O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
niedziela, 24 stycznia 2010
sezon na marudzących studentów

Przychodzą i marudzą, że to pytania za trudne, że prowadzący zmienia zasady, że nie tego się spodziewali, że mają problemy z zaliczeniem przedmiotu, a przecież byli na połowie zajęć... i cokolwiek.

Marudzą i tłumaczą się, że kot był chory, że to nie jego ulubiony przedmiot, że nie mają warunków do nauki, no i że musieli uczyć się na inne przedmioty.

Pokolenie Czarnobyla, gimnazjów i matury Giertycha. Bardzo proszę zapamiętajcie sobie kilka następujących faktów:

A) Jeśli ktoś prosi o oddanie programu, który będzie działał na uczelnianym komputerze, to odpalenie go na własnym laptopie nie jest wykonaniem polecenia. Rozumiem, że ćwiczycie już bycie adminami i rzucacie tekstami "u mnie działa", ale mimo wszystko musicie się postarać.

B) Jeśli ktoś wam podaje specyfikację (język programowania, środowisko, wersję programu), to zmienianie jej i podawanie argumentu "bo ja tego używam" jest tak samo skuteczne jak punkt powyższy.

C) Jeśli ktoś się stara, to nie ma szans aby oblał. Starających się studentów widać - choćby po frekwencji na zajęciach. Bardzo łatwo zrozumieć, że ktoś ma problemy z przyswojeniem materiału nawet jeśli był na wszystkich zajęciach i można coś z tym zrobić, ALE wymaganie przez niskofrekwencyjnych studentów tego samego jest przeginaniem.

D) Jeśli na egzamin dostajecie kilkadziesiąt zagadnień do wykucia na pamięć, to pomyślcie trochę! Istnieje coś takiego jak starsze roczniki, jak opracowane przed lata odpowiedzi na te pytania, a jeśli macie trochę pojęcie o przedmiocie, lub co mniej prawdopodobne chodziliście na wykłady to wiecie co jest ważniejsze. Prowadzący mają swoje 'koniki' zestawy często wybieranych pytań. Przy odrobinie szczęscia możecie opracować podzbiór kilkunastu pytań, których nauczenie zagwarantuje wam zaliczenie.

E) Zadawajcie pytania! Jeśli na egzaminie prowadzący chce usłyszeć wasze pytania, to do jasnej cholery zadawajcie je! Tym bardziej jeśli wyznaczył swoich doktorantów do pilnowania egzaminu, a sam gdzieś indziej siedzi. Oni NAPRAWDĘ wam pomogą, ale nie wprost. Najpierw musicie zadać pytanie, w odpowiedzi na które można zawszeć istotną podpowiedź do zadania. Przykro mi, ale nikt nie będzie podpowiadał matołkom, którzy siedzą cicho i NIE WIEDZĄ nawet o co zapytać.

F) Istnieje coś takiego jak KONSULTACJE. Niektórzy profesorowie nie uświadczyli na nich studenta od dobrych kilku LAT! Czy wiecie, że konsultacje tak, jak punkt powyższy mogą wam pomóc na egzaminie? Wiecie, że w geście wdzięczności, iż przyszedł jakiś student i wyraził zainteresowanie tematem profesor może podać tematy, do których warto "szczególnie" się przygotować? Oczywiście podstawowym problemem jest "o co zapytać?" Niestety studenci nie posiadają tej elementarnej umiejętności.

G) Czytajcie regulaminy! Warto znać swoje prawa i obowiązki, szczególnie w zakresie zaliczeń i egzaminów. Argument: "błagamy niech Pan zrobi jeszcze jedną poprawkę" nie działa. Ale podparcie się stosownym regulaminem pomoże!

H) KUPUJCIE GAZETY. Nic tak nie pomaga zdać egzaminu, jak dobra gazeta zostawiona na stoliku pilnującego profesora.

 

Miłej sesji!

 

 

 

13:17, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010
problematyczne rozwiązania problemów

Przy okacji przeglądania stron internetowych naszła mnie ostatnio dość nieczęsta chęć dokonania kilku przemyśleń. Na moje szczęście temat okazał się miły i lekki. Oto wnioski:

Rozwój technologiczny jest naszym utrapieniem i szczęściem jednocześnie. Choćby komórki, które sprawiają, iż zawsze możemy się skontaktować z innymi osobami i niestety oni również to mogą uczynić. Wraz z nowymi wynalazkami pojawiają się nowe problemy, a stare znikają. Dla naszego komórkowego przykładu będą to odpowiednio: wstyd jeśli nasz telefon był niewiciszony i zadzwonił w nieodpowiednim miejscu i brak przejmowania się godzinami oczekiwania na połączenia międzymiastowe.

Nieistniejących lub zanikających problemów jest sporo. Jednakże nie jestem przekonany, czy alternatywy okazują się lepsze.

Kolejki w sklepach i dostępność produktów niech będzie pierwszym przykładem. Dziś nie ma kolejek za dostawą towarów. Dziś mamy wszystko co chcemy w zasięgu ręki. Pojawił się jednak problem wyboru. Kiedyś kupowało się rzecz bo BYŁA, dziś wybiera się godzinami. Możliwe, że czas jaki poświęcamy na analizowanie promocji, możliwości i innych skomplikowanych elementów przy kupnie choćby telewizora zajmuje więcej czasu niż kiedyś stanięcie w kolejce i wyczekanie na swoją kolej.

Brak dostępności Internetu był wielkim problemem mego pokolenia. Większość moich równieśników zna na pamięć melodyjkę modemu i doświadczyła dyskusji z rodzicami na temat wysokości rachunków. Co dziś mamy za to? Powszechny, tani Internet, do którego każdy ma nieograniczony dostęp. Pięknie? Nie do końca. Średnia ilość czasu spędzanego przed komputerem bardzo szybko wzrasta w naszym społeczeństwie. Stajemy się uzależnieni i zaniedbujemy inne aspekty naszego życia - jak rodzina czy sport.

Z komputerami związanych jest wiele innych problemów. Choćby gry komputerowe. Kiedyś były powszechne, gdyż nie istniały przepisy regulujące piractwo. Potem się to zmieniło i zdobycie wymarzonej gry było trudne. Samo pogranie w wersję demo było osiągnięciem. Dziś? Dema gier nie istnieją. Gry są masowe i dostępne /choć wciąż dużo kosztują/. Internet sprawił, że kogo nie stać - może sobie piracką kopię ściągnąć. W rezultacie ściągamy na potęgę - grając i nawet nie kończąc gier. Kiedyś demo przechodziło się 10x, dziś nie chce się nam skończyć przygody.

Kserokopiarki - niezbędnik studentów. Czy możecie sobie wyobrazić studia bez ksero? Nasi rodzice jezdzili z aparatami po bibliotekach robiąc zdjęcia potrzebnych materiałów. My zawsze mamy pod ręką komórkę. Wtedy książki były kupowane i były tańsze. Nie istniały wykłady w formie elektronicznej. Każda praca była odręcznie napisana, a jeśli już była drukiem to dzięki maszynom do pisania, które nie wybaczały błędów. Jest więc lepiej? Nie do końca. Wygoda sprawia, iż stajemy się leniwi. Studenci też stają się leniwi. Dostępność materiałów pozwala nam bardziej olewać studia. To samo zresztą jest już w szkołach średnich, gdzie dzięki portalom jak ściąga.pl życie licealisty staje się łatwiejsze /czy aby tylko?/

Albo taki trywialny problem jak transport. Kiedyś samochodów było mało, ruch na ulicach nie był takim problemem. Dziś korki są zmorą naszego miejskiego życia. Jesteśmy już do nich tak przyzyczajeni, iż nie dostrzegamy innych możliwości. Można je jednak znaleźć i to całkiem niedaleko. Taka Holandia ze swoimi rowerami - tak WIĘKSZOŚĆ ludzi używa właśnie tego środka komunikacji i dobrze na tym wychodzi.

Świat się zmienia. Żyjemy w zaiste ciekawych czasach. Nie wiem jednak, czy postęp technologiczny w ogólnym rozrachunku bardziej nam nie szkodzi, niż pomaga. Podałem tylko kilka przykładów. Aspektów jest jednak dużo więcej: kwiestie zdrowej żywności, ceny i dostępność paliw, ilości miejsc w przedszkolach, trwałości produktów i środków używnych do ich konserwacji, nowoczesnego systemu bankowego i oszustw finansowych, zdrowia dzieci - choćby astma, czytanie i wtórny analfabetyzm i wiele, wiele, naprawdę wiele innych.

Nasi rodzice wciąż powtarzają "za naszych czasów", ja już po 10 latach mogę to samo powiedzieć. Świat przyspiesza i ciężko będzie go zatrzymać.

 

14:17, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 stycznia 2010
ankiety pracownicze

Dostaliśmy w pracy ankiety oceny pracownika. Składają się z dwóch części. W pierwszej oceniamy się w skali od 1-5 w różnych aspektach, następnie to samo robi nasz bezpośredni przełożony. /w praktyce liczy się nie to co potrafisz, tylko czy twój przełożony cię lubi i nie zechce cię udupić/

Druga część to jakaś marna przeróbka powszechnych testów na silne i mocne strony pracownika. Miałem z nią nie lada ubaw. Poważny /podobno/ test wypełniany przez zwykłego bibliotekarza. Dość tendencyjne pytania sprawiły, że odpowiedzi nie mogły być sensowne:

Zaczęło się od mocnych stron (wymieniłem co trzeba: języki, komputery, zdolności organizacyjne), potem słabe /tu trzeba umieć dobrze coś napisać, aby się nie wkopać/. Padło na nielubienie rutyny, nielubienie rozmianiania przez telefon i ambicje finansowe /no w koncu przeszkadzają mi w osiągnięciu sukcesu na stanowisku bo kasa za tę pracę jest marna/.

Na pytanie jakie elementy dają mi satysfakcję, miałem dobrą odpowiedź: wygodny dojazd do pracy /25 minut/.

Z rzeczami przeciwnymi było ciekawiej. Jako główne ograniczenie wymieniłem oczywiście nieznajomość haseł administracyjnych /coś trywialnego się zapsuje i musimy ich wzywać z głównego budynku - zamiast samemu naprawić/.

W ambicjach było najciekawiej. Co można napisać jak ktoś pyta o stanowisko, które chcę zajmować za 5 lat? Niby mam jakiś wybór? Co mam napisać o sposobie w jaki chcę osiągnąć ten cel? Jestem gdzie chcę być. W tej pracy jestem ponieważ ją lubię, a nie ze względów finansowych czy ambicji. Takich ludzi jak ja jest mało /no bo kto pracuje prawie społecznie mając dużo lepsze możliwości/, ale moim szaleństwie jest metoda.

Lubię moją pracę :)

 

 

 

14:14, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2010
3-dniowe szkolenie sprzątaczki za 2 tys zł

Podobno Polska jest na pierwszym miejscu pod względem wykorzystania środków z UE. Źródeł tego sukcesu wcale nie doszukiwałbym się w rzeczach pozytywnych. Polacy potrafią wykorzystać każdą okazję do dorobienia, fundusze UE są jedną z nich.

Gdybym miał zgadywać na podstawie doświadczenia - powiedziałbym, że co trzecia złotówka otrzymana w ramach projektów idzie do prywatnych kieszeni. Zawyżone faktury, znajomi będący podwykonawcami projektów, nieodpowiednie zakupy itp... możliwości jest sporo i każdy je skwapliwie wykorzystuje.

Nie są to wcale małe kwoty, jak ktoś kiedyś powiedział "jak kraść to miliony".

Przykład z pobliskiego podwórka:

Jest sobie pewna firma sprzątająca z Poznania. Udało jej się otrzymać 4,5 mln zł dofinansowania (sam projekt jest o wartości 7,5 mln zł) na "podnoszenie kwalifikacji pracowników". Wedle projektu 2500 osób będzie brało udział w szkoleniach.

Teraz pomyślcie trochę. Szkolić będą sprzątaczki - osoby, które zarabiają grosze. Z projektu wynika, że na osobę przeznaczą prawie 2 tys zł. W ramach 3-dniowego szkolenia wydadzą na sprzątaczkę jej 3 miesięczne wynagrodzenie?

Jakkolwiek szczytne dokształcanie pracowników nie jest - łatwo sobie tu wyobrazić wszelkiego rodzaju oszustwa:

- wkład własny - skąś te 2 mln wkładu własnego muszą mieć, na szczęście nie musi to być gotówka. Doliczmy paliwo samochodów firmowych /oficjalnie to nimi pracownicy byli dowożeni/, doliczmy materiały biurowe /które i tak by kupili do codziennej działalności/, komórkę prezesa też warto doliczyć /i każdego dyrektora/, do tego prąd, koszty kampani promocyjnej wśród pracowników itp... jakoś 2 mln bez wydawania dodatkowej złotówki się znajdzie.

- osoby szkolone - cieżko znaleźć 2 tys sprzątaczek. Ale to też nie problem. Zatrudniamy osobę, wysyłamy ją na szkolenie, oficjalnie wydaliśmy na to 2 tys, nieoficjalnie 300zł. Pracownika zwalniamy. Taka osoba jest zadowolona bo ma papierek, my bo wyrabiamy normę.

Dochodzi do takich paranoi, że na szkolenie wysyła się osoby, którym w poniedziałek wręczy się dyscyplinarkę... /no ale kasa leci, więc co się przejmować/

- poczęstunek i inne atrakcje - bez nich szkolenia się nie obejdą, w ramach tych finansów szeregowi pracownicy świetnie się bawią, prezesi upijają najdroższymi alkoholami w lokalu obok. Dla firmy też coś musi zostać, więc kupi się zapas kawy i cukru na rok, upominki itp.

 

Dwa lata życia za pieniądze Unii. Kraść nie umierać.

 

Ktoś kiedyś wpadnie na pomysł napisania projektu, którego celem będzie sprawdzanie innych projektów, a potem dorobi się milionów na łapówkach.

 

wtorek, 05 stycznia 2010
Historia pewnego stowarzyszenia

W ostatnich latach jestem świadkiem powstawania dziesiątek nowych stowarzyszeń. Wystarczy zebrać kilkanaście osób /podpisów/, przepisać od kogoś statut i wykosztować się na wpis do KRS-u. Co za to mamy? Praktycznie nieograniczone możliwości składania wniosków o dofinansowanie z Unii Europejskiej.

Kasa, która idzie na stowarzyszenia jest ogromna. Przyjaciele kultury, stow. miłośników truskawek, klub dobrych zwyczajów żeglarskich... każdy pomysł ma szansę na realizację.

W ten sposób Unia daje nam obywatelom możliwość działania. Wszędzie gdzie znajdzie się kilkanaście osób chętnych do zebrania się pod jednym sztandarem - można zdobyć pieniądze.

Gros tych nowych stowarzyszeń powstało tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nazywam je stowarzyszeniami jednego projektu. Powstają, składają wniosek, otrzymują dofinansowanie i jego członkowie żyją z tych pieniędzy.

Nawet władze widzą ten problem /to chyba wystarczająco świadczy o jego skali/ dodając w rubryce wniosku pozycję: wiek instytucji ubiegającej się o dofinansowanie.

Mimo tego wątpliwej jakości postępowania jest bardzo dużo stowarzyszeń, które są prężnie działającymi instytucjami pomagającymi setkom, a nawet tysiącom ludzi.

Są też inne przypadki, z których jeden chciałbym przedstawić.

 

Polskie Stowarzyszenie Go istnieje od prawie 30 lat. To bardzo dużo. W czasie tego okresu zmieniło się w nim wszystko i to nawet kilkukrotnie. Najpierw była to grupa znajomych, chcących działać i regularnie spotykających się na turniejach goistycznych. Była to mała grupa nie mająca pieniędzy, ale i też nie mająca aspiracji podboju świata /tudzież Polski/. Marzenie, iż każdy w kraju będzie wiedział przynajmniej co to Go - było nieosiągalne.

Potem przyszedł boom przełomu lat 90 i nowego wieku. Liczba goistów rosła lawinowo, pojawiło się wielu ambitnych i chętnych do pomocy działaczy, do stowarzyszenia dołączały osoby w całej rościągłości wiekowej. Można było optymistycznie patrzyć w przyszłość. Wciąż nie było pieniędzy, ale za to były chęci i zrealizowano wiele wspaniałych projektów.

Rok 2004 okazał się przełomowy - po raz pierwszy stowarzyszenie miało pieniądze (i to całkiem niemałe). Był to również moment krytyczny w którym wszystko zaczęło się psuć.

Dziś stowarzyszenie jest na poziomie sprzed 15 lat. Liczba goistów spadła trzykrotnie, osoby chętne do pomocy można policzyć na palcach. Nie realizowane są żadne projekty mające popularyzować go w nazym kraju... wszystko się skończyło... dlaczego?

Winą można obarczać wszystko i wszystkich. Każdy może przedstawić sensownie brzmiący argument, który w jakimś stopniu będzie opisywał przyczyny upadku PSG.

Dla mnie najważniejszym powodem jest samolubne uwielbienie idei stowarzyszenia. Czyli zapatrzenie się w samego siebie bez spoglądania w realia.

Zarząd PSG w ostatnich latach dąży do stworzenia z Go sportu umysłowego, już nie hobby, ale dziedzina sportu jak szachy czy warcaby. Wszystko pięknie tylko zapomina się w tym wszystkim o ludziach.

200 aktywnych turniejowo graczy (co najmniej 2 turnieje w roku) i kilka osób działających w środowisku to za mało! Go nie jest znaną grą, nie jest popularna, nie ma siły przebicia. Pomimo swego potencjału jest nieatrakcyjna dla osób z zewnątrz. Celem Polskiego Stowarzyszenia Go przez lata była popularyzacja Go, dziś kończy się na zamykaniu się w swoim małym światku i próbach wprowadzania reform, którym większość jest przeciwna.

Przez ostatnie lata zarządy skutecznie zniechęciły do działania wielu goistów. Lokalni działcze, od których w największym stopniu zależał czynnik popularyzacji odeszli. Czy to z powodu personalnych peturbacji, czy nieakcetpowania kierunku zmian w jakim zmierzało PSG. Pozostał zarząd, pozostały pieniądze i nic więcej. Głowa bez ciała, gdyż jego członki uznały, iż lepiej sobie radzą bez niej.

Tak długo jak władze PSG nie zrozumieją, że siła stowarzyszenia tkwi nie w regulaminach, nie w autopromocji, ale w charyzmie członków, tak długo nic nie ulegnie poprawie. Ludzi nie interesują kolejne regulaminy, czy kolejne turnieje mające wyłonić reprezentanta na jakiś zagraniczny event /od lat jeżdżą te same osoby/. Szarych członków nie interesuje patos, ich interesuje możliwość działania na lokalnym poletku. Ich nie interesuje nowy regulamin klubów afiliowanych i prawa i obowiązki z nim związane, ich interesuje miła i życzliwa współpraca.

Bycie miłym i życzliwym jest najważniejsze - tak rodzi się współpraca.

Niestety te czasy odeszły w zapomnienie. Co rok, dwa jest łapanka na nowy zarząd PSG, co roku nie ma chętnych lub osoby, które się zgłoszą szybko się poddają. W ten sposób z roku na rok jakoś zarządu i zarządzania ulega obniżeniu... degeneracja.

Kto dziś jest we władzach?

prezes - jeden z najsilniejszych graczy w naszym kraju. Wielokrotnie reprezentował nas za granicą. Jako gracz osiągnał bardzo wiele, niestety jako prezes jest introwertykiem bez charyzmy. No i wciąż dochodzi argument jego przeciwników, którzy mówią iż nie jest w jego interesie (jako reprezentanta kraju) rozwijać Go, gdyż zwiększa mu to konkurencję.

vice-prezes - człowiek, o którym mało środowisko słyszało, aż do momentu, kiedy zaczął na nowo się udzielać. Jest dobry w tworzeniu regulaminów i praw i niestety w niczym innym. Jego pierwsza próba skończyła się wielkim oburzeniem ze strony innych graczy, iż może istnieć tak betonowa persona, która widzi tylko zasady i regulaminy a nie widzi ludzi.

kolejny vice - we władzach stowarzyszenia był już wielokrotnie, niczym nigdy się nie wykazał. Kolejna osoba bez charyzmy i interpersonalnych umiejętności. Kiedyś jako organizator najwiekszego międzynarodowego turnieju w Polsce spóźnił się godzinę, każąc ludziom czekać pod drzwiami (komórki oczywiście nie odbierał, bo po co). Przyszedł nikogo nie przeprosił, rzucił głupim tekstem i kazał wszystkim grać dalej.

szeregowy członek - jeden z tych, który jest pierwszy raz we władzach stowarzyszenia. Osoba, która wedle idei powinna uczyć się od starych i jednocześnie wnosić powiew świerzości. Problem w tym, że od starego betonu nie ma czego się uczyć, a wszelkie inicjatywy są skutecznie przez nich torpedowane.

drugi młody szeregowy członek - a raczej członkini - osoba o wręcz niespotykaniej umiejętności anty PR-u. Ona chcąc dobrze, robi wszystko tak, że na niespotykaną skalę obraża innych. Organizując inwentaryzację sprzętu wysyła do klubów takie listy, których niby łagodna treść sprawia, iż otwiera się nóż w kieszeni. Osoba, która na dużej imprezie nie zauważała, że żadna grupa ludzi nie chce z nią rozmawiać, ani mieć nic wpólnego. Osoba, która mimo to siadała i zaczynała mówić... o sobie...

 

Tak wygląda aktualny zarząd w zwierciadle mego bloga. Karykaturze, która jednak mówi trochę prawdy - brakuje charyzmy, brakuje ludzkiego podejścia, brakuje woli współpracy. Są regulaminy, są pieniądze, jest granie na przetrwanie. Doskonale się tu wpasuje motto, które kiedyś umieścił na stronie PSG drugi vice... brzmiało ono miej więcej: najważniejsze to nie przegrać.

Nic więcej. Żadnych ambicji, nie mówimy o zwycięstwie, ale o uniknięciu klęski.

Polskie Stowarzyszenie Go jest umierającym tworem, które w swojej wieloletniej działalności ma najlepsze i najpełniejsze regulaminy, wysyła wielu reprezentantów za granicę, dysponuje sporymi środkami finansowymi i nie ma żadnych mniej lub bardziej charyzmatycznych osób, które chcą temu stowarzyszeniu pomagać.

Paradoks, czy też brak niszy do istnienia takiej współpracy?