzucasz dwiema kośćmi. Możesz wyrzucić od 2 do 12 oczek. Grasz dużo i zauważasz pewne nieprawidłowości. Ot partia gry, w której czwórka wypadała niezwykle często, pozwoliło to Tobie wygrać. Na dwadzieścia rzutów aż sześć wynosiło 4. Inni gracze zaproponowali zmianę kostek. Rozpoczął się kolejny pojedynek. Tym razem liczby wypadały raczej zgodnie. Nikt nie miał zastrzeżeń. Jednak pod koniec gry w ostatnich dwóch rzutach padła dwunastka co drastycznie zmieniło sytuację na planszy i wyłoniło zwycięzcę. No cóż miał szczęście, pomyślny los zesłał mu odpowiednie rzuty. Losowość zależy od naszej percepcji. W pierwszym przypadku uznaliśmy, że kostka oszukuje w drugim uznaliśmy to za szczęście przeciwnika. Paradoks polega na tym, że pierwsze wydarzenie jest kilkukrotnie bardziej prawdopodobne niż drugie. Nam się jednak wydaje bardziej „niesprawiedliwe”. Wiele podobnych niesprawiedliwości pojawia się w tematach na forum. Dlatego też chciałbym na prostych przykładach wytłumaczyć kilka pojęć na poziomie (miejmy nadzieję) gimnazjalisty. Nastąpiło jakieś wydarzenie w grze komputerowej. Ktoś nie trafił czarem statusowym, ktoś miał cios krytyczny, ktoś trafił na niezwykle rzadki przedmiot. Pojedyncze wydarzenie wyrwane z kontekstu. Nie macie z nim żadnych pozytywnych ani negatywnych emocji: nie oceniacie go, ot zwykły fakt. Teraz jednak umieśćmy je w jakimś kontekście: „przez 10 walk nie trafiłem ani razu zatruciem” „miałem 3 krytyki pod rząd” „dziś pięciokrotnie trafiłem na ten rzadki przedmiot” Teraz już pojawiają się emocje. Jedno wydarzenie wybrane spośród wszystkich możliwych wydarzeń jest ok. Już jakieś zestawienie budzi emocje. Dlaczego tak jest? Bo mamy doświadczenia z takimi sytuacjami i intuicyjnie potrafimy je ocenić i coś się nie zgadza z naszymi doświadczeniami. Kiedy ktoś nam mówi że szansa na wyrzucenie na kostce szóstki wynosi 1/6 jest ok. Kiedy ktoś nam powie, że statystycznie szóstka wypada raz na sześć razy nadal jest ok. Tylko to nie są dwie te same rzeczy. Rzucamy monetą (moneta jest idealna), sześć razy wypadła reszka. Z jednej strony statystyka nam podpowiada, że coś jest nie tak z monetą, że pewnie teraz też będzie reszka. Z drugiej statystyka mówi: ta passa reszek musi się skończyć, teraz raczej wypadnie orzeł. Z trzeciej prawdopodobieństwo mówi szansa na orzełka wynosi 50%. Statystyka jest złudna, ale życiowa. Prawdopodobieństwo jest szczere aż do bólu. Prawdopodobieństwo to jedno konkretne wydarzenie, wyrwane z kontekstu. Statystyka to zbiór takich wydarzeń. Bardziej zaawansowanie mówi się o rozkładzie prawdopodobieństwa i jego pokryciu w statystyce. Rzucam setki razy kostką. Statystyka mówi, że wszystkie liczby powinny padać mniej więcej tyle samo razy. Jednak prawdopodobieństwo, że wszystkie są wylosowane dokładnie tyle samo razy jest niskie. Bardzo niskie. Statystyka mówi, że tak mniej więcej będzie, prawdopodobieństwo mówi, że idealnie tak to raczej nie będzie. Ktoś w walce wszystkie ciosy zadał jako krytyczne. Prawdopodobieństwo mówi, że miał szczęście. Statystyka mówi, że raczej nie za szybko się ono powtórzy. Prawdopodobieństwo zripostuje, że jednak jest możliwe, iż powtórzy się to w najbliższym czasie. Należy zapamiętać, iż jeśli mamy 16% szans na krytyka, to w walce statystycznie nie będzie 16% krytyków. Za to we wszystkich walkach (duża ilość) ta liczba będzie bardzo zbliżona do 16% Jeśli rzucam kostką 12 razy to mam prawa oczekiwać dwóch szóstek, ale nie powinienem się dziwić jak nie wypadnie żadna lub będzie ich więcej. Mam jednak prawo oczekiwać, że w 100 rzutach liczba szóstek będzie bliska 16, ale nie powinienem się spodziewać, że będzie dokładnie 16. Im mniej danych tym statystyka bardziej zawodzi. Nie na darmo mówi się o błędzie statystycznym. Jego wartość zależy od rozkładu i ilości danych, ale zasada jest prosta: im mniej danych tym większy błąd. Błąd nie dotyczy jednak tego, że na raz zdarzy się coś nieoczekiwanego, ale tego, iż jeśli zdarzy się coś nieoczekiwanego to był problem złych oczekiwań a nie tego konkretnego wydarzenia. Zapamiętajcie więc, jeśli zaistnieje jakiś wyjątkowy pech (pojedyncze wydarzenie) w twojej wędrówce w świecie my-fantasy to znaczy, że narzekania na nic się nie zdadzą. Jeśli jedna Twoja walka odbiega od normy (statystyki) to nie powinieneś zadawać sobie pytania dlaczego odbiega, lecz na ile walk odbiega. Jeśli na statystycznie liczba walk na które odbiega ten pech jest niewielka to nadal nie jest powód do podejrzeń: najpierw należy sprawdzić jaki jest błąd statystyczny. Jeśli ten błąd jest mniejszy niż nasza proporcja: wtedy warto odezwać się do admina. Teraz na zakończenie poziom maturalny: Istnieje coś takiego jak rozkład Gaussa http://pl.wikipedia.org/wiki/Rozk%C5%82ad_normalny W nim znajdziecie coś zwanego dystrybuantą. Mówi ona jakie jest prawdopodobieństwo zajścia jakiejś nieoczekiwanej sytuacji. Możecie więc łatwo policzyć jak wiele szczęścia lub pecha mieliście.
wtorek, 05 lipca 2011
oczekiwanie
Znacie problem szeregowania zadań? Polega on na tym aby tak ułożyć kolejność wykonywania zadań jakiegoś działania, aby skończyć je jak najszybciej /są jeszcze inne rzeczy optymalizowane, ale detale nie będę się zagłębiał/. Dla przykładu rozważmy gotowanie obiadu - robimy spaghetti. Oto co musimy wykonać: - zagotować wodę na makaron, następnie ugotować makaron - podsmażyć mięso, dodać sos, przyprawić - przełożyć makaron i gotowe mięso na talerz - zetrzeć ser i udekorować danie Dodatkowo chcemy podczas tej pracy posprzątać kuchnię, pozmywać naczynia etc... Sztuką jest to tak zaplanować aby zrobić to szybko i jednocześnie nie być zmuszonym do wykonywania wielu czynności jednocześni: wstawię wodę do zagotowania, wrzucę mięso na patelnię, przyogotuję rzeczy do zmywania (porządek na suszarce, poznosić talerze etc), przypilnuję mięsa, zacznę zmywać w tym czasie zrobię sobie krótkie przerwy na wrzucenie makaronu czy zamieszanie mięsa, dodam sos, przygotuję tarty ser i talerze, postaram się aby mięso i makaron skończyły się przygotować mniej więcej w tym samym czasie, wyłączę gaz odcedzę makaron, wyłożę na talerze, dodam mięso i ser. Gotowe. Brzmi banalnie. Danie jednak jest proste. Sztuką jednak jest przy bardziej skomplikowanych odszukać najbardziej krytyczne momenty (te które musimy wykonać dość szybko). W przypadku tego dania takim momentem jest wstawienie wody do zagotowania. Jeśli zrobimy to zbyt późno makaron będzie musiał nadal się gotować nawet jeśli mięso już się zakończyło. Takie szeregowanie zadań stosujemy w codziennym życiu. Optymalizujemy działania i staramy się nie robić przestojów i synchronizować zakończenie kilku prac aby cieszyć się efektem końcowym. W firmach też optymalizują. Mówi się, że pracownik musi być wydajny - czyli wykonać jak najwięcej pracy w określonym czasie. Czasem jednak szybkości działań nie da się zwiększyć. Czasem brakuje jakiegoś surowca i produkcja stoi, czasem ktoś zalega z przelewem i nie możemy mu nic więcej wysłać, czasem ktoś nie podjął ważnej decyzji. Oczekiwanie to najczęściej wykonywana przez nas praca. Czekamy na decyzje, czekamy na odpowiedzi, czekamy na instrukcje... czekamy... W dużych firmach z hierarchiczną strukturą oczekiwanie pojawia się jeszcze częściej. Dział reklamy tworzy koncepcję - ta musi być zatwierdzona przez dyrektora, koncepcja jest realizowana, grafik wykonuje pracę, potem dyrektor znów ją zatwierdza, księgowa musi dokonać wpłat, ale przed tym należy przygotować umowę, którą dyrektor też musi pospisać. /a teraz wyobraźcie sobie sytuację, iż dyrektor wyjechał na urlop/ Zależność naszych działań od decyzji innych jest wąskim gardłem każdego zadania. Firmy nie powinny skupiać się na zwiększaniu wydajności pracowników /a przynajmniej nie tak bardzo/ a raczej na skracaniu drogi decyzyjnej i etapów oczekiwania. Kupiłem mieszkanie... załatwiałem kredyt... etapów oczekiwania było tu bardzo dużo: - idę do doradcy i mówię, co potrzebuje - potem czekam tydzień na przygotowanie oferty; - idę do zakładu pracy i proszę o zaświadczenie o zarobkach - muszę czekać do kolejnego dnia na jego przygotowanie; - dostarczam dokumenty i czekam tydzień aż bank przygotuje całą umowę; - idę podpisać umowę; - deweloper otrzymuje po kilku dniach pieniędze, a ja mieszkanie; - teraz czekam aż deweloper podpisze ze mną umowę notarialną; - teraz idę do sądu założyć hipotekę pod kredyt; - czekam dwa tygodnie na decyzję sądu, potem 30 dni na uprawomocnienie się decyzji; - zanoszę papierki do banku, czekam w kolejce; - załatwianie kredytu zakończone 95% czasu stanowiło oczekiwanie...
Z przykrością muszę stwierdzić, że struktury hierarchiczne są konieczne, ale nie są wydajne pod względem oczekiwania. Im powazniejsza decyzja tym przez więcej szczebli powinna przejść i zostać zatwierdzona. Każdy szczebel wprowadza zwłokę we wprowadzaniu decyzji w życie. Popatrzcie na przetargi na budowę autostrad. Dłużej trwa przetarg i ustalanie wykonawcy od samego wykonywania prac. /a niech jeszcze nastąpi rozwiązanie kontraktu i zmiana wykonawcy (tudzież nowy przetarg)/ W moim codziennym życiu też większość mojej pracy to oczekiwanie na innych. Oczekiwanie na akceptację projektu, budżetu, uwagi, płatności... Szczęśliwie zajmuję się wieloma projektami jednocześnie i czekając na decyzję w jednym mogę robić coś innego. Nie oznacza to jednak, że taki stan rzeczy jest słuszny i akceptowalny. To zupełnie jak gotowanie obiadu, gdzie po włączeniu wody uświadamiasz sobie, że musisz iść do sklepu po mięso, a po skończeniu gotowania całego dania zauważasz, że wszystkie talerze są w zmywarce, której program kończy się za godzinę, a co gorsza żona własnie zadzwoniła, że spóźni się dwie godziny... jaki był więc sens gotowania obiadu tak szybko? Po co było tyle czekać?
piątek, 01 lipca 2011
brak supportu gry Wiedźmin 1
Rodzimą produkcję należy wspierać. Kupiłem Wiedźmina 2 - tak samo, jak kiedyś kupiłem Wiedźmina 1. Obie gry bardzo mi się podobały i uważałem, że były to dobrze wydane pieniądze... aż do dzisiaj... Pragnąłem pograć jeszcze raz w pierwszą część gry /głównie dlatego, że znudziło mi się czekanie na patcha z lepszym balansem poziomu trudności do drugiej części/. Zainstalowałem grę z płytki, odpaliłem i przypomniałem sobie, że warto by zainstalować najnowsze patche - w końcu sporo tam rzeczy było poprawionych i dodanych. Uruchomiłem więc patcha - a tu komunikat: "zarejestruj grę zanim zainstalujesz patcha". Postanowiłem więc dopełnić tej formalności. Otwieram startowe menu gry, klikam "zarejestruj grę" i tu mój pierwszy problem - nie pamiętam hasła. Użyłem więc opcji - przypomnij hasło na maila. Niestety pomimo potwierdzenia, że mail jest prawidłowy - żadnego przypomnienia nie otrzymałem. Szczęśliwie bez przypominajki metodą prób i błędów zgadłem hasło i przeszedłem do kolejnego punktu: podania klucza. Wprowadziłem klucz, uzyskałem potwierdzenie, że gra została zarejestrowana. Odpaliłem więc patcha i jakie było moje zdziwienie, gdy znów zobaczyłem komunikat, iż muszę zarejestrować grę. Odpalam jeszcze raz program startu gry i znów widzę opcje "zarejestruj grę" - zupełnie jakby moje wcześniejsze działania nie miały miejsca. Zirytowałem się... na początku myślałem, że popełniłem gdzieś jakiś błąd początkującego (pomyliłem wielkie litery z małymi, firewall coś zablokował etc...) ale okazuje się, że nie... wszystko było ok. Postanowiłem więc zasięgnąć pomocy suportu gry. Odpalam przeglądarkę i ich stronkę /odnośniki na ich stronę z programu startu gry dawały 404/ i szukam maila do kontaktu. Pierwszy problem - nigdzie nie ma opcji kontakt do suportu. Poszukałem więc wszystkich maili na stronie i znalazłem dwa: jeden do specjalisty od PR drugi do: "Marcin M. - community manager" /za cholerę nie wiem co to stanowisko oznacza/. Nie przejąłem się tym, że mogę pisać do niewłaściwej osoby, napisałem maila z moim problemem. I tu zaczęła się cała zabawa... /maile podane w formie streszczeń/ Mail do supportu Wiedźmina: /opis działania problemu/ Wiedźmin support: Proszę zainstalować patche 1.4 i 1.5 z naszej strony. Moja odpowiedź: Ale do ich instalacji potrzebuję działającej rejestracji Wiedźmin support: W tej chwili rejestracja pierwszej części gry jest wyłączona. W związku z wyłączeniem owego systemu wsparcie dla tych problemów nie jest świadczone. Moja odpowiedź: Czyli sprzedawaliście i sprzedajecie /formalnie tylko prdukują/ produkt, którego teraz nie można używać - to jest już oszustwo. Pospamuję na forach - to zobaczycie ile jest warta opinia niezadowolonego klienta. Wiedźmin support: /całkowita zmiana tonu wypowiedzi/ Bardzo przepraszamy, czy może Pan jeszcze raz opisać problem. /wyrazili zainteresowanie po 3 mailu - całkiem nieźle :)/ Moja odpowiedź: /łopatologiczne powtórzenie problemu/ Wiedźmin support: To proszę ściągnać patcha z tej strony /i podany link/ ma on 2GB i proszę o informację czy on pomoże... /biorąc pod uwagę, że mają ustanowiony limit 128KB/s ściąganie tego pliku trwało kilka godzin./ Te 2GB okazało się innym plikiem niż ten dostępny na ich oficialnej stronie. Plikiem, który już nie sprawdzał rejestracji. Mogę więc grać w Wiedźmina. Tylko dlaczego tyle to trwało :/
Powiedzcie mi teraz jedno. Co za producenty gry tworzy grę i przestaje oferować tak podstawowe działania jak jej rejestracja? /CD Projekt RED/ Co za wydawca nie przejmuje się supportowaniem starszej wersji gry po wypuszczeniu nowej? /Twórcy Wiedźmina/ Co za wydawca sprawia, że jedyną wersją Wiedźmina 1, którą można uruchomić jest tylko ta ściągnięta z torrentów z crackiem? /odpowiedź wszyscy znacie/ Wydają miliony na promocję, a zapomnieli o tak podstawowym fakcie jak dbanie o klienta. Zapowiadam wszem i wobec - jak Wiedźmin 3 wyjdzie - to go NIE KUPIĘ. /choćby nie wiem jak fajny był/
czwartek, 09 czerwca 2011
okazję należy umieć zauważyć
Słyszeliście o problemie szkolnictwa w Polsce? O tym, że instytucje są niedofinansowane, że pieniędzy nie starcza na bieżące potrzeby o nieodpowiednim wyposażeniu klas? /Ja bardzo często słyszałem/. Przez ostatni tydzień diametralnie zmieniłem swój światopogląd na ten temat. Szkołom nie brakuje pieniędzy, szkołom brakuje osób które potrafią zarządzać. Dyrektorem administracyjnym szkoły nie powinien być księgowy rozliczający przychody i rozchody, ale specjalista potrafiący pozyskiwać dodatkowe środki. Księgowy gwarantuje tylko i wyłącznie rozliczanie zagwarantowanych środków, księgowy nie zdobywa nowych. Drugim problemem szkoł to kadencyjność władz (szczególnie szkół wyższych). Władze /zupełnie jak rządy/ nie przejmują się tym co będzie po wyborach. Pracują przez swoją czteroletnią kadencję i nie dopuszczają aby jego następca miał jakieś zyski z ich pracy. Nie ma perspektywistycznego myślenia. Jest tylko tu i teraz. Odwiedziłem ostatnio kilkanaście szkół w trójmieście (gimnazja, licea, szkoły wyższe). Wszędzie przychodziłem z propozycją wynajęcia całej szkoły na dwa tygodnie w wakacje. Gwarantowałem stosowne umowy, ubezpieczenie mienia i co najważniejsze niemałe pieniądze dla szkoły. W zamian chciałem zorganizować dużą międzynarodową konferencję na terenie szkoły. Reakcje osób z którymi rozmawiałem były bardzo różnorodne i ukazują niezwykły przekrój tego, jak niewłaściwa osoba na niewłaściwym stanowisku może przyczyniać się do upadku instytucji. Oto lista rodzajów rozmów jakie przeprowadziłem: 1. "nie planujemy tyle do przodu" - "powiada Pan że chce Pan wynająć szkołę za dwa lata? Niestety nie wiemy co będziemy robić za dwa lata i nie będziemy ryzykować wiązaniem się umowami" /to może zacząć czas przewidywać trochę do przodu/ - "dwa lata to kupa czasu, dyrekcja może się zmienić i co Pan wtedy zrobi jak nie będzie zainteresowana współpracą" /dlaczego nowa dyrekcja ma nie chcieć zarobić?/ - "mój urząd jest kadencyjny, nie będę podejmował decyzji tyle do przodu. Ktoś może mnie zastąpić i nieprzychylnie patrzeć, że podpisywałem umowy nie mając pewności, iż będę w czasie ich realizacji piastował to stanowisko" /tia... raczej nie ma ochoty swoimi decyzjami dać następcy zarobić kilka punktów/ - "my nawet nie wiemy, czy nasza szkoła będzie wtedy istnieć" /a to akurat całkowicie akceptowalny argument/ 2. "bo się zniszczy" - "powiada Pan tysiąc osób przez dwa tygodnie... to oni mi ściany pobrudzą..." /to kupię farbę i odmaluję mu szkołę/ - "my w wakacje chcemy remontować a nie dalej dewastować naszą szkołę" /remonty to częsta rzecz w wakacje, ale nie każdy trwa 2 miesiące i można je dostosować terminowo/ - "czy Pan sobie wyobraża, jak nasze gimnazjum będzie wyglądać po pana konferecji?" /na pewno lepiej niż przy codziennym użytkowaniu przez kilkuset gimnazjalistów/ - "a kto to wszystko posprząta?" /wynajęty zespół sprzątaczek?/ 3. "proszę mi nie zawracać głowy" - "to renomowana szkoła, nie mam czasu na głupoty" /jeśli kilkadziesiąt tysięcy to głupota dla dyrektorki to gratuluję jej umiejętności zarządzania/ - "nie wiem czy chce mi się poświęcić czas na zapoznawanie się z Pańską ofertą" /to proszę wrócic do gry w sapera, a ja idę dalej/ 4. "powód zawsze się znajdzie" - "W wakacje szkoła jest otwarta tylko do 18, musiałabym nająć drugiego woźnego do pilnowania" /jeśli to jest największy problem kierowniczki to gratuluję sprawnego zarządzania/ - "musiałabym zobaczyć Pańskich uczestników i dopiero wtedy wyrazić zgodę /nie ma sprawy, sprowadzę tysiąc osób rok wcześniej aby Panu pokazać/ - "możemy umówić się na spotkanie za kilka tygodni, teraz jest końcowka roku i mam sporo pracy" /i przez dwa tygodnie nie może znaleźć 15min na wysłuchanie kogoś/
W tym tłumie ludzi, którzy nie potrafią zauważyć okazji kiedy puka do ich drzwi było kilku, którzy swoją postawą udowodnili, że zajmują odpowiednie stanowiska: - "to bardzo ciekawa propozycja, proszę mi więcej opowiedzieć" - "proszę mi powiedzieć, czy widzi Pan tu miejsce lub sposób na promowanie naszej szkoły?" - "muszę przyznać, że nigdy czegoś takiego u nas nie było i rozmach projektu sprawia duże wrażenie - muszę dokładniej się z tym zapoznać i przemyśleć" - "no na pewno dzięki Panu byśmy zarobili więcej niż na koloniach - będę musiał porozmawiać z Panią dyrektor i ją przekonać"
sobota, 05 lutego 2011
Staruszkowie u lekarza
Pis chce nagany dla posłanki Anny Muchy za niefortunną wypowiedź o tym, że gdyby staruszkowie nie przychodzili z każdą błahostką do lekarza to nie byłoby kolejek. Wielkie oburzenie, tylko zastanawiam się dlaczego. Przecież ona otwarcie powiedziała coś, co wszyscy wiedzą. Starsze babcie urządzają sobie z chodzenia do lekarza hobby. Zawsze można kogoś nowego spotkać porozmawiać. Choroby to po polityce najczęściej poruszany temat przez polaków, a gdzie jest lepsze miejsce do rozmowy o nich niż poczekalnia u lekarza? Oburzenie na posłankę jest ogromne. Roją się przykłady starszych ludzi, którzy chodzą bo muszą, gdyż rzeczywiście są chorzy. Ale nikt nie pokusi się o sprawdzenie ilu jest tych innych, którzy generują tłok. Znajomy lekarz zadał mi kiedyś zagadkę: - Czy wiesz, kiedy jest największy wzrost liczby staruszek odwiedzających przychodnię? - Pewnie w sezonie grypowym (jesień lub wczesna wiosna) - Wcale nie... w maju i czerwcu... a wiesz dlaczego? - ... - Gdyż przychodzą pochwalić się zdjęciami wnuków z komuni św.
Wprowadźcie opłatę 5zł za każdą wizytę u lekarza /tyle już człowiek płaci, że nie zrobi to różnicy/ Może to powstrzyma plotkary od przychodzenia do lekarza i ułatwi dostęp tym naprawdę potrzebującym.
sobota, 22 stycznia 2011
Ile kosztuje kredyt mieszkaniowy?
Szukając kredytów patrzymy na wysokość prowizji i odsetki. Często nie zastanawiamy się ile jeszcze kosztów będziemy musieli ponieść, a są one niestety niemałe. Przeszło rok temu wziąłem kredyt mieszkaniowy. 90 tys. zł. na 8 lat. Opcja: Rodzina na Swoim. Sprawa kosztów wygląda następująco: - odsetki do spłacenia w ciagu 8 lat: 16 tys. (drugie tyle pokrywa program Rodzina na Swoim) - prowizja banku: 1,7tys. Wszystko byłoby pięknie ale to tylko fragment tego, co muszę wydać. Diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach: - ubezpiecznie kredytu do czasu uprawomocnienia wpisu w hipotece (co jest możliwe dopiero po umowie notarialnej sprzedaży) /w praktyce więc jeśli bierzecie kredyt na budujące się mieszkanie możecie opłacać to nawet do dwóch lat. W moim przypadku było to 14 miesięcy/. 14*75zł = 1 tys. - opłata za konto założone w banku /oczywiście nie najtańsza opcja/: 8lat * 12 miesięcy * 10zł = 1 tys. /i nawet nie doliczyłem opłat za karty itp./ - opłata za założenie księgi wieczystej do kredytu /osobna na kredyt i na odsetki/ 400zł - wypis z księgi wieczystej 30zł - koszty paliwa (biletów) w celu załatwienia formalności: 100zł (nie wspominając, że w ciągu tego roku załatwiania trzeba kilka dni urlopu poświęcić) Do kosztów dojdą jeszcze rzeczy pośrednie, za które i tak byśmy płacili nie biorąc kredytu: - akty notariale (jak nowe mieszkanie to koło 2,5 tys.) - ubezpieczenie mieszkania
Bank bierze więc od mojej osoby niby tylko 1,7 tys. prowizji. Jednak ja w kieszeni muszę mieć kwotę kilka razy większą. Mój kredyt był niewielki, dla większych koszty te na ogół będą proporcjonalnie wyższe.
|
Archiwum
|