O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
poniedziałek, 30 listopada 2009
ostatniochwilowcy

Nienawidzę robić czegoś na ostatnią chwilę. Jeśli ktoś daje mi kilka dni na zrobienie czegoś - staram się to skończyć najpóźniej jeden dzień przed końcem. Kiedyś wiele razy robiłem coś w ostatnich godzinach i minutach i nigdy dobrze na tym nie wyszedłem.

Najgorsze jednak, jak ktoś mi bliski robi coś na ostatnią chwilę, lub moja praca uzależniona jest od takiej osoby. Tracę nerwy na potęgę.

Przykłady z ostatniego miesiąca:

1. żona była na rozmowie o pracę, dostała zadanie do domu i tydzień na jego zrobienie... oczywiście tak bardzo ucieszyła się perspektywą zdobycia pracy, że zadanie przyszło jej robić na samym koncu. Do tego stopnia zwlekała, że nawet do niej zadzwonili czy wciąż jest zainteresowana /zasada nr1: nie każ czekać potencjalnemu pracodawcy/. W końcu w przedłużonym terminie (dostała jeszcze jedno zadanie) wysłała wszystko.

I co się okazało? Pracodawca zdążył jeszcze raz zamieścić ogłoszenie o pracę...

Związek pomiędzy nowym ogłoszeniem i nowymi CV od innych osób a faktem niedostania przez żonę pracy pozostaje nieznany... /domysłami może tylko być, co by było jakby nie robiła tego na ostatnią chwilę/.

2. w pracy składamy wnioski o dofinansowanie z ministerstwa, oczywiście 3 dni przed końcem szef pojechał sobie do Warszawy, więc nie mogliśmy wszystkiego skończyć. Przyjechał na ostatni dzień i patrzy na pracę którą wykonaliśmy, bierze i idzie do swoich przełożonych... a tym nie zdadza się jedna pozycja... więc trzeba to zmienić...

W każdy inny dzień nie byłoby z tym problemu... ale nie dziś... dziś setki osób składają wnioski (a poprawki nanosi się przez www) i serwer jest preciążony...

Wniesienie poprawek to 6 kliknięć... przeładowanie strony po jednym trwa aktualnie około 20-30 minut... /i gwarantuje wyrobienie miesięcznej normy przekleństw/

Setki ludzi robiących coś na ostatnią chwilę, setki ludzi, którzy zawsze coś odkładają na później... każdy pewnie się irytuje przed komputerem...

sami sobie jesteście winni mogliście zrobić to 2 dni wcześniej... ALE NIE

Musi być na ostatnią chwilę.

 

Jakże nasze życie byłoby prostsze jakbyśmy się starali minimalnie bardziej. Nie siedzieli na dupie i zastanawiali się ile jeszcze da się coś odłożyć, tylko brali się do pracy... czy to sesja na studiach, projekt w pracy, czy zlecenie od kogoś...

Gdybyśmy tylko kończyli coś minimalnie wcześniej...

 

Niestety taka już nasza mentalność: PIT na ostatnią chwilę wysłany, dowód na ostatnią chwilę wymieniony, rachunki z opóźnieniem zapłacone... /bo jeszcze mamy czas/

 

Niemarnowanie czasu byłoby dla mnie jednym z ważniejszych kryterów gdybym miał kogoś zatrudnić... ktoś, kto mi wysyła CV ostatniego dnia terminu, czy zadanie oddaje na ostatnią chwilę - nie dostanie pracy... oj nie... takie zachowanie mówi o petencie więcej niż jego wszystkie bajery w CV - mówi - nie licz na mnie... jestem tylko zwykłym szarym człowiekiem.

 

niedziela, 29 listopada 2009
ignorancja warszawiaka

Często myśląc o warszawiakach, przypomina mi się pewne badanie w Wielkiej Brytani: zapytano dzieci "skąd się bierze mleko" - najpopularniejszą odpowiedzią było "z supermarketu".

Oni są podobni do dzieci z tego dowcipu - zapatrzeni w swoją stolicę /ze śmierdzącym szczynami dworcem centralnym/ zapominają o istnieniu reszty kraju. Dla warszawiaka wszędzie musi być dostępny Internet, miasta bez metra są prowincjonalnymi miejscowościami /ciekawe, co mieszkańcy Moskwy czy Londynu muszą myśleć o jednej lini metra Warszawy?/. Warszawiak uchodzi za warszawiaka nawet, jeśli urodził się w zupełnie innym mieście i jest tylko napływowym robotnikiem.

Od lat organizuję obozy namiotowe dla młodzieży i dorosłych. Pomimo, iż mają one charakter bardzo survivalowy i nie oferuję żadnych wygód (pole namiotowe to gospodarstwo agroturystyczne w Borach Tucholskich - miejsce gdzie cywilizacja jeszcze nie dotarła) warszawiacy wciąż zakakują mnie pytaniami:

- czy na polu namiotowym jest bezprzewodowy internet? /że niby co? tam sieci komórkowe mają problem z zasięgiem/

- czy należy przywieźć własne wyżywienie? /tak, oczywiście, w okolicy jest 5 wiosek i w żadnej nie ma sklepu spożywczego/

- czy należy przywieźć własne piwo? /no owczywiście, to bezalkoholowe pole namiotowe/

- czy będą telewizyjne transmisje meczów? /no jasne, zrobimy kino samochodowe w szczerym polu/

- czy będzie dostępna kuchenka gazowa? /niestety oferujemy tylko kuchnię na paliwo stałe - drewno i nie, nie mamy piły mechanicznej - jest siekiera/

- czy są tam motorówki do wypożyczenia? /co jest takiego trudnego w słowie: dzicz?/

- mam samochód sportowy o niskim zawieszeniu, czy te polne drogi są równe? /w Polsce nawet drogi asfaltowe nie są równie/

- czy są tam korty tenisowe? /przykro mi, ale mamy tylko pole golfowe/

- moje dzieci codziennie oglądają bajki na laptopie, czy będzie możliwość doładowania go tam? /po co jedziesz na obóz w dzicz?/

- po ile jest tam paliwo? /taniej niż u was/

- mam samochód na gaz czy będzie tam możliwość zatankowania go /zadupie, zadupiem, wskaż na mapie Polski miejsce gdzie w promieniu 40km nie ma stacji LPG/.

- czy widać tam gwiazdy? /niestety, ale brak nocnej łuny świateł miejskich utrudnia ich oglądanie/

- czy są w pobliżu supermarkety? /spożywczy nie wystarczy?/

i moje ulubione:

- jaka będzie pogoda przez te dwa tygodnie? /ekhem?/

 

Problemy warszawiaków już po przyjeździe na obóz też należą do wyjątkowych:

- ci młodzi ludzie wieczorami imprezują (w głównej sali w stodole), czy nie można ich uciszyć? /chyba łatwiej namiot rozbić trochę dalej, co?/

- tu są kleszcze! /aha.../

- te grzyby w lesie są robaczywe! /aha.../

- dlaczego ktoś wyzbierał wszystkie jagody przy drodze na jezioro? /nie mam pojęcia.../

- pada deszcz! /widzę.../

- nikt nie porąbał drewna do pieca w kuchni /możesz być pierwszy/

- dlaczego nie puszcza tu się muzyki techno? /ponieważ organizator jest metalem/

- to dzicz, dlaczego nie można tu rzucać niedopałków na ziemię? /nie chcemy aby popielniczki się marnowały/

I na koniec jak zawsze najlepszy kwiatek:

- czy powietrze jest tu jakoś inaczej zjonizowane, bo mój telefon komórkowy wyładowuje się w ciągu jednego dnia? /myślę, że ma to związek z ciągłym próbowaniem znalezienia sieci/


14:54, trucie-dupy , spam
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 listopada 2009
kredyt od ręki w trzy miesiące

Kupno mieszkania w naszym kraju jest wręcznie nierozerwalnie związane z kredytem mieszkaniowym. Również i mnie dotyczy to połączenie przyjemności z nieprzyjemnością.

Z początku wydawało mi się, że sprawa będzie niezwykle prosta. Jest podpisana umowa z deweloperem, kredyt chciałem tylko na 30% wartości mieszkania i na 8 lat. /żadnych z tych usranych, nie wiadomo jak chorych kredytów na 30 lat/. Również kwestia zdolności kredytowej przedstawiała się u mnie różowo - wszystko zdecydowanie ponad normę /oczywiście przy pomocy dochodów rodziców/.

Pozwoliłem sobie skorzystać z usług polecanego przez mojego dewelopera pośrednika. I to wcale nie on okazał się zródłem problemów. Wręcz przeciwnie - doskonale wiedział jakie dokumenty są potrzebne, samemu maltretował dewelopera o papierki, fatygował się do mnie po podpisy etc...

Problemem okazał się bank. /Znany i powszechnie "lubiany" PKO BP/

To nie procenty odsetek, to nie prowizja, ale te to wszystko co podpada pod "inne" jest istotne w kredycie.

1. Zaświadczenia o zarobkach - wszystko fajnie, ale taki papierek z pracy jest ważny jeden miesiąc. Jak procedura trwa dłużej to każą przynieść kolejne zaświadczenie i kolejne... /jakby coś przez miesiąc miało się zmienić/

2. Poświadczenie wkładu własnego - coś, o istnieniu czego nie miałem pojęcia... zanim bank udzieli kredytu - musisz mu pokazać każdą złotówkę wkładu własnego jaką użyjesz. Potrzebujesz wydruków z lokat, książeczek mieszkaniowych, papierów wartościowych etc. I nawet jak to udokumentujesz, bank nie przeleje deweleperowi pieniędzy zanim TY nie udokumentujesz, iż ze swej strony przelałeś już wszystko na jego konto. Podobno to wszystko ma służyć ograniczeniu oszustw kredytowych /no tak złodziej wie najlepiej jak przed innym złodziejem się chronić/.

3. Dodatkowe elementy - założenie konta w danym banku, czasem karta kredytowa czasem inne g.... To właśnie te rzeczy w ogólnym rozrachunku kosztować Cię będą kilka razy więcej niż idiotyczna niby niska prowizja za kredyt. /w umowie prowizja pięknie na pierwszej stronie pogrubiona, a dopiero na 10 stronie w małym podpunkcie większe koszta siedzą/

4. Formalności pokredytowe - jeszcze do tego nie doszedłem, ale mam długą listę dokumentów, które muszę przynieść bankowi już po otrzymaniu mieszkania, co więcej na doniesienie niektórych mam 7 dni od momenu otrzymania. /bo inaczej kara/

5. Książeczki mieszkaniowe - gówno jakich mało... trzymajcie pieniądze na lokatach i nie słuchajcie pseudoreklam o niepłaceniu podatku belki z zysków na książeczkach...

6. Urząd Skarbowy - jak już kupisz mieszkanie to nie zdziw się, że US poprosi cię o udokumentowanie sposobu zarobienia każdej złotówki wydanej na nie.

7. No i oczywiście najważniejszy kwiatek - czynnik ludzki... Za każdym razem kiedy o coś pytałem udzielano mi różnych odpowiedzi. Często tak diametralnie inaczej przedstawiających fakty, że zachodziłem w głowę w jaki sposób banki funkcjonują:

Pytanie: Czy można dokonać cesji (przeniesienie prawa własności) tej książeczki mieszkaniowej?

Odpowiedź 1: Nie można... Trzeba ją zlikwidować i przelać pieniądze /oddział Gdynia/

Odpowiedź 2: Oczywiście że można /oddział Gdańsk/

Odpowiedź 3: Tak oczywiście można, zrobimy to od ręki /oddział Sopot/ /"od ręki" trwało tylko 3 dni/


Pytanie: Czy można zlikwidować tę książeczkę mieszkaniową i ile będzie to trwało?

Odpowiedź 1: Trzeba zrobić wycenę, a robi to inny oddział - więc pewnie z miesiąc /Gdynia, gdzie książeczka była zakładana/

Odpowiedź 2: Pewnie wyrobimy się w 2 tygodnie, trzeba zrobić wycenę, ale to szybko faksem załatwimy /losowy oddział w Pruszczu Gdańskim/

Odpowiedź 3: Od zaraz... znaczy w 2 dni... /losowy oddział w Gdańsku/, rozumiem, że zależy Państwu na czasie... Oooo! widzę, że cesja tutaj jest niepoprawnie zrobiona - będzie trzeba to odkręcać... /okazało się, że podczas cesji nie zmieniono na papierze imion rodziców właściciela książeczki/

 

Podsumowując... rozpoczynajcie starania o kredyt - dużo wcześniej... czytajcie wszystko 10 razy i pytajcie o wszystko - a jak nie podobają się wam odpowiedzi - pytajcie w innym oddziale - szanse na uzyskanie lepszych odpowiedzi są całkiem niezłe.

I ćwiczcie podpisy... ja musiałem podpisywać się kilkadziesiąt razy...

 

 

piątek, 27 listopada 2009
sprawdzanie stanu liczników

Mieszkam w bloku pamiętającym czasy komunizmu. Niczym się nie wyróżnia wśród innych stojących na moim osiedlu (10 pięter, dużo klatek). Co jakiś czas na tablicy ogłoszeń pojawiają się informacje o odczytach liczników, sprawdzaniu instalacji gazowej i innych tego typu wydarzeniach, które to wymagają obecności lokatora w domu.

Oczywiście godziny odczytów to na ogół 10:00-17:00, co wiąże się z koniecznością pobrania dnia wolnego w pracy /tia... jasne, będę na nich marnował urlop/. Czasem godziny są rozsądniejsze, ale i tak mam przechlapane gdyż z pracy wracam o 19:30. Nawet jeśli już jestem tego dnia w domu, to oczywiście przyjdą kiedy ja wyjdę do sklepu.

Rozumiem osiedle starych ludzi, ale oni czas mają zawsze /no chyba, że umierają, ale wtedy odczyt licznika jest najmniejszym z ich zmartwień/, więc czas powinien być dostosowany do nas - ludzi pracujących. Mija więc pierwszy termin, mija drugi, potem termin indywidualny /oczywiście płatny/ i co?

Przychodzi facet z gazowni (sprawdzanie szczelności instalacji), wchodzi do mieszkania, otwiera drzwiczki za którymi jest licznik i... wychodzi...

Co on u licha sprawdził? /fakt istnienia licznika/ W jaki sposób przebywanie w domu przez 10 sekund pozwala sprawdzić szczelność instalacji gazowej? Gdzie te fajne przyrządy, gdzie testy palników? To ja dla 10 sekund siedzę kilka godzin w domu?

- Dzień dobry, czy ma pan licznik gazu w domu?

- Nie, wyrzuciłem przez okno.

- Dziękuję za informację, dowidzenia.

 

Najbardziej irytujące w tym wszystkim są różne standardy uznawane przez firmy.

Wodociągi miejskie: jak cię nie ma zostaw kartkę w drzwiach ze stanem liczników, albo zadzwoń do nas podając go. /ciekawe ile ludzi tak od wielu lat zaniża te wielkości/

Gazownia: puk, puk... o jest licznik... dowidzenia

Energa: puk, puk... o jest licznik... o ma cyferki... o jest plomba na bezpiecznikach /tia... możecie wytłumaczyć po jakie licho plomba na BEZPIECZNIKU, co muszę wołać fachowca do jego wymiany?/... dowidzenia

Podzielniki ciepła: /jasna cholera, znów muszę posprzątać/ puk, puk... pik, pik, pik... podpisać... dowidzenia

kominiarz (znaczy wywietrzniki): puk, puk... nie ma okapu... dobrze... dowidzenia...

 

Tak właśnie wyglądają te średnio 20 sekundowe interakcje, na które czekam godzinami.

Z niecierpliwością wyczekuję, aż listonosze będą sprawdzać dla telewizji czy płacimy abonament.

- Dzień dobry, ma Pan odbiornik telewizyjny w domu?

- Nie

- Radiowy?

- Nie

- Nie ogląda Pan telewizji?

- Nie

- Acha, dziękuję... /fakturę za przeprowadzenie kontroli prześlemy TVP i tym samym obciążymy tych, którzy rzeczywiście płacą ten abonament/

 

Tak na marginesie - naprawdę nie mam TV w domu.

 

czwartek, 26 listopada 2009
żona kupuje mi komórkę

Moja żona lubi sprzęt elektroniczny, w szczególności komórki. Pół roku przed końcem abonamentu rozpoczyna rytuał wybierania nowej. To dla mnie bardzo nerwowy okres. Muszę słuchać o zaletach, wadach, kosztorysach, planach abonamentowych i dlaczego można jeszcze kupić coś innego na allegro, ale wtedy to zmienia wszystko inne...

Dla mnie komórka /mimo wszystko od lat posiadam taką/ to proste urządzenie do tego aby inni mogli się ze mną kontaktować /no i smsy z kodami do przelewów bankowych muszę jakoś otrzymywać/. Dzwonię mało, nie korzystam z usług typu internet za wyjątkiem kilku dni w wakacje, nie słucham muzyki, nie bawię sie w dzwonki i tapety...

Wyznaję minimalizm komórkowy.

Przyszła u mnie chwila kiedy zmieniam operatora, komórkę, numer - słowem wszystko od zera. Moje preferencje wyglądały następująco: sieć - dowolna, abonament - najtańszy, komórka - do 100zł, mile widziane, ale nie konieczne: nokia, duży wyświetlacz, qwerty, gps.

Chcę dostać telefon na kilka lat z kilkoma przytatnymi funkcjami, które MOŻE kiedyś wykorzystam, więc nawet jak ich nie będzie to przeżyję.

Żona moja podeszła do sprawy poważnie, nawet powiedziałbym zbyt poważnie. Nie zadowoliła się pierwszymi lepszymi ofertami (telefonów), szukała dalej (łącznie z allegro), przedstawiła mi wiele opcji o których istnieniu nie wiedziałem (kup telefon na allegro i weź tani abonament, albo ona weźmie na siebie drugi telefon i z niego będzie zbierać punkty aby później taniej swój telefon wymienić), uzmysłowiła mi jak wiele jest wersji najtańszych abonamentów i pakietów dodatkowych i późniejszych pakietów lojalnościowych i sam już nie wiem czego.

Czy jej informacje coś zmieniły?

NIE

Nadal chciałem tani telefon z ewentualnie kilkoma bajerami. I nie było nawet w nich aparatu (nie wiem dlaczego ale wciąż jedną z pierwszych podawanych mi informacji jest rodzaj aparatu w telefonie). /jakby to miało znaczenie/

Otrzymałem w końcu listę 6 telefonów - patrzę jak wyglądają, co mają - wybrałem 3 uszeregowałem (nawet nazw nie spamietałem, słusznie uznałem, że żona to zrobi). Co jednak chciała moja ukochana wiedzieć w tym momencie - "Co było przyczynami odrzucenia pozostałych telefonów" /BO TAK/.

Poszliśmy na spacer... oczywiście do salonów obejrzeć komórki "gdyż muszę je pomacać"/Najlepiej maca się w Play/ . W wyniku owego kontaktu fizycznego jedna komórka została odrzucona. Byłem szczęśliwy - coraz bliżej do celu...

ALE NIE

Żona wypatrzyła kolejne modele nie uwględniane wcześniej. Zostały one dodane do listy - gdyż spełniały moje wymagania /Jakby się uprzeć to 30% komórek je spełnia/.

Na czym stoję w tym momencie (po tygodniu codziennego odpowiadania na szereg pytań i konieczności komentowania pokazywanych komórek).

Otóż żona stwierdziła, że poczeka jeszcze kilka tygodni na nowe komórki i promocje.

 

Ja chcę zwykły telefon z ewentualnymi bajerami... a ona wcale przez te kilka tygodni nie da sobie spokoju... oj nie...

 

jestem prostym facetem

Nie lubię utrudniać sobie życia i nie lubię kiedy inni starają się to czynić. Każdego dnia wchodzę w interakcje z wieloma osobami. Nie zawsze jest to przyjemne i mile widziane.

Inspiracją do tego bloga stały się właśnie owe sytuacje. Będę tu pisał o przeprawach w urzędach, o kolejkach na pocztach, o spamie w mailach, telefonach i smsach, o pseudo-promocjach, pseudo-okazjach i reklamach, które mnie wciąż bombardują. Chcę przytoczyć dialogi i wypowiedzi, które choć często pozbawione sensu w dobry sposób obrazują naszą rzeczywistość.

Wygląda ona następująco: wciąż ktoś coś ode mnie chce; wciąż coś muszę załatwiać.

Ja jestem prostym facetem /nie mylić z prostakiem/, lubię działać szybko i sprawnie, nie poświęcać sprawom więcej czasu niż to konieczne /tudzież więcej niż planowałem/, codzienne wydarzenia jednak mnie nie rozpieszczają pod tym względem. Stwierdziłem więc: coś dobrego jednak z tego wyniknąć musi...

...no to niech wynikną notki.... dużo notek.

 

19:30, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »