O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
niedziela, 20 czerwca 2010
Sondażowy bełkot

Dajcie mi zestawienie statystyczne, a wyczytam w nim co tylko będę chciał - tak parafrazując znane powiedzenie można opisać co statystycy mogą wyczyniać w sondażach. Ludzie uważają, iż ponieważ jest to MATEMATYKA, to nie ma miejsce na interpretację i można jej ufać... /tia... jasne.../

Oto kilka prostych zabiegów, które powodują, iż możemy sobie wyniki sondaży wrzucić na tę samą półkę, co kryształową kulę. I nie mówię wcale o sposobie wyboru reprezentatywnych osób, biorących udziału w ankietach, ale o czysto matematycznych zabiegach.

Przykład, mamy pięciu kandydatów (A, B, C, D, E). Organizujemy ankietę i pytamy 1000 osób na kogo zagłosują. Otrzymujemy: A - 400 głosów, B - 380 głosów, C - 100 głosów, D - 20 głosów, E - 5 głosów. Razem 905 (95 osób nie wiedziało, albo nie chciało odpowiedzieć).

Teraz zaczniemy naszą zabawę z matematyką.

Po pierwsze błąd statystyczny - dla 1000 osób wynosi około 3%. Co to w praktyce oznacza? Otóż możemy sobie dodać/odjąć 3% (czyli 30 głosów) do dowolnego kandydata. Dla A i B niewiele to zmienia. Dla C zmiana z 100 na 130 osób głosujących na niego to aż 30% różnicy. W przypadku D i E błąd statystyczny przewyższa ilość głosujących na nich.

Trick 1: 3% błąd statystyczny wcale nie oznacza 3% różnicę dla kandydata. Dla tych z dolnej półki taki błąd może oznaczać "być albo nie być".

Teraz sobie poskalujmy. A dostał 400 głosów czyli 40%, ale to 40% z osób, którym zadano pytania, jeśli uwzględnimy tylko osoby, które odpowiedziały na pytanie to mamy już 44%. Popatrzmy sobie na rozkłady procentów w obu przypadkach

40, 38, 10, 2, 0.5

44.2, 41.9, 11, 2.2, 0.55

Dwa różne sondaże z tego wychodzą. Przypuśćmy, ze faworyzujemy jakiegoś kandydata i spadł on o kilka punktów w ciągu tygodnia, ale nie chcemy tego pokazać. Modyfikujemy więc sposób obliczania procentów i żadnego spadku nie ma. Oczywiście kontrkandydat też zyskuje, ale dla nas najważniejsze jest pokazanie, iż nie tracimy.

Trick 2: można wyniki przeskalowywać, ale 1000 osób biorących udział w ankiecie wcale nie oznacza tysiąca odpowiedzi.

Odcinajmy teraz ogonek. W klasycznych przypadkach kandydatów jest więcej... nawet i 10. Liczących się już tylko kilku. Ogonek - czyli nieliczących się kandydatów możemy odciąć w dowolnym momencie - gdyż to niewiele zmienia.

Popatrzmy więc ile można zmienić przy połaczeniu z trickiem 1 i 2:

mamy nasze wyniki:

40, 38, 10, 2, 0.5 Dla mediów ustotni są A i B, no i C aby tamta dwójka nie była samotna.

Odcinamy więc dwóch ostatnich i wynik przeskalowujemy

A dostał 400 głosów na 880 = 45.4, B 380 na 880 = 43.1, C 100 na 880 = 11.3.

Proste? A co z błędem statystycznym, co jeśli tamta mała dwójka w rzeczywistości miała więcej głosów. Odejmijmy więc po 10 głosów od naszych kandydatów A, B i C i podarujmy je D i E.

wyszło by więc:

A: 390, B: 370, C: 90, D: 35, E: 20

Odetnijmy ogonek i policzmy wynik

A: 390/850 = 45.8 B:370/850=43.5 C: 90/850 = 10.5

Co zrobiłem? Zabrałem A 10 głosujących - czyli 2.5% ale jego wynik wzrósł /TAK poszedł do góry/, zabrałem C 10 głosujących czyli - 10% i jego wynik spadł.

Trick 3: możemy obcinać ogonki i przez to mocno zmieniać skalowanie, gdyż zaburza to błąd statystyczny.

 

Na moim prostym przykładzie więcej trików nie pokażę. Dla innych głosowań można jeszcze dziwniejsze rzeczy wyczyniać. Im więcej odpowiedzi może udzielić ankietowany, tym bardziej wyniki można później modyfikować.

Nie dajmy się oszukiwać. Na 1000 ludziach to można zorganizować ankietę z dwoma lub góra trzema odpowiedziami. Jeśli chcemy reprezentatywny sondaż dla 10 kandydatów przepytywanie i 5 tysięcy ludzi może być niedokładne.

Ale dokładność wiąże się z kosztami, a tych nikt nie chce ponosić.

 

10:21, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 czerwca 2010
problem roku...

Pamiętacie bombę milenijną? Wszystko polegało na tym, że kilkadziesiąt lat wcześniej programiści nie przewidzieli, iż ich dzieła będą używane po roku 2000 i na przechowywanie aktualnego roku poświęcili tylko dwie pozycje /wtedy byli oszczędni i nie szastali pamięcią :)/.

Za dawnych czasów ludzie bardziej w przyszłość wybiegali. Majowie swój kalendarz do 2012 zrobili. Podobnie jak programiści nie przewidzieli, że ich dzieło może dotrwać tego roku. /może też spodziewali się, że do tego czasu będzie lepszy sposób na zapisywanie kalendarza/ Załatwili nam więc pluskwę roku 2012.

Cholera wie dlaczego kalendarz kończy się akurat na 2012... Gdyby to była okrągła liczba może i bardziej prawdopodobna byłaby teoria, iż po prostu im się więcej nie chciało... a tak 2012 elektryzuje de... tzn. ludzi rozgarniętych inaczej. /żona stwierdziła, iż jeśli użwam już obraźliwych określeń, to mam być bardziej kreatywny/

Kilka stwierdzeń do przemyślenia:

- oni nie znali Chrystusa. Mieli swój system datowania i możliwe że ich 2012 to bylo ich 1337 /nie mogłem się powstrzymać/ i uznali, że to ładna data, aby zakończyć pracę,

- co ma większe prawdopodobieństwo: śmierć nadzorującego budowę kalendarza, czy fakt, iż potrafili przewidzeć koniec świata?

- czy majowie mieli tylko JEDEN kalendarz? Tylko jeden przetrwał? A może cały czas mówimy o jednym konkretnym - największym, który najbardziej do przodu był datowany, a wszystkie inne olewamy, ponieważ rok w którym się skończyły minął i końca świata nie było...

- kalendarz jest podobno na ścianie jakiejś świątyni... może się ściana skończyła... /żona mi podpowiada, że ściana podobno jest tam okrągła - no cóż to doszli do końca okręgu :)/

 

Mam propozycję dla de... /znaczy osób oświeconych inaczej/ wierzących w koniec świata w 2012. Udowodnijcie mi jak bardzo wierzycie w to i zabijcie się dzień przez rzekomą apokalipsą... Dzięki temu - kiedy wstanę kolejnego dnia będę wiedział, że świat stał się lepszym miejscem. /no i IQ na planecie drastycznie wzrosło/

23:44, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010
komunikacja w firmie

Autentyk z firmowych sposobów komunikacji:

Bohaterowie:

dział promocji:

- szefowa

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział przynieś, podaj, pozmaiataj

- szef

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział szefa projektu

- kierownik

 

Kierownik potrzebuje logotypu. Dzwoni do Działu PPP i informuje szefa:

- potrzebuję logotypu.

Szef działu PPP po odłożeniu słuchawki do podwładnego:

- wyślij kierownikowi logotyp.

- ale mamy tylko w złej jakości - odpowiada podwładny

- wyślij co mamy.

Podwładny wysyła pisząc w mailu, iż to wszystko co mamy, możliwe że dział promocji będzie miał coś lepszego.

Dzień kolejny

Kierownik do szefa działu PPP

- to co przysłaliście się nie nadaje

- dobrze, zobaczę co da się zrobić

Szef działu PPP do podwładnego

- mamy jakieś logotypy?

- tylko to co wczoraj wysyłałem

- to może promocja ma?

- może ma...

- to zadzwoń i niech kierownikowi wyślą

Podwładny dzwoni do działu promocji:

- kierownik potrzebuje logotypu

- niestety nie ma człowieka PPP - odpowiada szefowa - a on się tym zajmuje

- no dobrze, to proszę mu przekazać, jak się zjawi aby wysłał logotyp do kierownika

- dobrze przekażę

Moja godzina

Kierownik do szefa działu PPP

- gdzie mój logotyp?

Szef działu PPP do podwładnego

- gdzie mój logotyp?

- promocja miała wysłać

Szef działu PPP do szefowej działu promocji:

- możecie wysłać logotyp do kierownika?

- tak, za chwilkę

Szef działu PPP do kierownika

- za chwilę promocja wyśle

Po 15 min kierownik do szefa działu PPP

- jeszcze mi nie wysłali. Możesz ich pogonić?

Szef działu PPP do szefowej promocji

- wysłaliście już?

- tak wysłaliśmy

Szef działu PPP do kierownika

- już poszło.

 

Autentyk! Jedno głupie logo i pełno telefonów, bo kierownik nie potrafi wprost do odpowiedniego działu zadzwonić...

 

poniedziałek, 14 czerwca 2010
nowe okno na świat

Moje nowe mieszkanie, to nie tylko 4 okna w pokojach, ale również konieczność zorganizowania jakiegś połączenia internetowego.

Przezornie zacząłem myśleć o tym dość wcześnie. Podzwoniłem po różnych firmach pytając się, czy oferują pod moim adresem net... wszędzie odpowiadali, że nie. Tylko jedna /nazwijmy ją firmą T/ wzięła moje dane i powiedziała, że może za tydzień się odezwą jak sprawdzą co i jak. /oczywiście tego nie zrobili/

Widząc ciemne chmury wokół mego podłączenia do sieci zdecydowałem się na wykupienie abonamentu transmisji danych w PLAY. Było to najtańsze rozwiązanie. Niestety nie przypadło mej żonie do gustu, gdyż aby ona mogła szaleć na necie musiałem zostawiać komórkę w domu /a wtedy nie miała do mnie kontaktu/.

Zadzwniłem więc do dewelopera. Pytam czy wiedzą, kto w ich blokach dostarcza net... a oni że firma T. Zdziwiłem się... zadzwoniłem więc do firmy T i pytam jak z netem... a ci, że nic nie wiedzą.

Kolejny dzień, akurat jechałem do dewelopera, więc w sekretariacie załatwiając papierkowe sprawy wspomniałem o owej firmie i ich podejściu do mnie jako potencjalnego klienta. Usłyszałem, iż nawet umowę mają z firmą T podpisaną i będą wyjaśniać co i jak.

Pojechałem więc do firmy T. Pani, z którą rozmawiałem stwierdziła, że umowa z deweloperem to jedno, a zapotrzebownie to drugie. /dała mi do zrozumienia, że potrzeba kilkunastu zgłoszeń, aby oni zaczęli coś robić - a tyle to lewie mieszkań u mnie sprzedano/

Zły, wpadłem na diaboliczny plan: poprosić znajomych aby podszywając się pod właścicieli lokali (które nie były jeszcze sprzedane) wyrażali zaintresowanie netem. W ten sposób firma miałaby swoich kilkanaście zgłoszeń, a kiedy by przyszło do instalacji tamci by zrezygnowali tłumacząc, iż rozmyślili się.

Desperacja w chęci zdobycia połączenia sieciowego sprawiła, iż plan wydawał mi się wart realizacji. Na szczęscie wkrótce zadzwoniła pani z firmy T aby umówić się na spotkanie z monterem.

Teraz jako jedyny w bloku /jak widać nie potrzebowali kilkunastu zgłoszeń, tylko "zachęty" od dewelopera/ mam net. Nawet w opisie routera bezprzewodowego wpisałem numer mieszkania i "internet za piwo", więc sąsiedzi będą wiedzieć gdzie się zgłaszać w razie kłopotów :)