O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
czwartek, 31 grudnia 2009
noworoczny mit

Przeglądając dziś ulubione potrale spodziewałem się rocznych podsumowań, zestawień, list "top 10" i nie zawiodłem się. Najlepsze artykuły, wydarzenia roku, osoba roku, najlepszy rok 20-lecia i wiele... naprawdę wiele innych.

W tym wszystkim dominował jeden temat - marudzenie na zestawienia i noworoczne postanowienia. Wypowiedzi internautów sprowadzały się do jednego zdania: "po co ta cała nieszczerość i obłuda?"

No właśnie po co? Dlaczego 1 stycznia ma być lepszym dniem na zmianę siebie niż jakikolwiek inny?

Pewnie istnieją jakieś psycho-argumenty, że to magiczna granica, zostawienie starego 'ja' za sobą i inne tym podobne.

Ja nigdy nie wytrzymałem z postanowieniem noworocznym dłużej niż do marca. Co roku szłyszę postanowienia żony i zaczynam mieć wrażenie, iż one się już powtarzają.

Gdzie tu sens? Jeśli ktoś chce się zmienić, to potrzebuje silnej woli i samozaparcia do realizacji postanowienia. Data nie ma znaczenia, liczy się chęć. Dla mnie nowy rok musiałby być co kwartał, abym się zmienił, wiec skoro potrzebuje dodatkowych 3 dni na odnawianie postanowień, to po co mi ta jedna wyjątkowa data?

 

Noworoczne silne postanowienie zmiany, to jak silne postanowienie poprawy przy spowiedzi... mit... bzdura... nihil novi...

Kto chce się zmienić, to i tak to zrobi... kiedykolwiek... najlepiej wczoraj...

 

 

 

piątek, 25 grudnia 2009
"świąteczne" nagłówki

Czas Bożego Narodzenia, to wyjątkowe chwile, kiedy robi się strasznie nudno dla mediów i relacjonowanie kolejnych domowych fabryk ozdób świątecznych jest już nieciekawe. Dlatego też trzeba poszukać więcej śmierci, gwałtów i innych fajnych tematów.

Oto lista nagłówków z onetu i tvn24

Śmierć:

- atak na papieża

- wypadek autobusu - 40 osób nie żyje

- wypadek karetki - 4 osoby ranne

- policja podsumowała wigilię - zginęło 13 osób

- pięć osób zginęło w pożarze domu na Ukrainie

- najnowszy bilans wirusa świńskiej grypy

- Izraelski osadnik zastrzelony na Zachodnim Brzegu Jordanu

- Irak: w zamachach zginęło 26 osób

- 213 pożarów w Wigilię, 3 osoby zginęły

 

Pogoda i Śmierć:

- śmiertelny chaos pogodowy w USA

- zatory lodowe i wzrost poziomu wody w rzekach

- karambol w śnieżycy

 

Inne:

- Szekspir mógł być kryptokatolikiem

- kolejni biskupi odchodzą po skandalu pedofilskim

- prezydent nie oprze się bitej śmietanie

- pediatra podejrzany o gwałt 100 dzieci

 

 

To ja już naprawdę wolę o domowych fabrykach ozdób świątecznych poczytać.

 

15:04, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
promocja promocji z niepowtarzalnym rabatem

Słowo 'promocja' jest dziś już tak powszechnie używane, że straciło ono swoje pierwotne znaczenie. Przechadzając się po marketach nie myślimy już w kategoriach 'okazji' i 'wyjątkowej możliwości', lecz rzeczy normalnej i oczywistej - całkowicie oczekiwanej. Sądzę, że widząc na witrynach sklepów w jakimś centrum handlowym napis "u nas nie ma żadnej promocji" zachęciłby mnie bardziej do wejścia niż standardowe teksty "promocja 70%".

Specjaliści od marketingu muszą przeciwdziałać temu osłabieniu znaczenia słowa 'promocja'. Dochodzi więc do wielu różnych zabiegów - niektórych nawet z pogranicza legalności prawa.

Ile można zwiększać promocje? Tyle ile się da... czasem lepiej podnieść cenę podstawową aby promocja wydawała się lepsza, czasem pisząc "-60%" bazujemy na naiwności klienta, który spodziewa się, iż kreska przed procentami to minus, a nie myślnik. /co w rezultacie daje nam realną promocję 40%/. Często po wejściu do sklepu okazuje się, że największe promocje są na rzeczy absolutnie nas nie interesujące, a rzeczy, które rzeczywiście chcemy kupić są w normalnych cenach.

Do tych wszystkich sztuczek mających zachęcić nas do wejścia do sklepu dochodzą okazje jednodniowe, drugi towar za pół ceny i dziesiątki innych...

Tylko, że to bardzo powszechne i nikogo takie zagrania marketingowe dziś nie dziwią.

Dochodzimy więc do etapu wyżej... zaczynamy się bawić słowami. Teraz już nie ma 'końcówek kolekcji' - jest 'outlet'. Brzmi innaczej, bardziej intrygująco. Jeszcze chwila, a rozpocznie się adaptowanie słów z chińskiego, aby tylko zwiększyć ich egzotykę.

W Gdańsku jest cenrum handlowe "Fashion House", które reklamuje się jako "centrum outletowe trójmiasta". Pięknie brzmi, co? Przetłumaczmy na polski: centrum mody, gdzie można kupić resztki kolekcji. To w końcu moda tam króluje czy ciuchy, które nie sprzedały się gdzie indziej?

Marketing opiera się na daniu kupującemu wrażenia, że nie może zmarnować szansy, że później już nie będzie tak fajnie. Teraz i tylko teraz jest ta jedna i niepowtarzalna okazja.

To jednak wielkie kłamstwo. Popatrzmy sobie na przykładzie sprzętu elektronicznego: zaczynamy od świątecznych okazji, tanie TV, super rabaty. Po świętach słyszymy reklamy o poświątecznych wyprzedażach, potem wiosenne końcówki modeli, potem nowy sprzęt w super cenie, potem wakacyjne obniżki, wrześniowe promocje, kolejna jesienna koncówka modeli, okres przedświąteczny...

Wychodzi więc, że tani telewizor można kupić tanio zawsze.

Kiedyś kupiłem monitor... byłem bardzo zadowolony z osiągniętego współczynnika cena/jakość. Po 3 miesiącach w każdym sklepie ten model był tańszy. Po roku kosztował 50% ceny.

Czy im się to opłaca? Czy w ciągu roku zmieniono proces technologiczny produkcji? A może gdzie indziej są oszczędności? Nie... Po prostu nowy sprzęt sprzedaje się po 100-200% ceny, a później wraz z czasem stopniowo rezygnuje się z zysków, ale nie bądźmi naiwni, nikt elektroniki poniżej kosztów opłacalności nam nie sprzeda.

Od przeszło 10 lat nowy dysk do komputera o najlepszych parametrach kosztuje około 1 tys zł. Nie ważne jaka firma, jaka technologia - to zawsze tyle samo.

Później po przeleżeniu w magazynach roku, dwóch ten sam dysk jest warty 1/3 ceny.

 

Za nowość się płaci.

Jeśli ktoś mi reklamuje nowy model w promocyjnej cenie, to ja wolę poczekać 3 miesiące, wtedy to będzie niższa promocyjna cena, albo po kolejnych 3 miesiącach: super promocja ostatki modeli.

Wystarczy czekać... pytanie czy chcemy, lub czy marketingowcy nie przekonają nas, iż towar chcemy WŁAŚNIE TERAZ, a nie później.

 

Aż się przypomina scena z "powrotu do przyszłości" gdzie ktoś narzeka, iż sąsiedzi mają lepszą mikrofalówkę robiącą coś w kilka sekund szybciej.

 

A Twój nowy telewizor może mieć 400Hz, co da Tobie niepowtarzalne możliwości delektowania się obrazem /jakby oko, którego częstotliwość rejestracji to 25Hz widziało różnicę/.

 

 

09:51, trucie-dupy , spam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009
spamowanie Boga

Okres przedświąteczny skłania do rozważań. Niekoniecznie odpowiednich i niekoniecznie zgodnych z nauką Kościoła /jakiegokolwiek/. Myśleć jednak warto, rozum jest czymś co powinno się używać.

Zaczynajmny więc.

Założenia: Bóg jest /jakikolwiek/, jest wszechmocny i wszechwiedzący /czyli odrzucamy wizję personifikacji/, no i dał nam wolną wolę /wszyscy ciągle o tym zapominają/.

Spamujemy Boga każdego dnia, te wszystkie myśli, zwane modlitwami, które wznosimy do niego stanowią niezły burdel. Nawet w jakiś filmach widziałem już przedstawienie tychże modlitw w postaci maili. Taka boska skrzynka jest przepełniona.

Dla Boga problemem nie jest przeczytanie tego wszystkiego. Dla niego nie powinno być problemem nic związanego z obsługą swojej poczty. To naszym problemem jest aby nasz mail /modlitwa/ nie trafiła do katalogu spam.

Tu zaczyna się cały kłopot.

Że boskie konto pocztowe ma katalog spam to rzecz pewna - w końcu nie wszystkie modlitwy się spełniają i nie jesteśmy świadkami tysięcy cudów na godzinę. Co więc tam trafia? Standardowe teksty o rzeczy materialne, prośby wynikające z zawiści czy innych egoistycznych cech, modlitwy mechaniczne.

To wcale nie jest proste pytanie. Można jednak trochę się zastanowić, poszukać w własnym rozumku i tekstach pisanych. Można również pomyśleć jakie my byśmy na miejscu Boga stosowali filtry anty-spamowe.

Jak dla mnie, muszą być spełnione tylko dwa warunki: wiara i dobre życzenie. Niestety z oboma jest kłopot. Bo czym jest ta wiara? To jakiś stan ducha, umysłu, może nieodkryta przez fizyków siła, bateryjka ładująca maszynkę cudów? Wiara w działanie modlitwy jest istotna. Jedna dobrze podparta gorącym pragnieniem prośba jest więcej warta od godzin zdrowasiek. Z drugiej strony jednak dla różnych osób wiara jest zupełnie czymś innym. Dla niektórych to fakt akceptowania istnienia Boga, dla innych ślepe posłuszeństwo, jeszcze dla innych manifestowanie swych poglądów. No bo babcia chodząca codziennie do kościoła i odmawiająca zdrowaśki, słuchająca Radia Maryja na pełen regulator i plująca na ateistów nie wierzy? Oczywiście, że wierzy... tylko czy w odpowiedni sposób. Czy też może nie wysyła swoich maili na zły adres, lub co gorsze śle na dobry ale w załącznikach ma wirusy.

No i dobre życzenie, tu też jest problem. Chęć samochodu, czy innego materialnego badziewia nie koniecznie musi być zła, ale prawdopodobieństwo jest spore, że zostanie wycięta na słowach kluczach przez filtr. Na pewno rzeczy, które zaburzają wolną wolę innych odpadają /zupełnie jak te maile z viagrą/.

No i pozostaje jeszcze ostatnia kwestia. Realizacji modlitwy. Fizyczny dowód na istnienie cudu jest prosty. Cud to niezwykle małoprawdopodobne zjawisko. A takie są możliwe. Tak samo jak możliwe jest, że na ziemi samoistnie powstanie metr sześcienny próźni, tak samo może zniknąć rak u chorego i inne takie. Współczesne teorie fizyczne mówią jedno - to możliwe. Więc Bóg mając do dyspozycji całkiem niezłe narzędzie w postaci teorii kwantowej ma szerokie pole do podpisu. Jednak Jego pomysłowość w realizacji naszych modlitw jest przez nas niedoceniana.

Jeśli poprosimy o zdrowie przyśle nam lekarza, którego powinniśmy się posłuchać, jeśli o jedzenie da nam nasiona do posadzenia, jeśli o sukces zawodowy sprawi, że gdzieś pojawi się ogłoszenie o naszej wyśnionej pracy, jeśli poprosimy o wsparcie nas w naszych słabościach postawi nam kilka kłód więcej abyśmy mieli kiedy poćwiczyć.

Bóg nie realizuje niczego na 100%, stosuje metodę minimalnej energii i nierozpieszczania nas. Po co przestawiać miliardy atomów skoro wystarczy jeden.

Tak więc Wesołych Świąt, miłego spamowania i aby nam wszystkim rozumu starczyło, aby dojrzeć odpowiedzi na nasze maile do Boga.

 

12:10, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009
kobiety i nowoczesne formy zakupów

Kobiety i zakupy to oklepany temat. Nie popiszę się zbytnio dorzucając swoje trzy grosze. Mimo wszystko kilka słów z własnego doświadczenia chciałbym dodać.

Moja żona nie przesiaduje godzinami w galeriach handlowych, nie łazi po butikach i nie umawia się na kawę na plotki o ciuchach. Wydawać się można, że trafiłem na kobietę idealną... niestety coś za coś. Moja ukochana idzie z duchem czasu. Internet, allegro, fora, blogi, porównywarki cen, sklepy internetowe - to jej zakupowy raj. Nie wychodząc z domu nie marnując czasu na dojście do sklepów, ani nie wydając nic na bilety autobusowe, ma wszystko w zakładkach przeglądarki.

Oszczędność czasu, pieniędzy, większy wybór, nieogarniona ilość opinii na temat produktów. Nowoczesna kobieta ma dziś wszystkie sklepy w zasięgu jednego kliknięcia.

Mogę się z tego cieszyć. Żona kupuje taniej, nie muszę z nią latać po sklepach aby wyrazić swoją opinię (po prostu wysyła mi linka). Niestety wciąż niedopracowany pozostaje jeden element - sposób wybierania finalnego produktu.

Posługując się terminologią informatyczną - kobiety stosują wykładniczy i dokładny algorytm, mężczyźni logarytmiczny i przybliżony.

Jak to wygląda w praktyce?

Ja jako facet po stwierdzeniu potrzeby zakupienia przedmiotu - np monitor komputerowy, ustalam kilka podstawowych parametrów znacząco ograniczających zasięg moich poszukiwań (przedział cenowy, firma, kilka istotnych parametrów). Następnie przeszukuję zaufane lub duże sklepy wyszukując kilku faworytów. Porównuję ich parametry i wybieram jeden.

Owszem, może później okazać się, że istnieje lepszy, bądź tańszy przedmiot, który by mi lepiej odpowiadał, ale po pierwsze prawdopodobieństwo, iż różnica będzie duża jest znikome, a po drugie oszczędzam czas. Bardzo dużo czasu.

Jak to wygląda u kobiet?

Chcą przykładowo kupić lodówkę. Zbierają więc informacje o sklepach, o ważnych parametrach, opinie na temat firm, opinie na temat tego, które czynniki są istotne, opinie na temat wpływu lodówki na ochronę środowiska. Przepytują znajomych na temat dokonannych przez nich zakupów, przepytują na temat sklepów w których nie warto kupować, na temat przygód z owymi zakupami związanymi.

Następnie rozpoczynają poszukiwania w oparciu o dziesiątki zebranych parametrów. Oczywiście mamy do doczynienia ze skomplikowaną funkcją optymalizacyjną z szeregiem lokalnych ekstremów - co wywołuje konieczność zasięgnięcia dodatkowych informacji i opinii i dołożenie wag istotności do zdobytych parametrów.

Po znalezieniu pierwszych sklepów i obiecujących towarów zaczyna się porównywanie. Jednocześnie cały czas kobieta przeszukuje kolejne portale i zdobywa kolejne informacje. Mając zbiór wybranych lodówek porównuje je z jeszcze szerszym zbiorem tych co właśnie odnalazła. Następnie dla pewności zmienia wagi parametrów i sprawdza, które lodówki spełniają nowe warunki.

Następnie mając zbiór kilku najlepszych rozpoczyna detaliczne przeszukiwanie w sieci czy czegoś nie pominęła. Chęć upewnienia się, iż jej wybór jest poprawny jest nie do powstrzymania.

Po potwierdzeniu swego wyboru rozpoczyna się mozolny proces wyboru tej jednej zwycięskiej lodówki. Konieczne w tym przypadku jest porównanie ich zupełnie nowymi wcześniej pomijanymi parametrami. Co gorsza te nowe czynniki stają się tak absorbujące, iż dochodzi u niej do wątpliwości czy aby nie powinna ich brać pod uwagę przy wybieraniu zbioru kandydatów. Na wszelki wypadek powtarza wcześniejsze kroki uwględniając te parametry i porównuje wyniki.

Po kilku tygodniach działań, godzinach rozmów, setek otwartych okien w przeglądarce, przeczytaniu takiej ilości informacji, iż mogłaby zagiąć każdego inżyniera w działach projektowych dokonuje wyboru.

Wtedy jednak pojawia się pytanie: czy aby teraz warto to kupić, a może poczekać? Może później będzie taniej, może pojawią się nowe modele?

Słowem: Czy ten wybór jest idealny?

 

Jako informatyk uważam, że nie zawsze warto mieć najlepsze rozwiązanie, czasem są bardzo dobre algorytmy przybliżone, które gwarantują zadowolenie z uzyskanego wyniki i dużo czasu.

 

wtorek, 15 grudnia 2009
o licealnych profesorach i matematyce

Pani profesor! /prawda że brzmi dumnie?/

Cała ta wiedza, majestat, geniusz i dorobek naukowy zawarty w jednym słowie. Lub też zwykły zwrot grzecznościowy skierowany do nauczycielki. /cóż za dysproporcja znaczeń!/

Dlaczego w liceum do nauczycieli należy zwracać się per "profesor"? Co to za licho? Leczenie kompleksów, czy też próba zbudowania za pomocą tego słowa jakiegoś autorytetu do instytucji nauczyciela?

Profesor uczelniany na autorytet za te kilka liter zasługuje /pomijam komunistycznych profesorów ekonomii i politologii/. Ale profesor w liceum? Przecież to zwykły magister! Na dodatek często osoba, która po prostu nie mogła na studiach iść na bardziej ambitniejsze specjalizacje.

Stanowczo sprzeciwiam się takiemu nadużywania słowa profesor. Sam od dwóch lat ciężko pracuję na dorobienie się literek dr przed nazwiskiem i jeszcze trochę czasu minie zanim się tym pochwalę, a taki nauczyciel to ledwie do magisterki się doczłapie, a już go profem zwać mają.

Czy wiecie, że w Polsce 0,5% nauczycieli w szkołach ma tutuł naukowy wyższy niż mgr? To znaczy, że często w szkole nie ma żadnego doktora. Ja jako licealista miałem przyjemność mieć zajęcia z takim człowiekiem. Na pierwszych zajęciach powiedział:

- proszę się nie zwracać do mnie per "profesor" posiadam stopień naukowy doktora i jeżeli forma "proszę pana" jest w liceum nieodpowiednia proszę się nim posługiwać.

Zarobił tym wśród nas sporo plusów. Później okazało się, że takim postępowaniem zbierał też sporo minusów u innych nauczycieli /podkopywanie pozycji/. Zawsze kiedy przed pokojem nauczycielskim prosiliśmy kogoś aby zawołał "doktora ...." to widzieliśmy kwaśne miny nauczycielek.

Człowiek na szacunek zarabia czynami, a nie przyszywanymi słowami. Miałem bardzo różnorodnych nauczycieli, większość ceniłem, ale byli i tacy, których nie znosiłem i to wcale nie za niskie oceny /bo o dziwo z tych przedmiotów mi szło bardzo dobrze/, ale za podejście do uczniów i sposób nauczania.

Dla przykładu matematyczka - kobieta, która uważała przeliczenie całego zbioru zadań /a najlepiej dwóch/ za doskonałą formę nauki. Ja lubilem się matematyką bawić, a nie w kółko wałkować te same schematy. Na koniec semestru kończyło się zawsze tak samo - miala dylemat co mi wystawić widzac kilka piątek ze sprawdzianów i kilka jedynek za brak zadań domowych.

Największy problem miała z nauczeniem nas rachunku prawdopodobieństwa. No bo jak po pokazaniu kilku wzorów wytłumaczyć kiedy, który stosować. Trzeba umieć myśleć. Zupełnie jak w zadaniach z fizyki. Jest treść - trzeba umieć ją przekształcić w równania.

Przed maturą /starego typu oczywiście/ powiedziała nam, że jak się trafi zadanie z prawdopodobieństwa to mamy go nie robić. Ja oczywiście zrobiłem. Oczywiście innymi sposobami niż wyklepane wzory.

Matematyka w szkole powinna nazywać się "liczenie" /kiedyś był przedmiot rachunki/. W ten sposób unikęlibyśmy błędnego wpajania młodzieży czym owa matematyka jest. W szkole średniej tylko dwa niewielkie i często pomijane działy mają z prawdziwą matematyką coś wspólnego - logika i wspominany wcześniej rachunek prawdopodobieństwa. Reszta to jakieś skarłowacone i wielokrotnie deformowane formy pewnych działów matematyki.

Weźmy choćby trygonometrię. Kilkadziesiąt wzorów, pełno zadań z treścią, szukanie wartości kąta w bryłach... co to ma wspólnego z prawdziwym pięknem trygonometri widocznym w równaniach falowych, ekstrapolacjach funkcji, pierwiastkach liczb zespolonych, czy choćby całkach. Dla mnie jako matematyka fakt, że istnieje bezpośredni związek pomiędzy polem wyznaczanym przez sinus, a wartością cosunusa (i odwrotnie) jest ważniejszy niż wszystkie wzrory skróconego mnożenia razem wzięte.

Ktoś zaraz może podnieść głos, że to przecież zaawansowane rzeczy i nie można licealistów tego uczyć. Może i owszem, ale również nie powinno ich się okłamywać, nie powinno się im zniekształcać pojęcia czym jest matematyka.

Bo w liceum słowo 'matematyka' jest tak samo zdeformowane co 'profesor'.

 

 

 

 

 

niedziela, 13 grudnia 2009
Przychodzi Iksiński do biblioteki

Komu z nas nigdy nie zdarzyło się Wam kiedyś oddać książkę z biblioteki po terminie? /pytanie oczywiście kieruję do tych nielicznych odwiedzających te instytucje/ Raczej na pewno. Wedle statystyk nawet co trzecia książka wraca do biblioteki po terminie oddania.

Wymówki stosowane przez czytelników są dość standardowe. Na początek choroba, wyjazd, no i odwieczne "zapomniałem". Jednak niektórzy są dość kreatywni:

1. Dziewczyna, 3 miesiące spóźnienia:

- byłam chora

- jaka to choroba trwa trzy miesiące?

- no jak na jedno przestawałam chorować, to łapało mnie coś nowego

- a do szkoły chodziłaś?

- czasami

- a daleko masz do szkoły?

- 15 min

- a do biblioteki?

- 10 min, ale sam Pan rozumie, że mi nie po drodze

 

2. Matka, 9 miesięcy spóźnienia" /jeszcze nie zdążyły się za nią zamknąć dźwi, a ona zaczyna/

- Pana obowiązkiem jest do mnie zadzwonić i to natychmiast jak jest kara, a nie zwlekać. Nie zapłacę tej kary

- dobrze, przekażemy sprawę komornikowi

- proszę mnie nie straszyć, ja mam znajomości, komornik mi nic nie zrobi

- w takim razie może Pani spać spokojnie

- pan jest bezczelny

- ja tylko informuję o faktach: Pani nie uchyla się od zapłacenia kary, a ja informuję jake formalizmy dalej będą miały miejsce. Niezapłacone zależności kierujemy do zewnętrznej firmy windykacyjnej i przestajemy się tym przejmować

- przepraszam, no wie Pan jak to jest, byłam długo chora, może jakoś da się to załagodzić

 

3. Facet, 12 miesięcy spóźnienia:

- byłem w Anglii

- ktoś z rodziny nie mógł podrzucić książek?

- no wie Pan, moja żona to straszna ciapa, sama tu nie trafi

- ale Pan mieszka 2 bloki dalej

- to niczego nie zmienia, ona ma problem ze znalezieniem czegokokolwiek /o dziwo potrafię go zrozumieć/

 

4. Licealistka, 6 miesięcy spóźnienia:

- czy wie Pan jak daleko mam do tego miejsca? Muszę tu 20 min jechać autobusem z ... /tu pada nazwa mojego osiedla, z którego codziennie do pracy dojeżdzam/

- to wcale nie tak daleko

- ale autobusy jeżdzą nieregularnie i na dodatek ostatnio robiłam zakupy w innym centrum handlowym, więc było mi tu nie po drodze /niedaleko nas jest duży market/

- no, ale ta kara znacznie przewyższa standardowe zakupy

- Pan nie wie jakie duże zakupy mogę zrobić

- to z zapłaceniem kary chyba nie będzie problemu?

- no co Pan, jeszcze kieszonkowego nie dostałam

 

5. Studentka, 2 miesiące spóźnienia:

- chciałam przedłużyć książki, ale nie mogłam znaleźć numeru do biblioteki

- na necie jest, wystarczy wpisać biblioteka + nazwa osiedla

- no byłam tam ale tam były dwie filie i nie wiedziałam, który numer jest prawidłowy

- można było zadzwonić na oba, albo sprawdzić jeszcze na karcie bibliotecznej, tam jest nasz numer

- ale tam jest stacjonarny, a ja mam komórkę /tak, była blondynką/

 

6. Matka 2 dzieci, 2 miesiące spóźnienia:

- bo ja karty biblioteczne dzieci zgubiłam i nie mogłam długo ich znaleźć

- 2 miesiące?

- no wie Pan remont mieliśmy, myślałam, że po nim się odnajdą

- proszę o to Pani karty /podaję jej kartki wyciągnięte z oddanych książek/

- no kto by pomyślał, że tu mogą być /nie mam pojęcia/

 

7. Dziwny facet:

- proszę oto książki

- ale one nie są z naszej biblioteki!

- nie szkodzi, jakoś je tam oddacie /i wychodzi/

 

8. Małe dziecko z podstawówki

- trochę przetrzymałem te książki

- 2 tygodnie, nie ma problemu. Przeczytałeś je chociaż?

- nie, musiałem czytać lekturę

- a jaką?

- Koziołka Matołka

- ale wśród tych wpożczonych książek jest Koziołek Matołek

- o...

 

 

sobota, 12 grudnia 2009
Milczący student

O obniżającym się poziomie kształcenia na studiach mówi się od lat. Obcinane programy, przepełnione grupy laboratoryjne, wykładowcy rozdzielający czas pomiędzy kilka uczelni - to i wiele innych spraw sprawia, iż dyplom magistra ulega dewaluacji.

Typowa scenka: kolokwium, na sali siedzi 60 osób, dostali kartki z zadaniami, mają prawo zaglądać do podręczników /jakby kiedyś, któryś przeczytali/. Aby nie ułatwiać im sprawy zadania są bardziej nastawione na myślenie, a nie bezsensowne kucie definicji /tudzież przepisywanie ich z podręcznika/. Z drugiej strony aby nagrodzić tych, co przeglądają materiały jedno zadanie jest żywcem przepisane z książki.

To nie koniec ułatwień. Jest tajna i nieznana im lista pytań, które jeśli zostaną przez studenta zadane, to nie dość, że uzyka odpowiedź to będzie ona zawierała podpowiedź do zadania.

Student musi tylko zadać pytanie.

Wynik kolokwium: 5 osób zaliczyło.

 

Studenci sądzą, że jeśli można używać podręcznika to nie trzeba się uczyć, na dodatek nie potrafią zadawać pytań. Jeszcze kilka lat temu na kolokwium padało kilkadziesiat pytań dodatkowych, które to pozwalały nakierować ich na właściwy tok myślenia. Teraz pada zaledwie kilka. Co więcej są takimi osłami, że jeden student przychodzi po kolokwium i mówi: "czy może Pan teraz wytłumaczyć co to jest...?". Nierozgarnięty nie zauważył, że to pytanie na sali padło podczas kolokwium 3 razy /kiedyś by zadano je 30 razy/ i za każdym razem udzieliłem głośnej odpowiedzi. Nawet jeśli go wtedy nie słyszał, to sam mógł je zadać. /a teraz jeszcze wielce obrażony, że nie powiedziałem, że o to mógł pytać/

Czy to ten słynny efekt czarnobyla, czy też rośnie nam pokolenie dysfunkcjonalnych magistrów, gdzie student 4 roku informatyki nie potrafi napisać "hello word" w javie? /ani nie wie gdzie poszukać takiej informacji/

Kiedyś wyższe wykształcenie miało około 12-17% społeczeństwa. Dziś na studia idą wszyscy, likwidacja techników i szkół zawodowych sprawiła, że ludzie o coraz niższym IQ na siłę starają się zdobyć dyplom magistra /i zasilić szeregi bezrobotnych matołków, a kiedyś mogli zdobyć zawód i choćby jako spawacze kasę kosić/.

Mam nadzieję, że likwidacja poboru wojskowego sprawi, że wielu zrezygnuje z chodzenia na studia i zabierze się, za normalną pracę.

 

Intelektualny kryzys sięga jeszcze wyżej, kiedyś na doktorat co roku szło 10-15 osób. Teraz ponad 30. Więcej mądrych ludzi się pojawiło? Oj nie... po prostu kiedyś z tych 15 nowych doktorantów 12 miało jeszcze jakąś pracę. Dziś na 30 nowych doktorantów pracę ma 3.

 

 

 

 

 

10:24, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 grudnia 2009
samochód vs. rowerzysta vs. pieszy

Najczęściej jestem tym w środku - rowerzystą. Przez większą część roku to mój ulubiony środek transportu. W mieście wśród korków, ciągłych remontów nie ma szybszego sposobu na dostanie się z punktu A do B. Testowałem kiedyś czasy przejazdu z domu do pracy (6km z tego 2,5km pod górkę) - autobus (z dojściem do przystanku) ok 35min, samochód własny (ok 20min przy normalnym natężeniu ruchu), rower - 22 minuty, ale w drodze powrotnej już 15 /w końcu z górki/.

Tanio, szybko i...

niestety nie zawsze bezpiecznie.

Pomimo, iż uważam Gdańsk za raj dla rowerzystów (rozbudowana sieć scieżek rowerowych), to czynnikiem krytycznym są jak zawsze inni użytkownicy ruchu.

Co chwila, kierowca jakiegoś samochodu nie dość, że nie rozumie znaczenia zielonej strzałki w prawo i wpycha się wprost na przejście na pieszych, to jeszcze nie zna poziomych znaków drogowych i zatrzymuje się dokładnie na oznakowanym przejeździe rowerowym.

No i teraz badź tu mądry... chcesz przejechać na drugą stronę, masz zielone światło i idiotę w samochodzie stojącym na twojej drodze. Idiota szczęśliwy bo przepuszcza pieszych, a ja muszę wjeżdzać na pasy aby go ominąć - czym irytuję pieszych.

Kiedyś taki jeden starszy kierowca wyskoczył do mnie z tekstem, że przez ulicę rower powinienem przeprowadzać... Ewidentnie facet nie z tej epoki ze znajomością przepisów sprzed 30 lat /kolejny powód aby robić takim okresowe testy i jak nie zda zabrać prawko/. Nie zauważył, że powstały ścieżki rowerowe, przejazdy dla rowerów obok pasów i osobne światła dla nas.

Królami szos wcale jednak nie są kierowcy. To, że od czasu do czasu jakiś mnie potrąci /pozdrowienia dla kierowcy dostawczego forda wyjeżdzającego z bocznej uliczki/, albo ostro zahamuję i wlecę mu w tylnią szybę /tu pozdrawiam kierowcę małego czerwonego fiata/, albo jakiś dzieciak w BMW ojca będzie chciał zaszpanować piskiem opon /debil z podporządkowanej wjechał wprost na pasy, gdzie piesi mieli zielone, tego nie pozdrawiam, tylko mam nadzieję, że ojciec mu ostro wlał pogniecioną przeze mnie maskę/, to wszystko nie jest szczytem głupoty.

Królami ścieżek rowerowych są babcie torbami na kółkach i matki z wózkiem z dzieckiem. Dwie całkowicie wydawałoby się różne grupy, obie kierujące się tym samym - wygodą jechania po gładkiej ścieżce rowerowej.

Rozumiem podeszły wiek babci z wózeczkiem i rozumiem, że fakt, iż duży i szeroki chodnik obok babci nie wystarcza /bo ma wyboje, a ścieżka taka równa/. Rozumieją to chyba również i projektanci ścieżek tworząc często pas zieleni albo skośny i niewygodny dla takich babć krawężnik pomiędzy ścieżką a chodnikiem.

Nie rozumiem jednak młodych matek... czy one nie wiedzą, że przeszło 50% rowerów ma jakieś usterki (najczęściej niesprawne hamulce, lub brak działającego dzwonka), czy one nie potrafią sobie wyobrazić co się stanie z ich malutkimi nowonarodzonymi dziećmi po zderzeniu roweru z wózkiem? Śmierć staruszki na ścieżce rowerowej jest do odżałowania, ale małego bezbronnego dziecka, które zabiła własna głupia matka - już nie. /chociaż z drugiej strony pula genowa dziecka takiej matki też za wysokiej jakości być nie może/

Mam dla takich rozmnażających się debilek radę: następnym razem jak wjedziecie na ścieżkę rowerową wyobraźcie sobie swoje dziecko po wypadku - głowę przebitą szprychami rowerowymi, rączkę wkręconą w łancuch i zmasakrowaną trybami, czy poskręcane w dziwnych kierunkach kończyny. Wyobraźcie sobie swoje nowostworzone życie w takiej sytuacji, a potem wjeżdżajcie na ścieżki rowerowe.

 

O niemiłych interakcjach można pisać jeszcze wiele. Osobnym tematem jest głupota projektantów ścieżek przecinających przystanki autobusowe, albo rowerzystów nie używających świateł, lub pieszych z kochanymi pieskami, który nie potrafią zrozumieć, że smycz nie jest dla rowerzysty wcale tak dobrze widoczna... Można pisać o kierowcach nie zachowujących rozwagi, o tirach wyprzedzających w odległości 20 cm, albo pseudo parkingach jakie niektórzy robią sobie ze ścieżek rowerowych...

Można pisać wiele, ja jednak z roweru szybko na nic innego się nie przesiądę, a kop z buta w samochód kierowcy, albo supergłośna trąbka użyta tuż za plecami głupiej matki załatwia wiele spraw :)

 

 

 

11:43, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 grudnia 2009
dlaczego nie robię LSG?

To pytanie, które ostatnimi czasy każdy mi zadaje.

Nie ma na nie jednej, konkretniej odpowiedzi /niestety "Bo TAK" nie działa w tym wypadku/. Dlatego też chciałbym tu przedstawić kilka powodów, które to razem sprawiają, że Letnia Szkoła Go w tym roku jest odwołana.

1. Ile razy można? Robiłem LSG już pięć razy. Każdorazowo poświęcając swój urlop, czas i nerwy. Marzą mi się wakacje, podczas których przyjadę na alaskę wypocząć - a nie pracować.

2. Zmęczony jestem - ostatnio bardzo dużo pracuję, do reszty pochłania mnie moja praca zawodowa, doktorat i projekty, które realizuję. Zbyt mało czasu poświęcam mojej kochanej żonie. Już teraz z niecierpliwością myślę, o wakacjach i możliwości wypoczynku.

3. Bo PSG jest złe - o moich bojach z Polskim Stowarzyszeniem Go mówiłem wielokrotnie. Myślę, że dobrze na tym wyjdę ja i dobrze wyjdzie stowarzyszenie, jeśli odsunę się od goistycznych rzeczy i zostawię ich w spokoju.

 

Dlatego proszę, nie zadawajcie mi pytań typu "dlaczego?". Te trzy główne powody winny chyba wystarczyć. Wszystkim, którym Letnia Szkoła Go i sama Alaska przypadła do gustu zapraszam na coś innego:

Wakacje z Planszówkami

Nie jestem organizatorem tego obozu, jest nim Jacek - właściciel Alaski. /co tak naprawdę dla was jako potencjalnych uczestników nic nie zmieni/ Ja przybędę na niego jako taki sam uczestnik jak wy, jako taki sam zmęczony człowiek, który przyjedzie na Alaskę aby wypocząć, nabrać sił i zrelaksować się.

Nawet szykuję na tę okazję koszulkę z napisem: "nie jestem organizatorem, nie zadawaj mi pytań" :)

 

 

11:21, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 grudnia 2009
Żony, które wciąż coś od nas chcą - cz1

W ramach wprowadzenia do tematu, fragment komiksu narysowanego przez znajomą - Elę Jakubiak.

Ela Jakubiak

Wyjaśnienie: my zawsze mówimy, że nic nie chcemy, albo jest nam to obojętne... prosimy więc nie brać tej odpowiedzi za zobowiązującą.

 

czwartek, 03 grudnia 2009
spamerzy z Cenega Poland

Wydawałoby się, że Cenega to taka porządna firma. Niestety nic bardziej mylnego, są oni dla mnie najbardziej dokuczliwymi spamerami zalewającymi moją skrzynkę pocztową.

Ale od początku.

Jest sobie portal - Kompania Graczy. Portal stworzony przez cenegę, gdzie można rejestrować zakupione gry, zdobywać punkty, brać udział w promocjach etc. Dużo tego jest, ale nikomu nigdy nie radzę rejestrować się tam.

W ramach rejestracji oczywiście należy wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych, oraz na otrzymywanie mailem informacji reklamowych. Tu właśnie zaczyna się problem, gdyż potrafią wysyłać kilka maili dziennie. /w życiu nie widziałem, aby potral rzekomo poważnej firmy tak intensywnie spamował/ Pewnego dnia się tak zirytowałem kolejnym badziewnym ogłoszeniem, że postanowiłem, iż mam gdzieś nędzne promocje firmy cenega i nie chcę już ich otrzymywać.

Loguję się więc na konto i odznaczam pole wyrażające zgodę na spam. Tu pierwsza niemiła niespodzianka: "błąd, musisz wyrazić zgodę"

/ale ja nie chcę! po cholerę w dziale edycja danych mogę odznaczyć pole spamujcie mnie, skoro i tak nie mogę tego zrobić?/

Podejście nr 1 okazało się niemożliwe do zrealizowania... czytam więc regulamin... w nim, że mogę wysłać maila o wycofaniu zgody na przetwarzanie danych osobowych za pomocą specjalnego formularza.

Loguję się więc na konto, używam formularza. Wpisuję odpowiednią formułkę i już się raduję na samą myśl, że nie dostanę już spamu z kompani graczy.

Niestety nie... okazało się, że cenega nie tylko ma niedorobione formularze, ale i pracowników.

Pomimo, iż aby wysłać ową deklarację musiałem być zalogowany na konto i wysyłałem je z owego konta, dostałem maila od pracownika, iż muszę podać mój komplet danych osobowych aby zostać usuniętym z ich systemu.

/że co? mam podać im wszystkie dane osobowe, tylko po to aby przestali ich używać? Paranoja, to w banku wystarczy pessel czy imiona rodziców do autoryzacji/

Zirytowałem się ostro. Oczywiście danych nie podałem...

Zdecydowałem się na podejście nr 3. Zgodnie z ich regulaminem dane konta muszą być prawdziwe inaczej zostanie ono skasowane. Podmieniłem więc je na jakieś bzdury i moje jakże nabardziej negatywne opinie o ich portalu.

I co?

Ano nic... cholery nie chcą stosować tego punku. Adres e-mail (którego nie da się zmienić) jest dla nich ważniejszy.

Co do do jasnej cholery za standardy obsługi klienta? Robi się w koncie pole do odznaczenia tylko po to, aby nie można było tego zrobić. Tworzy się specjalne formularze kontaktowe, tylko po to aby później kolejny raz domagać się identyfikacji użytkownika. Ktoś powiedziałby, że to wysoki standard zabezpieczeń...

Gówno, a nie wysoki standard... po prostu nie chcą stracić adresów mailowych do spamowania.

 

Wiem jedno, gry cenegi już w życiu nie kupię... nikomu też nie radzę rejestrować się na tym portalu. Jeśli rzekomo poważna firma tak traktuje klientów, to mam ją gdzieś. Mam nadzieję, że owa notka trafi kiedyś przed oczy pracownika cenegi, mam nadzieję, że starczy mu wtedy rozumu aby pojąć, iż niepochlebne opinie o firmie są istotniejsze, niż jeszcze jeden adres e-mail do spamu.

 

21:59, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 grudnia 2009
Dlaczego już nie lubię BZWBK?

Jestem kapryśny i nie lubię utrudnień. Moje minimalistyczne podejście również nie opuszcza mnie podczas korzystania z usług banków. Od lat jestem klientem BZWBK, posiadam tam zarówno rachunek, jak i konto maklerskie. Przez długi okres czasu problemów nie było, teraz /pewnie ktoś to wytłumaczy kryzysem/ jest ich od liku.

Chociaż żadnego nie nazwałbym krytycznym, to jednak całokształt sprawia, iż moja opinia o Banku Zachodnim jest coraz niższa.

Oto przykłady:

1. Ekran logowania. Do rachunku maklerskiego logujemy się jak do bankowego, nip, pin i już... Wszystko pięknie, gdyby nie fakt, że co jakiś czas należy zmienić pin. Nie ma że boli, co kilka miesięcy człowiek widzi ekranik zmiany hasła... Oczywiście to bank - nikt prostego hasła nie użyje, trzeba wymyśleć coś kreatywnego (dużo cyferek i literek wymagane). Ale ile razy można być kreatywnym, ile razy ktoś w końcu się podda - napisze pierwsze lepsze hasło jak imię i data urodzin żony / dziecka, albo jeszcze na dodatek zapisze je w jakim notesie?

/Czy ci idioci w banku nie wiedzą, że procedura częstej zmiany hasła znacząco obniża jego poziom bezpieczeństwa./

2. Zupełnie inne standardy są przy rachunku bankowym. Nikt nie prosi cię o zmianę pinu, ale z drugiej strony zmuszony jesteś oglądać ekran "sprawdz jak wygląda nowy system logowania". Musisz to "sprawdzić" albo kliknąć nieszczęsny przycisk "dalej" aby sprawdzić w końcu swoje konto.

Aż boję się myśleć, co by było po naciśnięciu tego "sprawdź" - pewnie jakieś zmiany pinu, wprowadzanie pinu maskowanego i inne gówno.

Niech ci niekompetentni pracownicy BZWBK przeczytają pierwszą-lepszą książkę o social-hackingu, to nie poziom zabezpieczeń informatycznych jest słabym punktem, to człowiek, a oni pod pozorem zwiększania poziomu zabezpieczeń informatycznych zwiększają ryzyko czynnika ludzkiego.

/Ale co mamy się dziwić, w ten sposób w przypadku rzeczywistego włamania łatwiej będzie bankowi wykpić się od odpowiedzialności/

- miał pan gdzieś zapisany pin?

- no tak, wie pani on jest taki skomplikowany...

- reklamacja nieuwględniona (powód: włamanie z winy klienta)

 

Nie dajcie się nabijać w butelkę jakimiś zmianami pinu, hasłami maskowanymi etc... najbezpieczniejszym w praktyce hasłem jest to pierwsze przysłane wam przez bank.

 

2. Jeśli przy reklamacjach i obsłudze przez pracowników jesteśmy:

Dwukrotnie poszedłem do banku po wyciąg z przelewu (potrzeba takiego papierka z pieczątką przy wysyłaniu pita o darowiznach do Urzędu Skarbowego). Za pierwszym razem wszystko pięknie, pani wydrukowała karteczkę, postawiła pieczątkę... Za drugim po wydrukowaniu dopominam się:

- Jeszcze potrzebuję tu pieczątki banku...

- 10 złotych

- Co?

- Potwierdzony wyciąg z pieczątką kosztuje 10zł - pokazać Panu cennik?

Poziom mojej irytacji sięgnął zenitu. To raz w tym samym oddziale jest ok, a raz nie jest? Co to za poziom obsługi... czy bank dla durnych 10zł będzie tak irytował klienta. /owszem tak/

Nie wiem czy kryzys sprawia, że poziom uslug bankowych sięga dna i chcą na wszelki możliwy sposób zarabiać na kliencie... wiem jedno - na pewno klientów przez takie coś stracą.

 

3. To nie koniec kłopotów i miernej obsługi ze strony BZWBK. Kolejnym kwiatkiem była nowa karta mojej żony. Oczywiście jak zawsze ślicznie przysłali ją przed końcem terminu starej, tyle, że widniało na niej panieńskie nazwisko żony...

Myślę sobie, co jest grane, na kopercie adres z dobrym nazwiskiem, a na karcie stare? Niekompetencja pracowników, czy inna cholera... Idę do banku i chcę reklamować tą sytuację.

/w ramach wyjaśnienia: przesło rok wcześniej z żoną uaktualniśmy nasze dowody w banku, dane osobowe i podpisaliśmy pełnomocnictwa do swych kont - wszystko aby nie mieć problemów w przyszłości.../

Tam się dowiaduję, że:

a) to, że uaktualniał Pan nazwisko to nie oznacza, że na karcie będzie ono uaktualnione, to osobne pole w systemie i powinien Pan taką chęć zgłosić /że co? skąd mam o tym wiedziec?/

b) pełnomocnictwo ma Pan tylko do konta, nie może Pan dokonać tych zmian przy karcie, musi koniecznie przyjść Pana żona /powtórka: skąd małem wiedzieć, kiedy robiliśmy pełnomocnictwo, że karty przypisanej do konta już ono nie dotyczy/

 

4. Telefon:

- dzień dobry, nazywam się: bla bla bla, dzwonię z banku zachodniego wbk, chciałabym Panu zapronować....

/mój boże, spamerka/

- nie jestem zainteresowany

- bo widzę, że na Pana koncie za dwa dni kończy się lokata i chciałam Panu zaproponować lepszą...

- nie jestem zainteresowany

- bo wie Pan, na tym może Pan więcej zarobić...

- NIE JESTEM ZAINTERESOWANY /czy coś trudnego jest w tych słowach?/

 

I proszę mi wytłumaczyć, co to za cholerstwo, że zwykły pracownik telemarketingu /czytaj: spamer/ może sobie przeglądać dane na moim koncie. Jaka to polityka bezpieczeństwa, że obca mi baba może kiedy chce zobaczyć ile mam kasy i co z nią zrobię? /przelewu też dokonać może?/

Porywacze dobra rada dla was: miejscie wtyki w dziale spamowania Banku Zachodniego - zobaczycie ile wasze potencjalne cele mają kasy i ile można od nich wyciągnąć.

 

Dziś jak znajdę czas idę do banku zamknąć konto... Wolę gdzieś indziej zapłacić trochę za obslugę konta i nie mieć powodów do stresu, niż pod pozorem bezpłatnego konta wnosić jakieś dziwne opłaty i mieć styczność z zupelnie niepotrzebnymi problemami.