O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
sobota, 08 września 2012
Komiks bękartem kultury

Komiksy - u większości Polaków wywołują uśmiech politowania. Ot prymitywne bajki dla dzieci, dużo obrazków i mało tekstu. Innym skojarzą się z mangą i "tymi chińskimi bajkami". Jeszcze u innych z czasami dzieciństwa.

W naszym kraju komiks wciąż jest traktowany jako bękart kultury. Niewielu traktuje go poważnie. Dlatego chciałbym przybliżyć kilka faktów o komiksach, które nie są znane szerszej publiczności.

1. Czytanie komiksów angażuje obie nasz półkule mózgowe. Książki czy telewizja używają tylko jednej z półkul /każde z innej/. Komiksy natomiast łączą oba te nośniki powodując, że w mózgu dziecka, które czyta komiksy wytwarza się więcej połączeń neuronowych pomiędzy półkulami. Przeprowadźcie na sobie prosty test: weźcie do ręki komiks i przeczytajcie dwie strony. Następnie zastanówcie się w jaki sposób to zrobiliście: czy osobno czytaliście dialogi i oglądaliście obrazki, czy też potrafiliście zarówno skupiać się na dialogach i rysunkach. Jeśli nie czytaliście w młodości dużej ilości komiksów nie będziecie potrafili stosować tego drugiego sposobu - po prostu wasz mózg jest za stary i nie ma połączeń umożliwiających im jednoczesne pochłanianie tekstu i obrazu.

2. Komiksy stosuje się w nauczeniu dzieci mających problemy z czytaniem. Wielu rodziców ma problemy z dziećmi, które nie chcą czytać. Często zamiast skupić się na pracy z nimi wolą iść do lekarza i załatwić im jakiś papierek typu "dys-". To przejaw lenistwa, które nie rozwiązuje problemu. Proponuję takim dzieciom dawać komiksy. Pewnie serie jak Garfield mają bardzo mało tekstu i nie zniechęcają dzieci do czytania. Przeciwnie - pochłaniają oni te historie, ćwicząc czytanie. Zamiast jednej małej lektury czytają kilkanaście komiksów osiągając ten sam rezultat. /Tak przy okazji: wiecie, że jeszcze kilka lat temu mówiono, iż 5% dzieci ma jakieś "dys-", teraz już mówią, że to 15%. Jak widać lenistwo postępuje, a psychologowie szukają sposobu na stworzenie dla siebie rynku pracy./

3. Większość komiksów nie jest dla dzieci. To trochę trudne do uwierzenia w naszym kraju, gdzie większość kojarzy komiksy z bajkami Disneya lub naszymi polskimi: Tytysem, Kokoszem czy Kleksem. Prawda jest taka, że komiksy mają kategorie wiekowe i zdecydowana większość z nich jest przeznaczona dla osób powyżej 14 roku życia! Komiksy dla dzieci (do 12 roku) stanowią około 20% komiksów wydawanych na świecie. Pozostałe tytuły są przeznaczone dla starszych odbiorców. Rodzice często bezkrytycznie przyjmują nieprawdziwe równanie Komiks = treść dla dzieci. Potem wychodzą takie kwiatki, że dzieci w podstawówce biegają z zakupionym komiksem "włatcy móch" /zachowano oryginalną pisownię/, który ma przecież na okładce informację, że jest od 18 roku życia.

4. Różne kraje wykształciły swoją charakterystyczną kulturę komiksową. Mamy więc Amerykę z wszystkimi superbohaterami oraz Disneyem, mamy Japonię z Mangą. I na tym większość osób kończy swoją znajomość tematyki komiksowej. Są dla nich trzy typy: dla dzieci (Disney), superbohaterowie oraz TA manga. Niestety to bardzo nieprawdziwy wizerunek. W szczególności największą ignorancją wykazują się tu mangowcy. Ponieważ wydaje im się że odkryli oni coś tak innego od komiksów dla dzieci, coś tak nietypowego i poruszającego odmienne tematy, to nie zauważają, że nie ma w tym nic wyjątkowego i takich komiksów jest pełno.

Nastolatkowe są niejednokrotnie zafascynowani mangą ze względu na to, że pozwala ona im otworzyć oczy i uświadomić sobie, że jest coś więcej niż komiks dla dzieci. Że za pomocą komiksu można opowiadać bardziej złożone historie przeznaczone dla starszego czytelnika. Chwała mangowcom za to, że potrafią to odkryć, ale niech zastanowią się, czy nie ma czegoś dalej. Okazuje się że jest. To komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. I nie mówię wcale o erotyce dla dorosłych, ale o adaptacjach znanych powieści, o wspaniałych seriach SF, romansach czy dramatach. Kolebką tego typu komiksów jest Francja.

Są trzy główne kraje słynące z komiksów: Ameryka, Japonia, Francja. Tak jak mówiłem te dwa pierwsze większość ludzi potrafi wskazać, trzeci kraj jest praktycznie pomijany, a to właśnie w nim powstawały największe komiksowe arcydzieła.

5. Bo komiks to SZTUKA! Tak jak obraz może być bohomazem lub dziełem, jak książka może być marna lub wyśmienita, tak komiksy mogą być niskiego jak i wysokiego lotu. Przyzwyczajeni do masowej mangi lub Disneya generalizujemy wszystkie komiksy i nie zauważamy, że są wśród nich arcydzieła.

Proponuję zapoznać się z takimi pozycjami jak "Zemsta Hrabiego Skarbka" - adaptacji powieści "Hrabia Monte Christo". W tym komiksie każdy kadr to namalowany obraz olejny! Obrazy, które zeskanowano, dołożono dialogi i złożono w komiks. Poziom artystyczny tego komiksu jest niewiarygodny i warto się z nim zapoznać. Albo komiks "Maus" czarno biały z niewyróżniającymi się rysunkami, ale za to z fabułą poruszającą trudny temat nazizmu i holokaustu na ziemiach polskich podczas drugiej wojny światowej. Komiks ten otrzymał nagrodę Pulitzera, która przecież jest przyznawana dziennikarzom! Choćby ten fakt, powinien uświadomić Wam, że komiksy to nie jest coś tylko dla dzieci, ale potrafi się za tym kryć głębszy sens. /W tym miejscu zawodowi komiksiarze się uśmiechną, gdyż argument o Maus i Zemście Hrabiego Skarbka jest notorycznie powtarzany/

Fani SF również znajdą w komiksach nieprzebrane morze niewiarygodnych historii. Mnóstwo aktualnie kręconych filmów to ekranizacje powieści komiksowych, które czekały, aż powstanie technologia, która pozwoli na ekranizację rozmachu, jaki jest w nich zawarty. Niejednokrotnie oglądając film mówimy sobie - to świetny scenariusz - taki odchodzący od standardów Hollywood, a potem dowiadujemy się, że to ekranizacja komiksu /najczęściej francuskiego/.

Komiks jeszcze przez wiele lat będzie traktowany jak bękart kultury. Jak nieślubne dziecko książki z telewizją. Komiksy mają jednak przeszło 150 lat bogatej historii. Komunizm sprawił, że trzy kolejne pokolenia Polaków są przekonane, że komiks są to prymitywne historie obrazkowe dla dzieci i potrzeba kolejnych kilku pokoleń zanim zmyje się ten mit.

PS Tytuł tego wpisu nie został wybrany przypadkowo: od dłuższego czasu komiksiarze działają pod wspólną inicjatywą, która zwie się właśnie: "Komiks bękartem kultury".

11:12, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 sierpnia 2012
Kierowca, rowerzysta, pieszy...

Po mieście podróżuję wszelkimi możliwymi środkami od komunikacji miejskiej przez rower do samochodu. W zależności od czasu, kosztów i pogody wybieram co mi najbardziej odpowiada. Ta różnorodność sprawia, że w ruchu drogowym często staję po przeciwnych stronach tej samej sytuacji. Przykładowo jako kierowca irytuję się tym, że pieszy mi niespodziewanie wtargnie na jezdnię, a później jako pieszy zirytuję w ten sam sposób innego kierowcę.

Nie piszę tu o tym w ramach aby propagować złośliwość, ale wręcz odwrotnie: dzięki różnorodnemu wyboru środków transportu zyskuję większą świadomość zagrożeń na drodze i tego co mogę oczekiwać. Jako rowerzysta za kierownicą samochodu mam świadomość czego mogę oczekiwać po innych rowerzystach i co najważniejsze w jaki sposób oni postrzegają innych uczestników ruchu.

Często się słyszy o walce pomiędzy rowerzystami a kierowcami, pomiędzy pieszymi a rowerzystami, pomiędzy pieszymi i kierowcami. Jeśli jeszcze do tego dorzucimy rolkarzy zrobi się prawdziwy galimatias. Wszystko przez trzy typy ludzi: tych którzy nie znają przepisów i poruszają się wedle swoich własnych, tych którzy znają przepisy i zawsze oczekują tego samego od innych oraz tych którzy mają przepisy gdzieś i świadomie je łamią. Poruszanie się wymaga niestety aby prezentować sobą jednoczesną znajomość przepisów oraz elastyczność w ich stosowaniu popartą brakiem zaufania do innych uczestników ruchu.

Warto być świadomym, że:

1. Im bardziej odsłonięty (narażony na obrażenia) uczestnik ruchu tym więcej należy mu ustąpić pierwszeństwa. Tak więc pieszy jest ważniejszy niż rowerzysta, a rowerzysta niż samochód. Tu nie chodzi o to, kto ma pierwszeństwo, ale kto w sytuacji kryzysowej jest najbardziej narażony na obrażenia.

2. Większość ludzi nie zna przepisów, albo się do nich nie stosuje i nie należy tego oczekiwać od innych /zasada ograniczonego zaufania/. Tu genialnym przykładem są żeglarze gdzie od samego początku na kursach wbija się zasadę: traktuj każdego innego uczestnika ruchu jak idiotę i ustępuj mu miejsca.

3. Stan techniczny samochodów czy rowerów często pozostawia wiele do życzenia i bardzo często jest powodem niemożliwości uniknięcia groźnej sytuacji. /Przejdzie się kiedyś po parkingu samochodowym gdzie podłożem są betonowe kostki i popatrzcie ile na nich jest plam oleju. Albo zapytajcie znajomych rowerzystów czy posiadają w 100% sprawny dzwonek i tylni hamulec./

Czego jako pieszy oczekuję od innych uczestników ruchu:

- tego, że rowerzyści będą używać dzwonków. Jeśli jakiś jedzie za mną to niech dzwoni. Wolę to, niż niespodziewane wyprzedzanie, czy głos z za pleców: "przepraszam".

- tego, że kierowcy samochodów będą używać kierunkowskazów. Świadomość tego, że wiem gdzie zmierza dany samochód na skrzyżowaniach bardzo ułatwia przechodzenie przez ulicę.

- tego, że rowerzysta poruszający się po chodniku jedzie w sposób przewidywalny. /nie mam nic przeciwko rowerzyście na chodniku, ale niech nie robi slalomu, lecz jedzie spokojnie prosto - sam mu zejdę z drogi/

- tego, że rowerzysta potrafi czytać znaki i wie kiedy porusza się ścieżką rowerową, a kiedy ciągiem pieszo rowerowym (gdzie pieszy ma pierwszeństwo). Pisałem o tym tutaj.

Czego jako rowerzysta oczekuję od innych uczestników ruchu:

- tego, że pieszy nie idzie po ścieżce dla rowerów, a w szczególności babcia nie ciągnie swojego wózka z zakupami albo młoda blondynka nie prowadzi wózka z dzieckiem /bo podłoże jest wygodniejsze/

- tego, że samochód nie wyprzedzi mnie dla samego wyprzedzenia i po 50 metrach zacznie sygnalizować skręt w prawo zmuszając mnie do hamowania

- tego, że rolkarz którego wyprzedzam lub wymijam na ścieżce rowerowej zaprzestanie na tę chwilę machania nogami na boki i pozwoli w spokoju wykonać mi manewr /niestety z punktu widzenia uczestników ruchu - rolkarze zajmują bardzo dużą szerokość pasa ruchu/

Czego jako kierowca oczekują od innych uczestników ruchu:

- tego, że rowerzysta jeśli zatrzymuje się na skrzyżowaniu to postawi nogę na ziemi. Bardzo ciężko odróżnić kiedy rowerzysta stoi i czeka, aż przejedziemy, a kiedy zamierza wjechać na jezdnię. Ta noga na ziemi to jasny sygnał.

- tego, że pieszy przed wejściem na pasy spojrzy lewo / prawo / lewo.

 

Prawie każde z tych oczekiwań można posumować słowami: należy być przewidywalnym na drodze. Zaskakiwanie innych uczestników ruchu jest potężnym generatorem irytacji i wypadków.

10:44, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 czerwca 2012
Jak trollować obiektywizmem?

Wydaje się, że obiektywizm jest pozytywną cechą. Oczekujemy od naszych rozmówców okazywania zrozumienia dla naszych kwestii, cenimy jeśli potrafią przeanalizować wszystkie za i przeciw. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego obiektywizm może prezentować się w sposób negatywny. Jednak jako to Leszek Kołakowski w swoich wykładach przedstawiał: nadmiar czegoś może być równie zły, jak tego brak.

Spotkałem ostatnio internetowego trolla, który właśnie z obiektywizmu (i nie tylko) stworzył swoją broń w forumowych pojedynkach. Oto krótka charakterystyka osobnika:

- jeśli w jakimś temacie macie odmienne zdanie (do tego stopnia, iż chciałbyś mu wepchnąć klawiaturę do gardła) to przecież możecie w innym być sojusznikami /i nie ma powodu abyś trzymał urazę z powodu tamtej kwestii, gdyż nie jest to profesjonalne podejście/.

- twoje osobiste odczucia względem rozmówcy nie powinny mieć żadnego wpływu na rozmowę. Najważniejsze jest dyskutowanie i najlepiej jakby wszelkie wypowiedzi były anonimowe, aby czytający nie mogli sugerować się osobą piszącego. 

- niedopuszczalne jest aby ludzie trzymali urazy z jakiś zamierzchłych spraw i z tego powodu nie potrafili docenić aktualnych starań osobnika.

Te wszystkie punkty brzmią podobne. Wyobraźcie sobie, że macie taką osobę na forum czy liście dyskusyjnej. Do którego momentu zniesiecie jego rzekomy obiektywizm? /a może lepiej nazywać to wulkanizmem - (ze star treka) /

Czy, jeśli z jakiegoś powodu zdenerwujecie się na takiego rozmówcę, to w przypadku kolejnego tematu będziecie potrafili utrzymać jego poziom obiektywizmu? Wątpię.

Każdy jest człowiekiem, każdy ma swoje emocje i w takich sprawach jak internet i forumowe przepychanki ciężko być obiektywnym. Subiektywizm jest w naszej naturze. Tworzymy frakcje, sojusze, antypatie i na podstawie tych elementów opiera się nasze działanie na forach czy listach dyskusyjnych. Super-obiektywny element będzie uchodził za trolla lub w najlepszym wypadku niezrozumiałego dziwaka. 

Teraz weźmy sobie takiego obiektywnego trolla i dajmy mu levelupa. Dodajmy kolejne cechy:

- nie potrafi w żaden sposób zrozumieć, iż nadmierny obiektywizm jest zły (dla niego to inni są pozbawieni elementarnych umiejętności oddzielenia emocji od racjonalnej dyskusji).

- nie potrafi zrozumieć, że jest nielubiany nie za treść wypowiedzi, ale za fakt, iż są wypowiadane w nieodpowiednim momencie (dla niego zawsze jest czas na merytoryczne dyskusje)

- nie potrafi zrozumieć popularności innych osób, a nawet trolli, o ile nie bierze się ona z umiejętności ignorowania niemerytorycznych aspektów forum.

- nie rozumie, że nie można obrazić kogoś, a następnie prosić go o wyrażenie swojej opinii na inny temat.

Czy teraz już zauważacie jak skrzywioną postać tu próbuję zobrazować? Nie traktuje on obiektywizmu, jako zabawy i formy trollowania, ale jako autentyczny sposób funkcjonowania w internetowej społeczności. Zobrazowane elementy są typowe dla pewnej bardzo charakterystycznej grupy ludzi: geniuszy z autyzmem: nieprzystosowanych do życia jednostek, które wierzą w moc rozumu i nie potrafią przyswoić sobie elementarnych zachowań i uczuć ludzkich. Oczywiście mówiąc autyzm nie mam na myśli jego ekstremalnej formy objawiającej się brakiem jakiejkolwiek zdolności do komunikacji i życie w swoim wewnętrznym świecie. Autyzm, o którym tu piszę to niezrozumienie uczuć.

Mój forumowy troll niestety nie zalicza się do tej grupy. Geniuszem nie jest. Czasem coś mądrego napisze, ale nie jest to zbyt błyskotliwy poziom. Za to nieznajomość emocji przejawia nagminnie. Sprowadza go to więc do młodego człowieka z autystycznymi zaburzeniami, który za dużo siedzi przed komputerem i powinien czasem wyjść sobie na piwo. Ciekawe ilu jeszcze takich siedzi przed monitorami?

 

 

16:34, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 maja 2012
wypadek goni wypadek

W ostatnich miesiącach miało miejsce kilka groźnych wypadków z udziałem pociągów. Dziś rano czytam o kolejnym. Ich częstotliwość jest już tak duża, że człowiek patrząc na relacje w mediach sam już nie wie, o którym dziennikarze mówią.

Co jest przyczyną tego nagłego wzrostu? Powodów jest bardzo dużo. Na początek oczywiście można wymienić pieniądze i przestarzały sprzęt, ale to będzie tylko niewielki fragment dużo większego problemu.

Czy wiecie, że zlikwidowano wszystkie szkoły kształcące kolejarzy? Kiedyś były zawodówki czy technika przyuczające do zawodu. Maszynista odbywał wielomiesięczne praktyki a technicy szkolili się w szkołach przy zakładach remontowych. Dziś ludzi PKP nie znajduje w szkołach (których nie ma) ale w urzędach pracy. Przyuczenie maszynisty do zawodu trwa niecały tydzień. W wyniku redukcji etatów kontrolerzy ruchu na małych stacjach zajmują się sprzedawaniem biletów, a pod Warszawą na gigantycznym torowisku stoi kilkadziesiąt całkiem nowych pociągów którym skończył się przegląd techniczny.

Kolej upada, bo straciła zaplecze. Nie ma już fachowców i ludzi znających się na swoich obowiązkach. Są kolejarze z przypadku - ludzie z urzędów pracy. Czkawką /a raczej coraz większą liczbą wypadków/ odbijają się decyzje o zamknięciu szkół zawodowych. Minęło 10 lat i widać już skutki owej wymiany doświadczonego pokolenia na niewykształconych maturzystów.

Czy musi minąć kolejne 10 lat zanim na nowo wykształci się specjalistów? Zanim naszymi pociągami będą kierować maszyniści z doświadczeniem? Obawiam się, że jest za późno. Jedyna nadzieja w Deutsche Bahn i tym, że uda im się od przyszłego roku zaprowadzić tu porządek. /przy okazji rozgoni złodziei ze związków zawodowych/

Pytanie ile jeszcze zawodów zostało zniszczonych przez likwidację szkół zawodowych i techników? Kolej jako ogromna firma staje się pierwszą ofiarą takiej polityki. Czy za kilka lat to samo czeka nas w przypadku kopalni, stoczni, przemysłu ciężkiego, włókienniczego i dziesiątek innych?

Czy brak młodych cukierników, krawców, kucharzy, elektryków, monterów, spawaczy a nawet pielęgniarek sprawi, że ostaną nam się tylko nauczyciele, dziennikarze, politycy i przewodniczący związków zawodowych?

 

10:01, trucie-dupy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 maja 2012
faszyzm w edukacji

Czy Wam rodzice też mówili, że „za ich czasów” program w szkołach był obszerniejszy i od Was dziś wymaga się dużo mniej niż od nich? Czy zauważacie trend do obcinania ilości przekazywanej wiedzy i dewaluację uzyskanych dyplomów?

Pewnie tak. 

Dziś po dekadzie reformy szkolnictwa można zacząć podsumowywać jej efekty. Chciałbym to zrobić przed przedstawienie kilku sytuacji, z którymi się zetknąłem, a które wydają mi się typowe. W ciągu ostatnich pięciu lat wiele czasu spędziłem na prowadzeniu wykładów czy nauczaniu dzieci, gimnazjalistów, młodzieży i studentów. Mam więc chyba dość dobry przekrój jak wygląda współczesne „młode pokolenie”.

Sytuacja pierwsza: Zadałem licealistom wypracowanie do napisania. Mieli w nim wyrazić swoje zdanie na jeden z kilku tematów. Prace, które otrzymałem były różnej jakości. Jedne lepsze drugie gorsze, jedno co mnie uderzyło, to wiele z nich pomimo, że były napisane na komputerze, nie miały sprawdzonej ortografii. Zapytałem więc uczniów – jak to możliwe? Czy mają w wordzie wyłączony słownik? Czy też ignorują czerwone podkreślenia? Usłyszałem, że mają dysleksję. Zdziwiłem się, i ponowiłem pytanie – dlaczego pomimo, iż mają dysleksję i wiedzą, że raczej na pewno popełnili błędy – nie sprawdzają ortografii? Nie potrafili odpowiedzieć. Ktoś coś przebąknął, że to nie ma wpływu na ocenę.

Sytuacja druga: Mała dziewczynka z podstawówki. Pisze coś na komputerze – wiadomość do koleżanki. Bez problemu zapisuje zdania i odczytuje, co do niej koleżanka napisała. Po chwili rysując komiks w dymku ma zapisać dialog. Z ogromną trudnością zapisuje litery gryzmoląc niesamowicie i nie potrafiąc napisać ich w prostej linii. 

Sytuacja trzecia: Grupa studentów informatyki na zajęciach z bioinformatyki podchodzi i mówi, że nie są zainteresowani tematem i co mają zrobić aby zaliczyć przedmiot. Dla wielu może ta sytuacja brzmieć logicznie i całkiem sensownie /a pewnie niektórzy mogą podobne znać z własnego doświadczenia/. Jednak tak samo mówią licealiści o niektórych przedmiotach – to na pewno nie będzie mi potrzebne i nie chcę się tego uczyć /też pewnie znacie to z własnego życia/. Tak samo mówią też gimnazjaliści – a po co mi to, nie zamierzam zostać …. /wstaw zawód związany z jakimś przedmiotem/.

Pytanie gdzie się kończy ten selektywizm w nauczaniu? Do kiedy ma istnieć nauczanie ogólne, a kiedy ma zaczynać się specjalizacja? Na studiach? Przed maturą? Przed liceum? Czy wiedzy jest tak dużo więcej, że specjalizować należy coraz szybciej? Nie wydaje mi się. Dokonuje się specjalizacji nie po przez zabranie w jednym miejscu i dołożeniu w innym, ale tylko przez zabieranie. Klasy biologiczne nie oznaczają dodatkowego materiału z biologii, ale mniej z historii czy języków. Czy dzisiejsi licealiści są głupsi od tych sprzed 20 lat? Czy natłok informacji jest dla nich nie do ogarnięcia? No chyba musi tak być!

Problemy z rzekomo zbyt obszernym zakresem materiału biorą się między innymi z tego, że nikt nie uczy ich jak się uczyć, a co więcej wpaja się im, iż uczyć mają się za pomocą nieskutecznych metod.

Szkolnictwo nie potrzebuje skalpela, ale optymalizacji. Wiedza ma skłonność do przenikania się, elementy uczone na jednym przedmiocie wykorzystuje się na innym. Chemia i łacina przydaje się w biologii, geografia w historii, historia w języku polskim itd. Im bardziej jest coś powiązane tym łatwiej to zrozumieć. Przez wycinanie materiału uczniowie nie mają powiązań i postrzegają przedmiot przez pryzmat testów maturalnych (czy gimnazjalnych).

Sytuacja czwarta: Konkurs plastyczny i literacki na pewnym forum. Startują w nim osoby w różnym wieku od gimnazjum do studentów. Był zadany temat prac i ludzie nadsyłali swoje dzieła. Byłem zaszokowany ich słabym poziomem. Okazuje się, że ja, który nie umie rysować i pamiętając tylko to, co nauczyłem się przez 8 lat podstawówki i 4 liceum potrafiłem stworzyć jedną z najlepszych prac. Dziś plastyka w szkole nie obejmuje nawet takich podstaw jak perspektywa. Studenci na architekturze muszą sami się jej uczyć od podstaw. Pewnie w gimnazjum czy liceum wołali – a po co mi plastyka – nie będę malarzem. Albo na matematyce nie przykładali się do geometrii. Teraz na pierwszym roku studiów oblewają rysunki techniczne /a ja uczyłem się ich w podstawówce/ i nie potrafią stworzyć przestrzennych wizualizacji. 

Wycięto perspektywę, wycięto całki, wycięto łacinę, wycięto gramatykę, wycięto historię XX wieku, wycięto pierwszą pomoc, wycięto podstawy fizyki kwantowej. Wycięto tak dużo, że nie można człowieka z maturą nazwać osobą posiadające ogólne wykształcenie.  /Jego nauczono zaledwie zdać test maturalny/

Sytuacja ostatnia: Nie specyficzna ale ogólna. Kiedyś system specjalizacji rozpoczynał się po ukończeniu podstawówki – nie była to jednak specjalizacja przedmiotowa, ale umiejętnościowa. Dobrzy szli do liceum, średni do technikum, najgorsi do zawodówki. Każdy lądował w grupie z osobami o podobnych umiejętnościach i na podstawie swoich predyspozycji był przygotowywany do zawodu i zarabiania na swoje utrzymanie. Dziś każdy idzie do liceum. Technika i zawodówki prawie nie istnieją. W rezultacie w liceum są i ludzie mądrzy jak i przeciętni i tacy co niewiele się potrafią nauczyć. Od każdego wymaga się, że zda maturę i pójdzie na studia /bo w końcu musi zdobyć zawód/. Nie ma jednak tu teraz sytuacji sprzed lat, kiedy w liceum byli tylko zdolni. Teraz poziom uczniów jest niższy więc należy obniżyć program. Podobnie na studiach – kiedyś wyższe wykształcenie miało mniej niż 15% osób w wieku 30 lat. Dziś KAŻDY ma studia i każdy musi je skończyć. Na studia nie przyjmuje się już tych najzdolniejszych tych elitarnych i tych, który sobie poradzą – przyjmuje się wszystkich. Razem z geniuszami uczyć ma się mierny maturzysta, który poszedł do liceum a nie do zawodówki.

Studia też się więc staczają. Dziś tytuł magistra już niewiele znaczy.

Wszystkiemu winne jest podejście: równo i sprawiedliwie. Dzieci nie są równe, dzieci nie mają tych samych umiejętności i predyspozycji. Wrzucając do jednego worka zdolnych i słabych szkodzimy jednym i drugim – zdolnych gasimy, słabych utwierdzamy w przekonaniu, że są słabi. A potem musimy równać system edukacji w dół…

Bądźmy intelektualnymi faszystami – dziecko jest głupie niech idzie uczyć się zawodu i pracuje później na budowie /za całkiem dobre pieniądze/. Dziecko jest średnie niech idzie do technikum i nauczy się mechaniki i obsługi maszyn /i niech pracuje jako mechanik na budowie/. Dziecko jest zdolne niech idzie do liceum zda maturę i idzie na architekturę i niech pracuje jako inżynier na budowie.

Każde z tych dzieci skończy na budowie, każde zarobi przyzwoite pieniądze, ale każde przejdzie przez system edukacji, który ich do tego przygotuje. Bo dziś mamy tonę pseudo inżynierów, którzy nie wiedzą co to jest budowa.

20:13, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 lutego 2012
internauci - czyli jak manipuluje się piątą władzą

Jak głupia jest opinia publiczna? /bardzo/ Jak łatwo nią sterować? /bardzo łatwo/

Ostatnie protesty wokół ACTA pokazały wielu, jak silną grupą są młodzi ludzie i jak wielką władzę sprawuje się dzięki Internetowi. Do tej pory to media uchodziły za czwartą władzę, teraz dołączyła piąta - tłum internautów. Wystarczy go skierować w odpowiednią stronę, wskazać cel i inercja jego ruchu będzie niemożliwa do zatrzymania.

Sprawę z ACTA można uznać za samoczynny zapłon ze strony internautów - ruch który powstał i utrzymał się dzięki istnieniu dwóch czynników: wspólny i jasno określony wróg i względne bezpieczeństwo w przypadku reakcji ze strony wroga, gdyż tłum to masa i jednostka w tłumie jest bezpieczna ponieważ się nie liczy.

Teraz ktoś postanowił wykorzystać internautów do swoich celów. Ktoś postanowił sterować głupim tłumem i wykorzystując jego niewiedzę lekko zmienić kierunek jego inercji.

Rząd pracuje nad ustawą, która ma zobowiązać dostawców internetu do podawania realnych prędkości łącza zamiast maksymalnych. Dziś płacąc za 5Mb bardzo często nie osiągamy w ciągu dnia połowy tej prędkości, a maksymalną możemy co najwyżej obserwować o 4 w nocy. Rząd postanowił pomóc i skończyć z tymi oszukańczymi praktykami i zadbać o nasz interes.

Co więc wymyśliły firmy? Otóż prezentują internautom zagrożenia jakie niesie ta ustawa. Chcą pokazać użytkownikowi, że dla jego dobra lepiej aby zadowolił się zbajerowanymi prędkościami transferu i nic od nich (od firm) nie chciał, albo zmuszeni będą zacząć go obserwować i logować jego aktywność.

Firmy bronią się informując, iż ta ustawa sprawi, iż będą logować każdy adres na jaki wejdzie użytkownik, będą zapisywać nazwę i źródło każdego pliku i logować każde działanie. Dlaczego mają to niby robić? Ponieważ w przypadku reklamacji ze strony użytkownika dotyczącej prędkości przesyłu - muszą mieć logi aby ją rozpatrzyć.

Mówiąc inaczej firmy mówią użytkownikom - to jest zła ustawa, zmusza nas do zapisywania każdego waszego działania. Lepiej więc podobnie jak w przypadku ACTA się buntujcie i nie pozwólcie dla własnego dobra na jej uchwalenie.

To zwykłe granie na tłumie przez wybranie pojedynczej jednostki. Firmy wskazują na Ciebie i mówią - oto twoje pliki, oto twoje strony - czy aby na pewno nie ma tu nic niestosownego? A biedna jednostka się wstydzi - bo przecież każdy wchodzi na strony z erotyką, każdy coś ściąga z netu, każdy wykorzystuje internet w sposób który nie chciałby aby został upubliczniony.  /i firmy o tym bardzo dobrze wiedzą i wykorzystują ten strach i wstyd/

Tak więc w mediach pojawiła się informacja, że wszystko będzie logowane bo jest to konieczne dla działania ustawy. Teraz czeka się na reakcje internautów, jak wszystko dobrze pójdzie /z punktu widzenia firm/ będzie ona znów spontaniczna i znów rząd będzie musiał się ugiąć.

Mam nadzieję, że tej reakcji nie dojdzie, gdyż jest to zwykłe oszustwo ze strony dostawców. Po pierwsze ustawa nie nakazuje logowania działalności klientów - to firmy sobie wymyśliły, że muszą to wszystko zapisywać aby rozpatrywać ewentualne reklamacje. Po drugie takie logowanie to gigantyczna ilość pamięci i firmy nie będą dysponować technicznymi możliwościami do zapisywania takiej ilości danych, które będą mogły służyć za podstawę do reklamacji. Po trzecie i najważniejsze - możliwość logowania danych firmy mają od zawsze - część nawet robi to w niewielkim stopniu - poruszanie więc teraz tego tematu to tylko mydlenie oczu i zasłona dymna dla prawdziwego problemu który brzmi:

Ta ustawa sprawi, iż dostawcy internetu będą musieli w końcu przestać kłamać na temat prędkości i zadbać o swoich klientów!

Drodzy internauci - nie dajcie się więc oszukać - ta ustawa jest dla nas dobra!

08:29, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 stycznia 2012
Czytelność czcionki

Mieliście kiedyś problem z przepisaniem kodu aktywacyjnego gry, albo z prawidłowym rozpoznaniem pogiętych literek w okienku weryfikacji? Nie potrafiliście przykładowo odróżnić "0" od "O"? Myślę, że tak i to nie jeden raz.

Pewne czcionki są bardziej uciążliwe od innych, pewne litery czy cyfry bardziej przeszkadzają niż inne. Rekordzistami na pewno są wszelkie wariacje "1" "i" "l" /jedynka, i, el/ Rozpoznanie czy jest to wielka litera "i" czy małe "el" czasem jest możliwe tylko z kontekstu zdania czy słowa. Inne często występujące podobieństwa to: o, O, 0 /małe o, wielkie o, zero/, g, q /gie, qu/, G, 6 /wielkie gie, sześć/, V, U /wielkie v i wielkie u/ i jeszcze kilka innych by się znalazło jak powyginane r i n w kodach weryfikacyjnych...

Jak więc rozpoznać w hasłach czy innych irytujących momentach jaką literę widzimy? Niestety na ogół należy zgadywać a to tylko nas zirytuje lub też w przypadku takich portali jak banki, które liczą liczbę błędów spowoduje blokadę dostępu. Okazuje się jednak, że od dawna istnieje rozwiązanie tego problemu. Niestety w tym rzekomo innowacyjnym Internecie jeszcze się ono nie pojawiło. Rozwiązanie stosują teatry czy linie lotnicze. Polega ono na niestosowaniu dwóch podobnych liter. Pomija się więc rzędy I lub L. 

Dlaczego w tych wszystkich hasłach do gier czy weryfikatorach nie można zrezygnować z pewnych liter i cyfr? Pozom bezpieczeństwa prawie nie zmaleje jeśli zrezygnujemy z tych wszystkich elek i itek i nie będziemy zmuszać użytkownika do zastanawiania się czy widzi przed sobą O czy zero.

Więc drodzy producenci oprogramowania czy też zabezpieczeń antyspamowych - ograniczcie zbiór irytujących znaków w hasłach - a przyczynicie się do redukcji niezadowolenia swoich użytkowników.

Tutaj próbka różnych popularnych czcionek:

L l I i 1  L l I i 1  L l I i 1  L l I i 1  L l I i 1  L l I i 1

10:41, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
środa, 04 stycznia 2012
ciekawy przykład z teorii gier

Dziś pozostajemy w temacie gier online.

Mamy grę RPG i postacie wielu graczy walczące w lidze PvP (player vs player, każdy walczy z każdym). Klasa postaci to Mag lub Wojownik - wielkiego wyboru nie ma. Jeśli walczymy z magiem musimy zainwestować w obronę magiczną, jak z wojownikiem to w fizyczną. Turniej ma oczywiście nagrody, którymi są punkty premium (zwykle kupowanie w takich grach za prawdziwe pieniądze).

Rozpatrzmy teraz sobie taką 20 osobową ligę, gdzie połowa to wojownicy, a druga połowa to magowie. Logicznym jest aby nasza postać walcząca w lidze miała po równo obrony magicznej i obrony fizycznej /raz ustawionych statystyk nie można zmieniać o ile nie wyda się punktów premium/ i za pomocą uzbrojenia nastawiać się przeciwko wojownikom lub magom. Dzięki naszym umiejętnościom lub uzbrojeniu mamy szansę na wygranie turnieju.

Jest jednak sposób na pewniejszą wygraną. Otóż przed turniejem kupujemy punkty premium i najpierw za nie ustawiamy swoje statystyki przeciwko magom i rozgrywamy wszystkie pojedynki z magami mając dodatkową obronę magiczną. Potem przestawiamy się na obronę fizyczną i walczymy z wojownikami. Taktyka rewelacja. Wydamy powiedzmy 50 punktów premium (dwie zamiany za 25) i w turnieju zgarniemy 100. Jesteśmy więc 50 punktów do przodu.

Tak myśli wiele osób. Teoria gier pokazuje jednak, że nie jest to takie proste.

Jeśli my zdecydujemy się na zainwestowanie punktów premium w zmianę naszych parametrów - dlaczego nie mieliby się na to samo zdecydować inne osoby? Jeśli z tych 20 osób 10 zastosuje tę taktykę, to z pozostałą 10 wygrają bez problemów. Jednak pojedynki między nimi będą tak samo trudne, jak gdyby nie robili zmian parametrów /ich zmiany się wzajemnie niwelują/.

Jak więc wygląda turniej? 10 osób bez wydawanych punktów na pewno zajmie dalsze miejsca. Pozostała dziesiątka rozstrzygnie turniej miedzy sobą wydając na to sumarycznie 500PP (punktów premium). Będzie oczywiście zwycięzca który zdobędzie 100PP i wyjdzie na plus, będzie osoba z drugiego miejsca, która pewnie dostanie 50PP i wyjdzie na zero i nagroda za trzecie miejsce może w wysokości 25PP.

Jak więc wygląda taki turniej w podsumowaniu nagród? Jedna osoba wyszła na plus, 9 na minus i 11 na zero. Twórcy gry zarobili 500-175PP. Co ciekawe te osoby co wyszły na zero wedle teorii gier zyskały więcej niż ta dziewiątka na minusie.

Jak wyglądałby turniej gdyby nikt nie wydawał premium? Trzy osoby z nagrodami na plusie i 17 osób na zero. Czyli dużo lepiej niż w powyższym wypadku.

Wielu z taką analizą się nie zgodzi, argumentując iż wydając PP zwiększają swoje szanse na zwycięstwo. Jednak należy odróżnić miejsce zajęte w turnieju od wygranej nagrody. W przypadku wydających PP zyskują wyższe miejsce, ale ich średnia nagroda jest na minusie.

Kiedy więc opłaca się wydawać PP? Tylko wtedy kiedy suma nagród w turnieju przekracza liczbę PP, którą wydadzą gracze biorący w nim udział. Jeśli w naszym turnieju było 175PP nagród, to już 4 gracz je wydający sprawia, iż jest to nieopłacalne.

Prawdziwymi zwycięzcami są więc twórcy turnieju, którzy licząc na zaciekłość graczy zarobią na tym.

13:36, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2011
pilnowanie porządku w grze online

Trafiło mi się bycie Game Masterem jednych z gier online. Praca sprowadza się do dbania o przestrzeganie regulaminu gry. W praktyce jest to pilnowanie następujących zasad:

- nie przeklinać
- nie tworzyć multikont (kilka kont w grze prowadzonych przez tego samego gracza)
- nie oszukiwać w grze (np przez ustawianie pojedynków, aukcji etc.)

Oto co się dzieje, jeśli ktoś otrzyma karę za złamanie jakiegoś punktu regulaminu:

- 70% osób przyjmuje ją bez słowa /złamali regulamin i konsekwentnie ponoszą karę/
- 25% wysyła do GM (Game Mastera) wiadomości z bluzgami /czasem są one nawet niezwykle kreatywne/
- 5% zaczyna się tłumaczyć, naciągać i kombinować /tu jest najwięcej śmiechu/

Tutaj kilka autentyków z interakcji z graczami (zachowano oryginalna pisownię)

Kara za multikonto
gracz: to drugie konto należy do mojego brata - specjalnie tu założyłem konto aby on dostał bana, tylko dlaczego to ja go dostałem?

Kara za multikonto
gracz: /sterta bluzgów z dużą ilością 'hujów' zakończona sekwencją:/ nawet pedober by cię nie chciał
odpowiedź: Szanowny graczu. Pragnę poinformować, iż słowo chuj zgodnie z zasadami pisowni naszego języka pisze się przez "ch".

Kara za multikonto
gracz: No ale za takie coś ban to jest śmieszne
odpowiedź: Śmieszne? W jakim znaczeniu? Ja się nie śmiałem. Ty chyba też się nie śmiałeś... a może się śmiałeś... w takim razie cieszę się, że mogłem rozbawić.

Kara za multikonto
gracz: /sterta bluzgów zakończona frazą/ Proszę anuluj mi karę. Już będę przestrzegał regulaminu.

Kara za wyzywanie innego gracza
gracz: Ten gracz to mój kolega i raczej nie poczuł się urażony tymi słowami
odpowiedź: A jak myślisz kto zgłosił do mnie fakt obrażania?

Kara za multikonto (tutaj kombinator udający greka)
gracz: Że co ??? Ja go nawet nie znam niemówiąc o multi proszę o wyjaśnienie tego. i Sprawdzenie wszystkich połączeń jeszcze raz.
odpowiedź: To bardzo interesujące, gdyż dziś po 15 logował się do gry używając Twojego komputera. Jesteś pewien, że nie cierpisz na rozdwojenie jaźni? Gdyż inaczej tego nie można wytłumaczyć.

Kara za obrażanie innego gracza
gracz: uważasz że "debil" to niecenzuralne słowo? Nie miałem na myśli słowa -debil- w złego tego słowa znaczeniu.;) Gracz może to potwierdzić. Rozmawialiśmy w sposób -luźny- na czacie.
odpowiedź: Jeśli ludźno rozmawialiście do dlaczego złożył na Ciebie skargę?

Kara za multikonto
gracz: Ten drugi to kolega ktory ma ten sam internet :) Siec osiedlowa :) logowal sie u mnie ja u niego wiec wiesz
odpowiedź: Nieprawda, z logów bezpośrednio wynika iż to ty się logowałeś na to drugie konto.
gracz: no nie dziwne jak na moim kompie to bylo :D ale wez odpusc :P tamto konto i tak juz ma nowego wlasciciela koledze sie znudzilo :P
odpowiedź: Powtórzę jeszcze raz - z logów wynika bezpośrednio iż to TY się logowałeś i grałeś na obu kontach.
gracz: No ok . Nie bede klamal :) To moje konto ale wiesz ile osob ma takie klonyy ? :D Odpusc prosze tak sie milo rozmawia :P Widac ze rowny z Cb ziomek ale wiesz :D nudnie grac na jednym koncie

Kara za obrażanie innych
gracz: leci mi to.. ta gra schodzi na psy dzieki tobie ciota z ciebie a nie gm
odpowiedź: Jeśli masz problem z hydrauliką to niestety nie mogę Tobie pomóc.

Kara za spamowanie na chacie
gracz: Ej no Prosze Gm'a Ziomek się mnie pytał czy wiem co to spam.
odpowiedź: A ty zamiast podać słownikową definicję to wolałeś zademonstrować to w praktyce?

11:36, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 grudnia 2011
dwie prawice

Ostatnio wciąż słyszę jak to bardzo politykom PiSu nie podoba się polityka zagraniczna, jak bardzo nie podoba się im mijająca polska prezydencja w UE. Dla PiSu jeśli nie jest głośno - jeśli nie ma rewolucji to znaczy że jest źle. Ludzie muszą wychodzić na ulice, ludzie muszą walczyć z władzą - muszą się jej przeciwstawiać bo to jest ich święty obowiązek, bo władza zawsze realizuje politykę innych mocarstw.

Chyba im się epoka pomyliła.

Zwróćcie uwagę, że politycy skrajnej prawicy zawsze akcentują jako historyczny okres początku lat 80', natomiast politycy liberalnej prawicy końca lat 80'. To takie przeciwstawienie symbolów - jeden z nich to strajki i wychodzenie na ulicę, drugi to rozmowa przy wspólnym stole i szukanie kompromisów. 

Do dziś nie wiedziałem czym się tak naprawę różni ta cała prawica. Teraz jasno widzę, że owa różnica jest ogromna. Wieczna walka z władzą konta negocjacje z władzą. Kiedy więc będziecie rozmawiać z kimkolwiek o polityce zapytajcie go która data jest dla niego istotniejsza - 1981 czy 1989 - będziecie wiedzieć jakie przedstawia sobą poglądy polityczne.

A całemu PiSowi z "rocznika" 1981, który chce odwołania Sikorskiego za słowa o federacji Europejskiej proponuję zapoznać się ze słowami jednego profesora, którego tak trafnie dziś Sikorski cytował:

Mówię jako jeden z obywateli Polski, a więc dzisiaj obywateli UE. Wiem, że dzisiaj nasze stanowisko jest sprawdzianem solidarności. Jeśli Europa chce ten sprawdzian zdać i stworzyć nową jakość nie na dwa czy trzy pokolenia, tylko na wiele pokoleń; nową jakość, która być może też w przyszłości będzie jakością o charakterze federacji, niezmiernie potężnej w skali świata, to musi ten egzamin również zdać. Do tego bym zachęcał reprezentując kraj, który w tej chwili korzysta dzięki członkostwu w UE, ale który - jeśli to o czym mówię spełniłoby się w ciągu 8 czy 10 lat - będzie korzystał mniej. Zdaję sobie z tego sprawę i z góry się na to zgadzam.

/Prezydent Lech Kaczyński/

08:20, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 grudnia 2011
europejski kryzys w oczach goisty

Słynne zebranie państw UE, veto Camerona i ustalenia dotyczące wspólnej polityki fiskalnej - te hasła słyszymy od wczoraj w mediach. Pojawiły się też głosy, iż tak naprawdę nikt nic nie wie i dziś widać to jeszcze dokładniej.

Przeczytałem dziś kilka artykułów prasowych. Pojawiają się tam kwoty jakie Polska wpłaci do UE w związku z tym kryzysem. Rozbieżność jest 20-krotna, więc rzetelnością dziennikarską w tej kwestii możemy sobie d... podetrzeć. 

Przeczytałem wypowiedzi polityków opozycji. Pojawiają się w nich głównie dwa wątki. Pierwszy: "Nikt nie mówi jakie są konkretne ustalenia, niech Premier się z nimi podzieli, niech powie co zyskał" oraz drugi "Czy Premier zdaje sobie sprawę ile ten traktat będzie kosztować, te X pieniędzy możemy na coś innego przeznaczyć?" /To niech się zdecydują, czy jako opozycja wiedzą czy nie wiedzą jakie są ustalenia/.

Z tego medialnego burdelu jedno jest pewne - tak długo jak nie ma konkretów każdy będzie kłamał i przeinaczał - a konkretów NIE MA. Nie ma więc sensu słuchać kogokolwiek. Plotka jest potężną bronią. Opozycja będzie więc karmiła nas informacjami, iż teraz będziemy płacić pieniądze na emerytury dla Greków i Francuzów zamiast do naszego kochanego i wspaniałego ZUSu lub iż kwota którą zapłacimy będzie gigantyczna.

Ziew...

Proponuję na najbliższy tydzień nie słuchać mediów. Proponuję samemu przemyśleć sytuację Europy. Samemu przeanalizować który kurs powinien wybrać nasz kraj. Tak będzie najlepiej.

Jest taka gra planszowa - Go - najstarsza gra planszowa świata. Dziś w krajach azjatyckich niesamowicie popularna - jej zasady, filozofia gry są niesamowicie powiązane z azjatyckim sposobem prowadzenia biznesu - można powiedzieć, że przez 4 tysiące lat istnienia ta gra wytworzyła azjatycką mentalność.

Przeanalizujmy więc z punktu widzenia tej gry naszą sytuację sprzed szczytu.

Naszym przeciwnikiem jest kryzys - stwór, który nie posiada słabych grup, któremu nie możemy nic zabrać, który tylko i wyłącznie nas atakuje i wykorzystuje nasze słabości. Jako Europa posiadamy bardzo dużo różnych grup, posiadamy wpływy ale mało pewnego terytorium. W każdej chwili przeciwnik może nas gdzieś zaatakować i pytanie co stracimy.

Stoimy więc na defensywnej pozycji. Nie możemy atakować, ale musimy się bronić. Możemy oddać część naszych grup i wzmocnić pozostałe - ale jak oddamy za dużo w ostatecznym rozrachunku przegramy. Jedyną szansą na zwycięstwo jest przeżyć wszystkim lub prawie wszystkim na planszy.

Pojawia się pomysł aby nasze grupy połączyć - stworzyć z nich całość, której nie da się zbić. Jednak proces tego łączenia to poświęcenie wielu ruchów na tworzenie połączeń zamiast terytorium - a terytorium też jest istotne z punktu widzenia zwycięstwa. Jeśli więc zaczniemy ratować dosłownie każdy kamyczek i każdą grupę - przegramy.

Pierwsze co musimy zrobić to zastanowić się dokładnie - ile musimy uratować - co możemy poświęcić. Europa w imię jedności etc uznała, że każda grupa jest ważna. Owszem w niektórych kryzys zje po kilka kamieni, ale najważniejsze aby większa część przetrwała.

Był więc szczyt i oto co nastąpiło.

Większość krajów uznała, ze chce się połączyć, że warto wykonać te kilka dodatkowych ruchów, które zapewnią nam bezpieczeństwo grup, te kilka ruchów będzie kosztować nas utratę inicjatywy w niektórych obszarach i pewnie każda grupa coś niewielkiego straci, ale globalnie powstanie silna struktura. Anglia jednak postanowiła się nie dołączyć. Anglicy uznali, że mają dużą ilość punktów i szkoda im ich tracić, zamkną się więc w swoim rogu i utworzą osobną grupę czekającą na rozwój wypadków. Nie będą brali udziału w większości walk na planszy a będą tylko reagować na ruchy im bezpośrednio zagrażające. Problem w tym co jeśli kryzys znajdzie jakąś kombinację, która zabija grupę w rogu. Anglia stawia wszystko na kartę - nie ma takiej kombinacji.

Mamy więc teraz kryzys z inicjatywą - mamy państwa europejskie grające ruchy defensywne i oddające drobne punkty kryzysowi, mamy Anglię co próbuje sama przeżyć w rogu i wierzy, że jej się to uda.

Mam nadzieję, że tę partię uda się wygrać. Problem w tym, że Europa jest fatalnym graczem w Go. Gdyby była dobrym nie łączyła by wszystkich Państw - utworzyłaby kilka silnych grup i przeszła do kontrofensywy. Problemem jest że europejscy przywódcy nie wiedzą, którą grupę z którą połączyć ani jak atakować. Liczą na stworzenie jednej silnej grupy (Anglia liczy na siebie). Pytanie ile ruchów więcej zmarnują na swój plan.

10:19, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 grudnia 2011
mitologia stoczni

Stocznia Gdańska, Stocznia Gdyńska, Szczecińska - kto nie słyszał tych nazw. Stoczniowcy na równi z górnikami uchodzą za najbardziej walczących robotników /walczących o swoje prawa i przywileje/.

Gdańsk od dziesięcioleci żyje swoją stocznią. Tu wyrosła Solidarność, tu rozpoczął się upadek komunizmu. Wymieniać historyczno-politycznych aspektów można bez liku. Stocznia jest symbolem historycznym.

I dlatego nie powinno się jej na siłę utrzymywać.

Zdecydujcie się - czy chcecie mieć muzeum i mitologiczną część stoczni /ok to fajny pomysł/ czy zakład pracy, który zarabia pieniądze. W naszej Polskiej kulturze nie da się osiągnąć obu równocześnie.

O stocznie zawsze walczyli związkowcy. /o kopalnie zresztą też/ Zawsze zadziwiało mnie jak kolejni prezesi stoczni byli odwoływani /za niegospodarność itp/ a następnie zostawali przewodniczącymi związków zawodowych, którzy walczyli przeciwko nowym szefom i którzy mieli monopol na wiedzę jak należy stocznię uratować /jako prezesi jakoś wcześniej tego nie potrafili/.

Ostatnio rozmawiałem z ludźmi z innych regionów kraju, którzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że stocznia jest postrzegana jako symbol bez którego Gdańsk (trójmiasto) nie może funkcjonować.

TO NIE JEST PRAWDA. Już prędzej Lotos takim symbolem powinien być, bo płaci większe podatki.

Trójmiasto bez swych wielkich molochów - stoczni świetnie sobie poradzi. Gadanie o tych tysiącach ludzi co zostaną zwolnieni - o tych setkach małych zakładów co upadnie bo nie będzie miało kogo zaopatrywać to tylko zasłona dymna, którą rozsiewają związki zawodowe.

Bo prawdą jest iż od kilkunastu lat cała walka o uratowanie stoczni /którejkolwiek/ to tak naprawdę walka tłustych obiboków ze związków zawodowych /czytaj: zwolnionych za niegospodarność prezesów, dyrektorów etc./, którzy nie chcą stracić pensji i przywilejów.

Dobro stoczni czy robotników ich nie interesuje. Ważne aby moloch jeszcze trochę istniał i płacił im pensje.

Bez wielkich stoczni trójmiasto i co ważniejsze robotnicy /ale tylko ci co znają się na pracy/ świetnie sobie poradzą.

Po pierwsze w trójmieście funkcjonuje KILKADZIESIĄT stoczni. Małe i większe zakłady pracy, ale sumarycznie zatrudniają tysiące ludzi. Te stocznie produkują jachty, katamarany, barki, kutry, promy i większe statki. Owszem nie produkują wielkich molochów - ale ich produkcja jest nieopłacalna gdyż azjatyckie stocznie są niedoścignione pod względem cen. Te dziesiątki stoczni to dobrze prosperujące zakłady BEZ związków zawodowych.

Po drugie stocznia Gdańska dobrze sobie radzi bo odkryła, że nie warto budować statków ale lepiej farmy wiatrowe i platformy wiertnicze. Zamówienia są ogromne, przetargi na statki też stocznia wygrywa - więc byt ma zapewniony.

Po trzecie - tu nie chodzi o statki, ale o przemysł metalowy. Nie chodzi o budowanie wielkich okrętów, ale o spawaczy, obróbkę stali itp. Siła robotników stoczni może być /i jest/ wykorzystana gdzieś indziej - budowa dróg, mostów, elektrowni wiatrowych, stadionów etc. Jeśli tylko zaakceptujemy fakt, iż naszym celem nie jest budowa wielkich statków i utrzymywanie darmozjadów - okaże się, że przemysł i ludzie ma rację bytu.

Tylko, że to wymaga pracy, wymaga jakiś dodatkowych szkoleń - wymaga aby po 20 latach robienia tego samego zająć się czymś innym. Kto ma fach w rękach, kto potrafi rozejrzeć się poza mit stoczni - ten ma pracę.

Bezrobocie w Gdańsku jest na poziomie 3-6%. Większość z tego to ludzie, którzy nie chcą pracować. Robotnicy pracę zawsze znajdą. Problem jest z związkowcami - dla nich nie ma miejsce w nowym świecie - są zbyteczni - są elementem, który tylko przeszkadza. I właśnie dlatego tak bardzo walczą o zachowanie mitu stoczni.

Dobrze radzę politykom - zostawcie stocznie w spokoju - niech nierentowne upadają, niech te dobrze zarządzane się rozwijają.

A związkowcom wybudujcie to muzeum i dajcie im w nim pracę jako strażnicy i sprzątacze... bo do niczego lepszego się nie nadają.

środa, 30 listopada 2011
wylęgarnie polityków

Słyszeliście, iż na uczelniach funkcjonują samorządy studentów i doktorantów? /Pewnie tak/ Słyszeliście, że co roku odbywają się wybory do tych instytucji? /Pewnie tak/ A czy kiedyś zagłosowaliście w takich wyborach? /Pewnie nie/ A czy kiedyś samorząd w czymś wam pomógł? /Pewnie nie/.

Samorządy studentów/doktorantów na uczelniach to najbardziej zdegenerowane instytucje jakie tam funkcjonują. Przebijają nawet biurokrację dziekanatu czy marudzenie związków zawodowych. Stanowią wylęgarnię przyszłych polityków, kombinatorów i oszustów.

Skąd takie mocne słowa? Przypatrzmy się jak taki samorząd funkcjonuje:

1. wybory - powszechne, równe /i inne takie bzdury/. W praktyce informacja o możliwości zgłaszania kandydatów nie zostanie wywieszona lub pojawi się na małej kartce w gablocie na uboczu. W rezultacie zgłoszeni zostaną tylko i wyłącznie krewni i znajomi królika /czyli znajomi komisji wyborczej/. Co więcej dla upewnienia się, że wygrają informacja o wyborach też nie jest rozgłaszana. /im mniejsza frekwencja tym większe znaczenie głosów kółeczka wzajemnej adoracji/

Dla przykładu Politechnika Gdańska. Zgłaszać kandydatów można było do momentu rozpoczęcia wyborów - więc wybory urządzono przez jedną godzinę na innym wydziale nie informując o tym nikogo poza osobami, które miały wygrać.

Jeśli już więc swoich przepchnęliśmy do samorządu zastanówmy się co możemy robić:

2. pieniądze - są to naprawdę duże kwoty. Np samorząd doktorantów na PG otrzymuje 50tys zł rocznie. Sztuką jest tak nimi dysponować aby inni otrzymali ich jak najmniej. Zaczynamy więc od nieinformowania np kół naukowych iż mogą ubiegać się o dofinansowania, ukrywamy regulaminy komisji socjalnych, tworzymy trudną i biurokratyczną drogę uzyskiwania takiego stypendium i co najważniejsze wydajemy kasę na organizowanie np wyjazdów integracyjnych, których głównymi beneficjentami będziemy my sami. /nie ma to jak wydać kasę uczelni na libację w gronie znajomych/

Przy odrobinie rozumu samorząd może ponad połowę kasy przekazać samemu sobie.

3. wiedza - samorząd jest informowany o zmianach w regulaminach, o zmianach w prawie o wszelakich nowościach, które maja wpływ na życie studenta. Wiedza ta to również władza i pieniądze. Można przecież nie informować studentów o tym, że zmieniły się zasady przyznawania stypendiów socjalnych, można nie mówić jakie w przyszłym roku będą progi średniej do stypendiów naukowych... można przemilczeć fakt istnienia projektów z funduszy UE, które finansują badania.

Samorządy kontrolują więc wybory, pieniądze, wiedzę... mają ogromną władzę. Co z nią robią? Bawią się w kółeczko wzajemnej adoracji, ćwiczą i szkolą się w maksymalnym wykorzystaniu władzy i pieniędzy.

Instytucja, która ma reprezentować studentów czy doktorantów stara się maksymalnie od nich odciąć i reprezentuje sama siebie. A ponieważ studenci to ciemna masa - nie potrafią zadbać o swoje interesy i nie potrafią nic zmienić.

Nie przypomina Wam ten opis czegoś? Przykładowo sejmu i polityków w nim, którzy jak już dorwą się do koryta to żadna siła ich nie wyciągnie. Ci politycy się gdzieś szkolili... gdzieś kariery rozpoczynali... a nie ma lepszej szkoły niż samorządy na uczelniach.

Jeśli ktoś z Was myśli, że kolejne pokolenie polityków będzie lepsze, że będzie miało ideały, że jako osoby przesiąknięte życiem w demokratycznym państwie staną się lepszą elitą...

... niech taka osoba przestanie się łudzić. Będą to gorsze szumowiny niż mamy teraz...

wtorek, 22 listopada 2011
niedopłaty i podwyżki

Zbliża się koniec roku... od stycznia czeka nas seria kolejnych podwyżek. Przy tej okazji warto przyjrzeć się jak firmy zaopatrujące nasze mieszkania w wodę czy prąd nas oszukują.

Mechanizm jest bardzo prosty i nawet nie ma co się nad nim zbytnio rozpisywać. Otóż na ogół płacimy co miesiąc (kwartał itp.) jakąś zaliczkę na poczet zużycia np prądu. Zaliczka jest tam jakoś obliczana na podstawie naszego dotychczasowego zużycia prądu - ale najczęściej na koniec roku musimy jeszcze coś dopłacić. Rozliczenie otrzymujemy w styczniu i za to co zużyliśmy, a nie zapłaciliśmy musimy rozliczyć się wedle nowych stawek.

Nie byłoby niczym trudnym rozliczyć zużycie przed podwyżką, ale z oczywistych względów nikt się ku temu nie kwapi. Pozostaje nam nie dawać się okradać i przykładowo w grudniu w ramach zaliczek zapłacić większą kwotę - aby nie mogli żadnej niedopłaty wykazać. Większość tych firm stosuje indywidualne rachunki i pieniądze nam nie zginą, a przy okazji trochę zaoszczędzimy.

piątek, 11 listopada 2011
Służba Zdrowia

Pewnie słyszeliście o problemach ze służbą zdrowia? O tym, że brakuje pieniędzy, że są limity, że kolejki do specjalistów mają po kilkanaście miesięcy?

Oto autentyczny przypadek opowiedziany mi przez znajomego...

Chorował on niezwykle rzadko, do lekarza chodził raz na rok, dwa w ramach badań okresowych zlecanych przez zakład pracy. Nigdy nie miał żadnych problemów zdrowotnych - słowem szczęściarz, którzy przez ostatnie 10 lat praktycznie nie miał styczności ze służbą zdrowia. 

Ostatnio jednak pojawiło się u niego kilka objawów sugerujących, iż może być chory na coś poważnego. /nie będę tu ich przytaczał i w opowieści będę używał ogólników/ Poszedł więc do lokalnej przychodni aby się zapisać do niej /wcześniej nawet tego nie zrobił/ i umówić na wizytę u lekarza. Formalności trwały 5 min, termin wizyty jeszcze tego samego dnia - szybka i sprawna obsługa.

Lekarz dał mu odpowiednie skierowania na kilka badań, które można było w przychodni wykonać. W recepcji dowiedział się, że kolejek prawie nie ma i na większość z nich może przyjść jeszcze w tym samym tygodniu - tylko na jedno musi 3 tygodnie poczekać. W tym punkcie opowieści znajomy był pod wrażeniem jakości i sprawności obsługi. Zastanawiał się gdzie te legendarne problemy ze służbą zdrowia.

Niestety wyniki badań potwierdziły, iż bardzo możliwe, że cierpi na poważną chorobę. Konieczna była konsultacja z lekarzem specjalistą. Nie był on dostępny w przychodni, więc znajomy otrzymał skierowanie i sugestię aby pójść z nim do jednego z dwóch szpitali gdyż tam kolejki są najmniejsze.

W szpitalach okazało się, że owe krótkie kolejki mają po 9 miesięcy. Bardzo mu zależało na szybkiej diagnostyce, więc zapytał, czy może zapłacić za wizytę u lekarza i zostać prywatnie przyjęty - okazało się, że szpitale nie uwzględniają takiej możliwości. Zaczął więc szukać prywatnych poradni i zarejestrował się w jednej z nich - tam kolejka miała miesiąc.

Musiał więc czekać te kilka tygodni...

Niestety zaczęły pojawiać się u niego nowe objawy - poszedł z nimi do lekarza w przychodni i usłyszał, że bardzo możliwe że jest chory na dwie niezależne choroby i trzeba zacząć również diagnozować i leczyć tę drugą. Otrzymał więc skierowanie do kolejnego szpitala gdzie wykonywano specjalistyczne testy. Na skierowaniu był dopisek lekarza - "pilne!". Znajomy otrzymał też antybiotyki, które miały przeciwdziałać chorobie /miał je brać nawet bez rozpoznania choroby/.

W owym specjalistycznym szpitalu nie przejęli się dopiskiem "pilne" i powiedzieli, że kolejka jest 3 miesięczna. Znajomy po raz kolejny zapytał czy może zapłacić za owe badanie - i znów usłyszał, że nie ma takiej możliwości i przyjąć go mogą co najwyżej do szpitala jeśli jego stan się pogorszy i będzie stanowił zagrożenie dla jego życia.

Wrócił więc do swego lekarza i usłyszał, że nie mają wyboru i czekając na diagnostykę pierwszej choroby drugą będą leczyć w ciemno - mając nadzieję, że to ona, a nie nic jeszcze poważniejszego.

Znajomy jest więc już 3 miesiąc w trakcie diagnostyki. Kolejne badania nie dają jednoznacznych odpowiedzi na które choroby cierpi. Pojawiają się u niego kolejne objawy ale kolejki są nieubłagane.

Pod koniec roku kalendarzowego nie ma szans na spotkanie z jakimkolwiek specjalistą, nie ma szans na wykonanie jakiegokolwiek poważnego badania. Jedyne co można robić to odwiedzać lekarza pierwszego kontaktu i wspólnie z nim wróżyć z fusów.

Podsumowując - nie chorujcie na nic trudnego do zdiagnozowania bo doktora House'a z dostępem do wypasionego sprzętu diagnostycznego u nas w Polsce - NIE MA.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6