O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
środa, 17 lutego 2010
Plany zajęć

Układanie planów zajęć jest problemem trudnym. Nie istnieje żaden algorytm na zadowolenie wszystkich. Z jednej strony grupa chce mieć zajęcia bez okienek, z drugiej należy liczyć się z ograniczoną liczbą sal i godzin, z trzeciej prowadzący mają uwagi dotyczące tego w jakie dni chcą pracować, z czwartej wszystko to musi się układać w spójną i w miarę zbalansowaną całość.

Nic więc dziwnego, że o rozkładzie zajęć dowiadujemy się na ostatnią chwilę. Na uczelni często ktoś szedł w niedzielę wieczorem zobaczyć czy wisi już plan na poniedziałek. Studenci się irytują, mówią o nieodpowiedzialności itp. Nie wiedzą jednak, że prowadzący zajęcia są w dokładnie TYM SAMYM położeniu.

O naszych planach zajęć dowiadujemy się wtedy, kiedy studenci. Nasz wpływ na to jak on wygląda jest niewielki. Jedyne co możemy zrobić to wypełnić ankietę i zaznaczyć, którego dnia nie chcemy prowadzić zajęć (gdyż np. mamy inną pracę). Na dodatek nikt nam nie gwarantuje, iż nasz postulat zostanie uwzględniony /oficialnie to tylko nasze sugestie/.

Jesteśmy w dużo gorszej sytuacji niż studenci. Oni mogą sobie pozwolić na zignorowanie zajęć w poniedziałek o 8 rano /o których nie wiedzą/. Jeśli natomiast prowadzący by o nich nie wiedział, to już problem. Niewielu studentów ma dwa kierunki, za to większość prowadzących pracuje na dwóch uczelniach /a często i nawet na więcej/.

Układanie mojego planu zajęć jest niezwykle interesujacym zjawiskiem. Wszystko opiera się na minimalizowaniu szans na kolizje.

Musiałem ustalić następujący schemat:

- jeden dzień na uczelni I (1 zajęcia),

- dwa dni w pracy,

- pozostały czas na uczelni II (5 różnych zajęć),

- dodatkowo są pewne dni i godziny kiedy tych zajęć nie może być ze względu na inne obowiązki (np rada wydziału).

Teraz dochodzą priorytety:

- na plan uczelni I nie mam żadnego wpływu - co dostanę (losowo) tak musi być

- na plan na uczelni II mam minimalny wpływ - ale i tak wszystko sprowadza się do dobrej woli prowadzącego

- na grafik w pracy wpływ mam w 90% /o ile zostanie mi czas aby do niej chodzić/

 

W praktyce ustalanie planu wygladało tak:

- telefon do uczelni I - "kiedy prawdopodobnie będą zajęcia" - odpowiedź: "nie we wtorek i czwartek". /co mi w niczym nie pomaga/

- telefon do uczelni II - "jeszcze nic nie wiemy"

- telefon z pracy - "proszę ustalić swój grafik pracy na kolejny miesiac, gdyż musimy to wiedzieć z wyprzedzeniem" - /na szczęście miałem zaległy urlop to go tam wpisałem/

- informacja z uczelni II - "jeden przedmiot na pewno we wtorki"

- informacja z uczelni I - "zajęcia w środy" /uff/

- ptanie od szefa z pracy - "jak masz zajęcia bo chcę wziąć tydzień urlopu?" /nie mam pojęcia/

Aktualnie czekam na plan z uczelni II. Za 5 dni w najbliższy poniedziałek zaczynają się tam zajęcia. Wtedy również mój szef ma urlop /mój jest dopiero w przyszłym miesiącu/. Nie może mnie również zabraknąć na uczelni I. Do tego miałem umówić spotkanie w sprawie pracy badawczej - ale chyba sobie na razie odpuszczę.

 

Studenci - myślicie, że macie duży problem, bo nie znacie planu?

poniedziałek, 15 lutego 2010
Żony, które wciąż coś od nas chcą - cz3

Ostatnio słuchałem audycji radiowej o relacjach w małżeństwie. Jednym z aspektów, które były poruszane, to kwestie konsultacji i ustalania czegokolwiek. Z jednej strony zaprezentowane było stanowisko osoby realizującej coś samodzielnie, z drugiej takiej, która chciała decyzje podejmować wspólnie.

Słuchając wypowiedzi doszedłem do wniosku, że to owe konsultacje są częstym elementem sprzeczek z moją ukochaną. O dziwo raz spieramy się o to, że jest ich za mało, a potem, że za dużo. Problem w tym, że w niektórych sprawach ja jestem zwolennikiem opcji minimum, a w innych żona. Co gorsze na ogół mamy zupełnie inne spojrzenie na te kwestie.

Dla przykładu - obiad. Z domu wyniosłem, iż obiad na stole jest i nikt poza matką nie ma zbytniego wpływu co jest do jedzenia. Mama ustalała menu na tydzień i należało się dostosować. Teraz zmuszony jestem codziennie odpowiadać na pytanie "co chesz dziś na obiad". Próbowałem już wielu podejść:

- metoda na 'obojętnie' - niestety odpowiedź "cokolwiek", "obojętnie", "zrób co chcesz" - nie sprawdza się prawie nigdy. W końcu jeśli zadaje mi się pytanie, to mam udzielić wystarczającej odpowiedzi. Postanowiłem więc przetesować taktykę:

- na 'konkretnie' - jak powiem, że chcę kurczaka z warzywami, czy cokolwiek innego zaczyna się wypytywanie "a dlaczego?", na dodatek okazuje się, że moja żona ma już swoje preferencje, a ja niestety ich nie zgadłem. Podaję, więc drugą odpowiedź niestety znów otrzymuję poprzednie 'pytania pomocnicze' oraz stwierdzenie, że "mam się zdecydować". W ten sposób okazuje się, że moja konkretna i zdecydowana odpowiedź, to za dużo. Moja kochana połowa nie rozumie algorytmu jaki stosuję (random z niewiekimi wagami) i muszę się wytłumaczyć. Nie liczy się, co powiedziałem, że chcę na obiad, lecz dlaczego to powiedziałem.

- metoda 'eleminacji' - ostatnio ją testowałem. Podałem dania, których danego dnia nie chcę jejść. Pomysł okazał się kompletnie nietrafiony, gdyż zostawiłem ukochanej za dużo możliwości. Co gorsze z jednej strony musiałem tłumaczyć "dlaczego nie to" z drugiej pozostałem z pytaniem "co chcesz na obiad ze zbioru rzeczy, jaki pozostał po tym co wymieniłeś, że nie chcesz?" W praktyce okazało się to tym samym problemem.

- metoda 'piłeczki' - "a na co ty masz ochotę?", niestety żona za szybko odkrywa moje intencje i wyczuwa, iż w rezultacie mówię "zrób co chcesz, mi to obojętne". Słyszę wtedy, że to ja mam zdecydować. /tylko jak cholera zdecyduję, to będę musiał się tłumaczyć/

Wychodzi na to, że ja prosty facet, który chce coś po pracy zjeść - jestem winien wszystkiemu. Dla mnie naprawdę odpowiedź 'obojętnie' jest najbardziej trafną. Mam to ogromne szczęście, iż moja żona lubi te same potrawy, co ja i nie muszę się bać iż przygotuje coś czego nie lubię.

Kochanie zrozum: zjem to, co przygotujesz, kieruj się swoim gustem i chęciami. Gotujesz wspaniale i uwielbiam Twoje obiady. Dla mnie ważniejsze rodzaju dania jest jego obecność po powrocie z pracy. Nie przejmuj się więc mną... będę najedzony... będę szczęśliwy...

 

18:30, trucie-dupy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 lutego 2010
dupotrucie i srebrny medal

Oto fragment wywiadu z Adamem Małyszem z onet.pl:

Jak wyglądał pana dzień? Przed kwalifikacjami miał pan problemy ze snem. Czy teraz było podobnie?

- Rzeczywiście wczoraj już o piątej godzinie byłem na śniadaniu. Oczy mnie bolały i chodziłem taki trochę "przytrzymany". Wczoraj poszedłem sobie spać koło 23. Chciałem pospać do szóstej, ale o czwartej godzinie Stefankowi (Hula, mieszka z Małyszem w jednym pokoju - przyp. red.)... zadzwonił telefon i obudziłem się (śmiech). Nie mogłem zasnąć ponownie. Chyba godzinę patrzyłem w sufit, ale udało się. Obudziłem się o szóstej. Proszę Stefanowi wybaczyć. A wiem też, kto do niego dzwonił - biuro obsługi klienta (śmiech).

 

Widzicie! Zalewają spamem nawet sportowców. Złe biura obsługi klienta dwonią w dzień i w nocy. Chcę wiedzieć CO TO ZA FIRMA! Który operator komórkowy w sposób pośredni zabrał metry naszemu mistrzowi! Czas rozpocząć bojkot :)

 

10:55, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010
zima

Śnieg pada już ponad miesiąc. W miastach zalegają metrowe zaspy, w których widać warstwy geologiczne mówiące przerwach w opadach i przejazdach piaskarek. Dla niektórych to największa zima jaką pamiętają w swoim życiu.

Sytuacja na drogach jest niewesoła, chodniki zostały zredukowane do wąskich ścieżek, miejsca parkingowe zajęte są przez nawet dwumetrowe zwały śniegu zepchnięte przez pługi. Chodzenie po nieodśnieżonych schodach jest niezwykle niebezpieczne, a samochody praktycznie nie mają możliwości ostrego hamowania.

Można by się spodziewać, że 'dowcipy' o drogowcach będą wyjątkowo popularne w tych jakże niezwykłych czasach. Jednak wcale tak nie jest. Jest ich mniej niż zwykle. Zarówno fora internetowe, komentarze pod artykułami, czy fotki na słynnych już demotywatorach wcale nie krążą wokół tego tematu. Więcej mówi się o ekologach i "gdzie to całe oceplenie klimatu?".

Czy nasi drogowcy są tacy sprawni? Czy sytacja na drogach jest lepsza niż zwykle? Otóż nie... jedyna różnica to jej stabilność. Od miesiąca jest tak samo źle...

Polacy to marudzący naród. Każda zmiana sprawia, iż muszą pomarudzić jak to im źle i jak to inni nie wywiązują się ze swojej pracy. Jeśli zły stan się utrzymuje - przyzwyczajamy się.

Śnieżna zima trwa ponad miesiąc. Przyzwyczailiśmy się... kierowcy, którzy uwielbiali szybko jezdzić po mieście przetrwali 'szok' konieczności zwolnienia i dostosowali się. Paradoksalnie wolniej jeżdżący generują mniej korków, wykazują większą zrozumiałość, nie wpychają się na trzeciego. Śnieg zmusił ich do zwiększenia uwagi.

Tak samo niezmotoryzowani dojeżdżający do pracy - po miesiącu nieregularnie jeżdżąca komunikacja już nikomu nie przeszkadza. Ludzie wychodzą trochę wcześniej, pracodawcy wykazują zrozumienie dla sytuacji.

Zima, a raczej jej stabilność sprawiła, że jesteśmy lepsi...

Nie ważne jak jest źle, lubimy marudzić na zmiany, a nie na panujący stan. Dlatego wprowadzanie jakichkolwiek reform jest tak trudne.

 

 

11:42, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lutego 2010
Żony, które wciąż coś od nas chcą - cz2

O optymalności kupowania przez kobiety już pisałem. Żona moja za nic jednak bierze sobie ilość czasu jaką marnuje na podejmowanie decyzji. Dla niej przyspieszenie procesu kupna to nie zredukowanie ilości kroków algorytmu, ale gruntowne przepytanie mnie o potrzebne jej parametry.

Głośniczki do komputera... trzeba jakieś kupić. Ile czasu można je wybierać? Dziś jest 3 dzień i jakaś 8h przeglądania specyfikacji na necie. Ciekawe ile to jeszcze potrwa? Aktualnie jest na etapie "już wybrałam firmę i chyba model, ale muszę jeszcze przeszukać sieć aby mieć pewność, zę to na pewno dobry wybór".

Przesadzam? Wcale nie... Czy kotokolwiek z was ściągał próbki dzwięków o niskich częstotliwościach aby sprawdzić jakie ma znaczenie czy głośniki są od 22 czy 40kHz? Aż żal było mi mówić, iż głośniki na których te dźwięki słuchała nie mają za dobrej specyfikacji i raczej słyszała nie to, co trzeba.

Apetyt żony rośnie w miarę czytania. Dwa zwykłe głośniczki szybko przeszły w sprzęt klasy 2+1. Teraz dochodzi kwestia czy ze wzmacniaczem /no bo, jak można trochę dopłacić to czemu nie/, potem będzie ilość membran w głośnikach /no bo, jak można dopłacić za wysokotonową to dlaczego nie/ potem dodatkowe gałki do sterowania /no bo, jak można dopłacić.../, no i oczywiście wyświetlacz /bo dopłata jest niewielka.../

Mówiłem, zwykłe głośniki do 200zł... więc żona uznała toł za kwotę minimalna... /no bo dopłata 20zł za bajery chyba nie ma znaczenia/. Moja połówka nawet nie patrzyła na głośniczki za 70zł /no skoro 200zł to mogę zaszaleć/.

Nawet nie sądziłem, że zwykłe głośniki mogą sprawdzić tyle wątpliwości przy kupowaniu /o dziwno ich wygląd jest najmniej ważnym parametrem!/. Zmuszony będę chyba kupować rzeczy bez jej wiedzy i robić z nich prezenty. W przypadku radia okazało się to idealne... kupiłem i nigdy nie marudziła, że czegoś jej brakuje. Aż strach pomyśleć, co by było gdym powiedział "kochanie potrzebujemy radia".

Czasem mam wrażenie, że jedynym plusem tego systemu kupowania jest fakt, iż trudno mej ukochanej wydawać pieniądze szybciej niż je zarabiam /dla niektórych to pewnie kobieta ideał, niestety patrzę na to inaczej/.

---

sprostowanie: żona po przeczytaniu stwierdziła, że to o próbkach jest nie do końca prawdziwe, bo wysokie częstotliwości też ściągała.

 

czwartek, 04 lutego 2010
dyskomunikacja

Przyszło ma maila zlecenie - 2 ulotki reklamowe, grafika + skład. Sprawa była prosta. Dostaliśmy wytyczne co narysować oraz jaki tekst zamieścić. Wysyłam więc do rysownika stosowne informacje wklejając wytyczne zleceniodawcy.

Po kilku godzinach otrzymałem grafikę, zacząłem dorzucać co trzeba, brakowało logotypów w formacie wektorowym, więc piszę:

mail do kobiety: potrzebuję logotypy w formacie wektorowym, może mi je Pani przesłać?

mail od kobiety: /przesłała jpg/

mail do kobiety: to są pliki jpg, a ja potrzebuję najlepiej cdr

mail od kobiety: nie mamy nic innego /i mówi to baba odpowiedzialna za marketing/

 

No cóż, wszedłem na stronę ich firmy i samemu sobie znalezłem /baba pewnie nie wie, że je ma/. Zrobiłem projekty i wysłałem kobiecie.

Kolejny dzień:

Dzwoni kobieta mówiąc, iż jedna ulotka jest super (za wyjątkiem drobnych literówek do poprawienia), ale po drugiej nie tego oczekiwała. Pytam w czym dokładnie problem... odpowiada, iż nie podoba się im obrazek /narysowany wedle wytycznych/ i że koleżanka, która wysłała zlecenie podała niedokładne dane /jak dla mnie były aż za dokładne/ i że to ma być zupełnie inaczej. Czytam kobiecie co wysłano nam w mailu, a ona na to: "moja koleżanka ma problem w przekazywaniem treści, to nie tak miało wyglądać"

No dobra, klient płaci, klient wymaga. Dzwonię do rysownika, przedstawiam sytuację dodając kilka epitetów. Literówki rysownik poprawia i odsyła, w przypadku rysunku rzuca przekleństwami i bierze się do roboty.

Dzień kolejny:

mail od kobiety /tej od problemów z przekazywaniem treści/: Projekt super. Może Pan poprawić literówki?

mail do kobiety: Gdzie są literówki? (tekst wklejałem z dostarczonego pliku)

mail od kobiety: no tak, zawsze nasza wina

mail do kobiety: Nie wiem czyja wina. Proszę powiedzieć gdzie są literówki, to je poprawię.

mail od kobiety: /wilicza co i jak, ale dotyczy to poprzedniego projektu, który rysownik już im odesłał poprawiony/

mail do kobiety: proszę sprawdzić pocztę koleżnaki, rysownik już wysyłał poprawioną wersję

mail od kobiety: tak mamy, ale chcieliśmy to w formacie pdf

mail do kobiety: proszę mi przesłać plik do go Pani zapiszę w innym formacie /opcja "zapisz jako"/

mail od kobiety: /przesyła 1 z dwóch plików/ może Pan też przesłać to do drukarni? /no tak, pewnie nie wie jak się ftp używa/

mail do kobiety: proszę przesłać drugi plik

mail od kobiety: /przesyła drugi plik/

mail do kobiety: ale ten z poprawionymi literówkami poproszę.

 

Projekt zakończony... mija kilka godzin... nagle kolejna informacja:

mail od kobiety: zrobił Pan zły format, miało być B5 z 3mm spadem, a nie A4

/miało być? kurdę gdzie? nigdzie tej specyfikacji nie podały. Cały czas dostawały projekt w A4, zaakceptowały, więc dalej na nim pracowałem, a o spadzie nic nie wspominały.../

mail do kobiety: poprawiłem... jeszcze jakieś niespodzianki?

Przesłałem drukarni cdr i pdf... jak baby będą miały jeszcze ekstra pomysły, to niech oni im je poprawiają i ekstra każą płacić.

 

18:42, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
dupotrucie i ochrona danych osobowych

Dziś o tym, jak to ja innym dupę truję.

Przez lata współpracy z zarzadem Polskiego Stowarzyszenia Go musiałem przebijać się przez wiele biurokratycznych barier oraz spełniać dziesiątki /moim zdaniem bezsensownych/ wymogów. Przykładowo: co rok wprowadzali zmiany w sposobie rozliczania paliwa (o których zawsze informowali mnie po fakcie). Jakby nie było, duża część tych irytujących spraw należy do grupy, gdzie jeśli znajdzie się dobra wola u obu stron można to załatwić w sposób nieskompikowany.

Polskie prawo ma wiele luk, nieścisłości i cała sztuka skutecznego zarządzania polega na ich znajdowaniu. Najgorsi są ludzie: "rób wszystko dokładnie wedle zasad, a jak nie ma zasady to jej szukaj".

Kilka lat męki z takimi agentami potrafi nieźle zirytować człowieka. Teraz przyszedł czas odpłacenia pięknym za nadobne.

Przez 30 lat listę rankingową PSG prowadził jeden człowiek. Na początku tego roku zrezygnował z funkcji, gdyż zarząd przez wiele miesięcy nie zrobił nic, aby stworzyć nowy system informatyczny tej listy. Skończyło się na tym, że listę przejął członek zarządu i w miesiąc zmuszony był stworzyć jakąś wstępną wersję (i nawet mu to wyszło).

Tu wkraczam ja /kierując się czystą złośliwością/. Zażądałem wykreślenia z listy rankingowej (wedle regulaminu mam do tego prawo), dodatkowo zażądałem zakończenia przetwarzania moich danych osobowych. To już stanowi problem. Baza danych stworzona do tej wstępnej wersji listy nie przewidywała czegoś takiego. Co więcej, prowadzący nie spodziewał się, że ktoś poruszy kwestię ochrony danch osobowych.

Sprawa nie jest taka prosta. Do tej pory lista rankingowa istniała dzięki dobrej woli jej uczestników, ale niezgodnie z prawem polskim. Gdyby dobra wola funkcjonowała dalej problemu by nie było. Jak pisałem wystarczy, że dwie strony się nią wykazują i problemy znikają. Ja jednak, na zasadzie "wdzięczności' za przeszłe kłody, wyrzuciłem im na drogę ładunek całego tira.

Zgodnie z prawem każda baza danych osobowych musi być zgłoszona do GIODO (Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych). Muszą być zachowane odpowiednie standardy ich przetwarzania, osoby to robiące posiadać przeszkolenie, a osoby z listy wyrazić zgodę na przetwarzanie.

ŻADEN z powyższych punktów nie jest spełniony. Więc nic dziwnego, że PSG ma problem. Jak trzeba też potrafię truć dupę, być złośliwym i irytować. Proszę zarządzie PSG wypij teraz to całe piwo nieżyczliwości, które sobie warzyliście przez ostatnie lata.

Skończy się oczywiście na nerwach /niech dla odmiany teraz oni się denerwują/, konsultacjach z GIODO /ptaszki ćwierkają, iż już to robią/ i konieczności pytania każdego uczestnika listy z osobna, czy wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych.

Efekt będzie jeden. Lista rankingowa mająca aktulanie niecałe 300 nazwisk (w okresie świetności było to ponad 500) zmniejszy się jeszcze bardziej.