O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
niedziela, 27 maja 2012
wypadek goni wypadek

W ostatnich miesiącach miało miejsce kilka groźnych wypadków z udziałem pociągów. Dziś rano czytam o kolejnym. Ich częstotliwość jest już tak duża, że człowiek patrząc na relacje w mediach sam już nie wie, o którym dziennikarze mówią.

Co jest przyczyną tego nagłego wzrostu? Powodów jest bardzo dużo. Na początek oczywiście można wymienić pieniądze i przestarzały sprzęt, ale to będzie tylko niewielki fragment dużo większego problemu.

Czy wiecie, że zlikwidowano wszystkie szkoły kształcące kolejarzy? Kiedyś były zawodówki czy technika przyuczające do zawodu. Maszynista odbywał wielomiesięczne praktyki a technicy szkolili się w szkołach przy zakładach remontowych. Dziś ludzi PKP nie znajduje w szkołach (których nie ma) ale w urzędach pracy. Przyuczenie maszynisty do zawodu trwa niecały tydzień. W wyniku redukcji etatów kontrolerzy ruchu na małych stacjach zajmują się sprzedawaniem biletów, a pod Warszawą na gigantycznym torowisku stoi kilkadziesiąt całkiem nowych pociągów którym skończył się przegląd techniczny.

Kolej upada, bo straciła zaplecze. Nie ma już fachowców i ludzi znających się na swoich obowiązkach. Są kolejarze z przypadku - ludzie z urzędów pracy. Czkawką /a raczej coraz większą liczbą wypadków/ odbijają się decyzje o zamknięciu szkół zawodowych. Minęło 10 lat i widać już skutki owej wymiany doświadczonego pokolenia na niewykształconych maturzystów.

Czy musi minąć kolejne 10 lat zanim na nowo wykształci się specjalistów? Zanim naszymi pociągami będą kierować maszyniści z doświadczeniem? Obawiam się, że jest za późno. Jedyna nadzieja w Deutsche Bahn i tym, że uda im się od przyszłego roku zaprowadzić tu porządek. /przy okazji rozgoni złodziei ze związków zawodowych/

Pytanie ile jeszcze zawodów zostało zniszczonych przez likwidację szkół zawodowych i techników? Kolej jako ogromna firma staje się pierwszą ofiarą takiej polityki. Czy za kilka lat to samo czeka nas w przypadku kopalni, stoczni, przemysłu ciężkiego, włókienniczego i dziesiątek innych?

Czy brak młodych cukierników, krawców, kucharzy, elektryków, monterów, spawaczy a nawet pielęgniarek sprawi, że ostaną nam się tylko nauczyciele, dziennikarze, politycy i przewodniczący związków zawodowych?

 

10:01, trucie-dupy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 maja 2012
faszyzm w edukacji

Czy Wam rodzice też mówili, że „za ich czasów” program w szkołach był obszerniejszy i od Was dziś wymaga się dużo mniej niż od nich? Czy zauważacie trend do obcinania ilości przekazywanej wiedzy i dewaluację uzyskanych dyplomów?

Pewnie tak. 

Dziś po dekadzie reformy szkolnictwa można zacząć podsumowywać jej efekty. Chciałbym to zrobić przed przedstawienie kilku sytuacji, z którymi się zetknąłem, a które wydają mi się typowe. W ciągu ostatnich pięciu lat wiele czasu spędziłem na prowadzeniu wykładów czy nauczaniu dzieci, gimnazjalistów, młodzieży i studentów. Mam więc chyba dość dobry przekrój jak wygląda współczesne „młode pokolenie”.

Sytuacja pierwsza: Zadałem licealistom wypracowanie do napisania. Mieli w nim wyrazić swoje zdanie na jeden z kilku tematów. Prace, które otrzymałem były różnej jakości. Jedne lepsze drugie gorsze, jedno co mnie uderzyło, to wiele z nich pomimo, że były napisane na komputerze, nie miały sprawdzonej ortografii. Zapytałem więc uczniów – jak to możliwe? Czy mają w wordzie wyłączony słownik? Czy też ignorują czerwone podkreślenia? Usłyszałem, że mają dysleksję. Zdziwiłem się, i ponowiłem pytanie – dlaczego pomimo, iż mają dysleksję i wiedzą, że raczej na pewno popełnili błędy – nie sprawdzają ortografii? Nie potrafili odpowiedzieć. Ktoś coś przebąknął, że to nie ma wpływu na ocenę.

Sytuacja druga: Mała dziewczynka z podstawówki. Pisze coś na komputerze – wiadomość do koleżanki. Bez problemu zapisuje zdania i odczytuje, co do niej koleżanka napisała. Po chwili rysując komiks w dymku ma zapisać dialog. Z ogromną trudnością zapisuje litery gryzmoląc niesamowicie i nie potrafiąc napisać ich w prostej linii. 

Sytuacja trzecia: Grupa studentów informatyki na zajęciach z bioinformatyki podchodzi i mówi, że nie są zainteresowani tematem i co mają zrobić aby zaliczyć przedmiot. Dla wielu może ta sytuacja brzmieć logicznie i całkiem sensownie /a pewnie niektórzy mogą podobne znać z własnego doświadczenia/. Jednak tak samo mówią licealiści o niektórych przedmiotach – to na pewno nie będzie mi potrzebne i nie chcę się tego uczyć /też pewnie znacie to z własnego życia/. Tak samo mówią też gimnazjaliści – a po co mi to, nie zamierzam zostać …. /wstaw zawód związany z jakimś przedmiotem/.

Pytanie gdzie się kończy ten selektywizm w nauczaniu? Do kiedy ma istnieć nauczanie ogólne, a kiedy ma zaczynać się specjalizacja? Na studiach? Przed maturą? Przed liceum? Czy wiedzy jest tak dużo więcej, że specjalizować należy coraz szybciej? Nie wydaje mi się. Dokonuje się specjalizacji nie po przez zabranie w jednym miejscu i dołożeniu w innym, ale tylko przez zabieranie. Klasy biologiczne nie oznaczają dodatkowego materiału z biologii, ale mniej z historii czy języków. Czy dzisiejsi licealiści są głupsi od tych sprzed 20 lat? Czy natłok informacji jest dla nich nie do ogarnięcia? No chyba musi tak być!

Problemy z rzekomo zbyt obszernym zakresem materiału biorą się między innymi z tego, że nikt nie uczy ich jak się uczyć, a co więcej wpaja się im, iż uczyć mają się za pomocą nieskutecznych metod.

Szkolnictwo nie potrzebuje skalpela, ale optymalizacji. Wiedza ma skłonność do przenikania się, elementy uczone na jednym przedmiocie wykorzystuje się na innym. Chemia i łacina przydaje się w biologii, geografia w historii, historia w języku polskim itd. Im bardziej jest coś powiązane tym łatwiej to zrozumieć. Przez wycinanie materiału uczniowie nie mają powiązań i postrzegają przedmiot przez pryzmat testów maturalnych (czy gimnazjalnych).

Sytuacja czwarta: Konkurs plastyczny i literacki na pewnym forum. Startują w nim osoby w różnym wieku od gimnazjum do studentów. Był zadany temat prac i ludzie nadsyłali swoje dzieła. Byłem zaszokowany ich słabym poziomem. Okazuje się, że ja, który nie umie rysować i pamiętając tylko to, co nauczyłem się przez 8 lat podstawówki i 4 liceum potrafiłem stworzyć jedną z najlepszych prac. Dziś plastyka w szkole nie obejmuje nawet takich podstaw jak perspektywa. Studenci na architekturze muszą sami się jej uczyć od podstaw. Pewnie w gimnazjum czy liceum wołali – a po co mi plastyka – nie będę malarzem. Albo na matematyce nie przykładali się do geometrii. Teraz na pierwszym roku studiów oblewają rysunki techniczne /a ja uczyłem się ich w podstawówce/ i nie potrafią stworzyć przestrzennych wizualizacji. 

Wycięto perspektywę, wycięto całki, wycięto łacinę, wycięto gramatykę, wycięto historię XX wieku, wycięto pierwszą pomoc, wycięto podstawy fizyki kwantowej. Wycięto tak dużo, że nie można człowieka z maturą nazwać osobą posiadające ogólne wykształcenie.  /Jego nauczono zaledwie zdać test maturalny/

Sytuacja ostatnia: Nie specyficzna ale ogólna. Kiedyś system specjalizacji rozpoczynał się po ukończeniu podstawówki – nie była to jednak specjalizacja przedmiotowa, ale umiejętnościowa. Dobrzy szli do liceum, średni do technikum, najgorsi do zawodówki. Każdy lądował w grupie z osobami o podobnych umiejętnościach i na podstawie swoich predyspozycji był przygotowywany do zawodu i zarabiania na swoje utrzymanie. Dziś każdy idzie do liceum. Technika i zawodówki prawie nie istnieją. W rezultacie w liceum są i ludzie mądrzy jak i przeciętni i tacy co niewiele się potrafią nauczyć. Od każdego wymaga się, że zda maturę i pójdzie na studia /bo w końcu musi zdobyć zawód/. Nie ma jednak tu teraz sytuacji sprzed lat, kiedy w liceum byli tylko zdolni. Teraz poziom uczniów jest niższy więc należy obniżyć program. Podobnie na studiach – kiedyś wyższe wykształcenie miało mniej niż 15% osób w wieku 30 lat. Dziś KAŻDY ma studia i każdy musi je skończyć. Na studia nie przyjmuje się już tych najzdolniejszych tych elitarnych i tych, który sobie poradzą – przyjmuje się wszystkich. Razem z geniuszami uczyć ma się mierny maturzysta, który poszedł do liceum a nie do zawodówki.

Studia też się więc staczają. Dziś tytuł magistra już niewiele znaczy.

Wszystkiemu winne jest podejście: równo i sprawiedliwie. Dzieci nie są równe, dzieci nie mają tych samych umiejętności i predyspozycji. Wrzucając do jednego worka zdolnych i słabych szkodzimy jednym i drugim – zdolnych gasimy, słabych utwierdzamy w przekonaniu, że są słabi. A potem musimy równać system edukacji w dół…

Bądźmy intelektualnymi faszystami – dziecko jest głupie niech idzie uczyć się zawodu i pracuje później na budowie /za całkiem dobre pieniądze/. Dziecko jest średnie niech idzie do technikum i nauczy się mechaniki i obsługi maszyn /i niech pracuje jako mechanik na budowie/. Dziecko jest zdolne niech idzie do liceum zda maturę i idzie na architekturę i niech pracuje jako inżynier na budowie.

Każde z tych dzieci skończy na budowie, każde zarobi przyzwoite pieniądze, ale każde przejdzie przez system edukacji, który ich do tego przygotuje. Bo dziś mamy tonę pseudo inżynierów, którzy nie wiedzą co to jest budowa.

20:13, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »