O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
czwartek, 10 listopada 2011
Przypadek, prawdopodobieństwo, statystyka

...czyli o tym, że wygranie w lotto to nie cud, lecz codzienność.

Kilka miesięcy temu na forum jednej z gier online zamieściłem dla użytkowników /głównie dzieci i studentów/ tekst mający na celu ukazać im dlaczego przypadki, które zgłaszają jako błędy i niesprawiedliwości - są jak najbardziej zgodne z mechaniką gry.

Okazał się to być najchętniej cytowany tekst na forum. Co chwilę zamiast męczyć się w mozolne tłumaczenie komuś, iż pech nie podlega reklamacji dają linka do tego tekstu. Zamieszczam go więc tu w lekko zmienionej formie... może komuś się jeszcze przyda.

 

Grasz w grę planszową. Rzucasz dwiema kośćmi. Możesz wyrzucić od 2 do 12 oczek. Grasz dużo i zauważasz pewne nieprawidłowości. Ot partia gry, w której czwórka wypadała niezwykle często, pozwoliło to Tobie wygrać. Na dwadzieścia rzutów aż sześć wynosiło 4. Inni gracze zaproponowali zmianę kostek. Rozpoczął się kolejny pojedynek. Tym razem liczby wypadały raczej zgodnie. Nikt nie miał zastrzeżeń. Jednak pod koniec gry w ostatnich dwóch rzutach padła dwunastka co drastycznie zmieniło sytuację na planszy i wyłoniło zwycięzcę. No cóż miał szczęście, pomyślny los zesłał mu odpowiednie rzuty.

Losowość zależy od naszej percepcji. W pierwszym przypadku uznaliśmy, że kostka oszukuje w drugim uznaliśmy to za szczęście przeciwnika. Paradoks polega na tym, że pierwsze wydarzenie jest kilkukrotnie bardziej prawdopodobne niż drugie. Nam się jednak wydaje bardziej „niesprawiedliwe”.

Wiele podobnych niesprawiedliwości pojawia się w tematach na forum. Dlatego też chciałbym na prostych przykładach wytłumaczyć kilka pojęć na poziomie (miejmy nadzieję) gimnazjalisty.

Nastąpiło jakieś wydarzenie w grze komputerowej. Ktoś nie trafił czarem statusowym, ktoś miał cios krytyczny, ktoś trafił na niezwykle rzadki przedmiot. Pojedyncze wydarzenie wyrwane z kontekstu. Nie macie z nim żadnych pozytywnych ani negatywnych emocji: nie oceniacie go, ot zwykły fakt. Teraz jednak umieśćmy je w jakimś kontekście:

„przez 10 walk nie trafiłem ani razu zatruciem”

„miałem 3 krytyki pod rząd”

„dziś pięciokrotnie trafiłem na ten rzadki przedmiot”

Teraz już pojawiają się emocje. Jedno wydarzenie wybrane spośród wszystkich możliwych wydarzeń jest ok. Już jakieś zestawienie budzi emocje. Dlaczego tak jest? Bo mamy doświadczenia z takimi sytuacjami i intuicyjnie potrafimy je ocenić i coś się nie zgadza z naszymi doświadczeniami.

Kiedy ktoś nam mówi że szansa na wyrzucenie na kostce szóstki wynosi 1/6 jest ok. Kiedy ktoś nam powie, że statystycznie szóstka wypada raz na sześć razy nadal jest ok. Tylko to nie są dwie te same rzeczy. Rzucamy monetą (moneta jest idealna), sześć razy wypadła reszka. Z jednej strony statystyka nam podpowiada, że coś jest nie tak z monetą, że pewnie teraz też będzie reszka. Z drugiej statystyka mówi: ta passa reszek musi się skończyć, teraz raczej wypadnie orzeł. Z trzeciej prawdopodobieństwo mówi szansa na orzełka wynosi 50%.

Statystyka jest złudna, ale życiowa. Prawdopodobieństwo jest szczere aż do bólu.

Prawdopodobieństwo to jedno konkretne wydarzenie, wyrwane z kontekstu. Statystyka to zbiór takich wydarzeń. Bardziej zaawansowanie mówi się o rozkładzie prawdopodobieństwa i jego pokryciu w statystyce. Rzucam setki razy kostką. Statystyka mówi, że wszystkie liczby powinny padać mniej więcej tyle samo razy. Jednak prawdopodobieństwo, że wszystkie są wylosowane dokładnie tyle samo razy jest niskie. Bardzo niskie. Statystyka mówi, że tak mniej więcej będzie, prawdopodobieństwo mówi, że idealnie tak to raczej nie będzie.

Ktoś w walce wszystkie ciosy zadał jako krytyczne. Prawdopodobieństwo mówi, że miał szczęście. Statystyka mówi, że raczej nie za szybko się ono powtórzy. Prawdopodobieństwo zripostuje, że jednak jest możliwe, iż powtórzy się to w najbliższym czasie. Należy zapamiętać, iż jeśli mamy 16% szans na krytyka, to w walce statystycznie nie będzie 16% krytyków. Za to we wszystkich walkach (duża ilość) ta liczba będzie bardzo zbliżona do 16%

Jeśli rzucam kostką 12 razy to mam prawa oczekiwać dwóch szóstek, ale nie powinienem się dziwić jak nie wypadnie żadna lub będzie ich więcej. Mam jednak prawo oczekiwać, że w 100 rzutach liczba szóstek będzie bliska 16, ale nie powinienem się spodziewać, że będzie dokładnie 16.

Im mniej danych tym statystyka bardziej zawodzi. Nie na darmo mówi się o błędzie statystycznym. Jego wartość zależy od rozkładu i ilości danych, ale zasada jest prosta: im mniej danych tym większy błąd. Błąd nie dotyczy jednak tego, że na raz zdarzy się coś nieoczekiwanego, ale tego, iż jeśli zdarzy się coś nieoczekiwanego to był problem złych oczekiwań a nie tego konkretnego wydarzenia.

Zapamiętajcie więc, jeśli zaistnieje jakiś wyjątkowy pech (pojedyncze wydarzenie) w twojej wędrówce w świecie my-fantasy to znaczy, że narzekania na nic się nie zdadzą. Jeśli jedna Twoja walka odbiega od normy (statystyki) to nie powinieneś zadawać sobie pytania dlaczego odbiega, lecz na ile walk odbiega. Jeśli na statystycznie liczba walk na które odbiega ten pech jest niewielka to nadal nie jest powód do podejrzeń: najpierw należy sprawdzić jaki jest błąd statystyczny. Jeśli ten błąd jest mniejszy niż nasza proporcja: wtedy warto odezwać się do admina.

Teraz na zakończenie poziom maturalny:

Istnieje coś takiego jak rozkład Gaussa http://pl.wikipedia.org/wiki/Rozk%C5%82ad_normalny

W nim znajdziecie coś zwanego dystrybuantą. Mówi ona jakie jest prawdopodobieństwo zajścia jakiejś nieoczekiwanej sytuacji. Możecie więc łatwo policzyć jak wiele szczęścia lub pecha mieliście.

17:31, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
oczekiwanie

Znacie problem szeregowania zadań?

Polega on na tym aby tak ułożyć kolejność wykonywania zadań jakiegoś działania, aby skończyć je jak najszybciej /są jeszcze inne rzeczy optymalizowane, ale detale nie będę się zagłębiał/. Dla przykładu rozważmy gotowanie obiadu - robimy spaghetti. Oto co musimy wykonać:

- zagotować wodę na makaron, następnie ugotować makaron

- podsmażyć mięso, dodać sos, przyprawić

- przełożyć makaron i gotowe mięso na talerz

- zetrzeć ser i udekorować danie

Dodatkowo chcemy podczas tej pracy posprzątać kuchnię, pozmywać naczynia etc...

Sztuką jest to tak zaplanować aby zrobić to szybko i jednocześnie nie być zmuszonym do wykonywania wielu czynności jednocześni:

wstawię wodę do zagotowania, wrzucę mięso na patelnię, przyogotuję rzeczy do zmywania (porządek na suszarce, poznosić talerze etc), przypilnuję mięsa, zacznę zmywać w tym czasie zrobię sobie krótkie przerwy na wrzucenie makaronu czy zamieszanie mięsa, dodam sos, przygotuję tarty ser i talerze, postaram się aby mięso i makaron skończyły się przygotować mniej więcej w tym samym czasie, wyłączę gaz odcedzę makaron, wyłożę na talerze, dodam mięso i ser. Gotowe.

Brzmi banalnie. Danie jednak jest proste. Sztuką jednak jest przy bardziej skomplikowanych odszukać najbardziej krytyczne momenty (te które musimy wykonać dość szybko). W przypadku tego dania takim momentem jest wstawienie wody do zagotowania. Jeśli zrobimy to zbyt późno makaron będzie musiał nadal się gotować nawet jeśli mięso już się zakończyło.

Takie szeregowanie zadań stosujemy w codziennym życiu. Optymalizujemy działania i staramy się nie robić przestojów i synchronizować zakończenie kilku prac aby cieszyć się efektem końcowym.

W firmach też optymalizują. Mówi się, że pracownik musi być wydajny - czyli wykonać jak najwięcej pracy w określonym czasie. Czasem jednak szybkości działań nie da się zwiększyć. Czasem brakuje jakiegoś surowca i produkcja stoi, czasem ktoś zalega z przelewem i nie możemy mu nic więcej wysłać, czasem ktoś nie podjął ważnej decyzji.

Oczekiwanie to najczęściej wykonywana przez nas praca. Czekamy na decyzje, czekamy na odpowiedzi, czekamy na instrukcje... czekamy...

W dużych firmach z hierarchiczną strukturą oczekiwanie pojawia się jeszcze częściej. Dział reklamy tworzy koncepcję - ta musi być zatwierdzona przez dyrektora, koncepcja jest realizowana, grafik wykonuje pracę, potem dyrektor znów ją zatwierdza, księgowa musi dokonać wpłat, ale przed tym należy przygotować umowę, którą dyrektor też musi pospisać. /a teraz wyobraźcie sobie sytuację, iż dyrektor wyjechał na urlop/

Zależność naszych działań od decyzji innych jest wąskim gardłem każdego zadania. Firmy nie powinny skupiać się na zwiększaniu wydajności pracowników /a przynajmniej nie tak bardzo/ a raczej na skracaniu drogi decyzyjnej i etapów oczekiwania.

Kupiłem mieszkanie... załatwiałem kredyt... etapów oczekiwania było tu bardzo dużo:

- idę do doradcy i mówię, co potrzebuje - potem czekam tydzień na przygotowanie oferty;

- idę do zakładu pracy i proszę o zaświadczenie o zarobkach - muszę czekać do kolejnego dnia na jego przygotowanie;

- dostarczam dokumenty i czekam tydzień aż bank przygotuje całą umowę;

- idę podpisać umowę;

- deweloper otrzymuje po kilku dniach pieniędze, a ja mieszkanie;

- teraz czekam aż deweloper podpisze ze mną umowę notarialną;

- teraz idę do sądu założyć hipotekę pod kredyt;

- czekam dwa tygodnie na decyzję sądu, potem 30 dni na uprawomocnienie się decyzji;

- zanoszę papierki do banku, czekam w kolejce;

- załatwianie kredytu zakończone

95% czasu stanowiło oczekiwanie...

 

Z przykrością muszę stwierdzić, że struktury hierarchiczne są konieczne, ale nie są wydajne pod względem oczekiwania. Im powazniejsza decyzja tym przez więcej szczebli powinna przejść i zostać zatwierdzona. Każdy szczebel wprowadza zwłokę we wprowadzaniu decyzji w życie. Popatrzcie na przetargi na budowę autostrad. Dłużej trwa przetarg i ustalanie wykonawcy od samego wykonywania prac. /a niech jeszcze nastąpi rozwiązanie kontraktu i zmiana wykonawcy (tudzież nowy przetarg)/

W moim codziennym życiu też większość mojej pracy to oczekiwanie na innych. Oczekiwanie na akceptację projektu, budżetu, uwagi, płatności... Szczęśliwie zajmuję się wieloma projektami jednocześnie i czekając na decyzję w jednym mogę robić coś innego. Nie oznacza to jednak, że taki stan rzeczy jest słuszny i akceptowalny.

To zupełnie jak gotowanie obiadu, gdzie po włączeniu wody uświadamiasz sobie, że musisz iść do sklepu po mięso, a po skończeniu gotowania całego dania zauważasz, że wszystkie talerze są w zmywarce, której program kończy się za godzinę, a co gorsza żona własnie zadzwoniła, że spóźni się dwie godziny... jaki był więc sens gotowania obiadu tak szybko? Po co było tyle czekać?

piątek, 01 lipca 2011
brak supportu gry Wiedźmin 1

Rodzimą produkcję należy wspierać. Kupiłem Wiedźmina 2 - tak samo, jak kiedyś kupiłem Wiedźmina 1. Obie gry bardzo mi się podobały i uważałem, że były to dobrze wydane pieniądze... aż do dzisiaj...

Pragnąłem pograć jeszcze raz w pierwszą część gry /głównie dlatego, że znudziło mi się czekanie na patcha z lepszym balansem poziomu trudności do drugiej części/. Zainstalowałem grę z płytki, odpaliłem i przypomniałem sobie, że warto by zainstalować najnowsze patche - w końcu sporo tam rzeczy było poprawionych i dodanych. Uruchomiłem więc patcha - a tu komunikat: "zarejestruj grę zanim zainstalujesz patcha".

Postanowiłem więc dopełnić tej formalności. Otwieram startowe menu gry, klikam "zarejestruj grę" i tu mój pierwszy problem - nie pamiętam hasła. Użyłem więc opcji - przypomnij hasło na maila. Niestety pomimo potwierdzenia, że mail jest prawidłowy - żadnego przypomnienia nie otrzymałem.

Szczęśliwie bez przypominajki metodą prób i błędów zgadłem hasło i przeszedłem do kolejnego punktu: podania klucza. Wprowadziłem klucz, uzyskałem potwierdzenie, że gra została zarejestrowana. Odpaliłem więc patcha i jakie było moje zdziwienie, gdy znów zobaczyłem komunikat, iż muszę zarejestrować grę. 

Odpalam jeszcze raz program startu gry i znów widzę opcje "zarejestruj grę" - zupełnie jakby moje wcześniejsze działania nie miały miejsca. 

Zirytowałem się... na początku myślałem, że popełniłem gdzieś jakiś błąd początkującego (pomyliłem wielkie litery z małymi, firewall coś zablokował etc...) ale okazuje się, że nie... wszystko było ok.

Postanowiłem więc zasięgnąć pomocy suportu gry. Odpalam przeglądarkę i ich stronkę /odnośniki na ich stronę z programu startu gry dawały 404/ i szukam maila do kontaktu. Pierwszy problem - nigdzie nie ma opcji kontakt do suportu. Poszukałem więc wszystkich maili na stronie i znalazłem dwa: jeden do specjalisty od PR drugi do: "Marcin M. - community manager" /za cholerę nie wiem co to stanowisko oznacza/. Nie przejąłem się tym, że mogę pisać do niewłaściwej osoby, napisałem maila z moim problemem. I tu zaczęła się cała zabawa... /maile podane w formie streszczeń/

Mail do supportu Wiedźmina: /opis działania problemu/

Wiedźmin support: Proszę zainstalować patche 1.4 i 1.5 z naszej strony.

Moja odpowiedź: Ale do ich instalacji potrzebuję działającej rejestracji

Wiedźmin support: W tej chwili rejestracja pierwszej części gry jest wyłączona. W związku z wyłączeniem owego systemu wsparcie dla tych problemów nie jest świadczone.
Informacja o ponownym uruchomieniu rejestracji zostanie podana na stronie
internetowej. Jeżeli wtedy trudności będą występować nadal, prosimy o
kontakt i postaramy się pomóc. /To nie było streszczenie ale cały mail, który nieźle mi zwiększył ciśnienie/ /swoją drogą już wiedziałem dlaczego przypomnienie hasła nie działało/

Moja odpowiedź: Czyli sprzedawaliście i sprzedajecie /formalnie tylko prdukują/ produkt, którego teraz nie można używać - to jest już oszustwo. Pospamuję na forach - to zobaczycie ile jest warta opinia niezadowolonego klienta.

Wiedźmin support: /całkowita zmiana tonu wypowiedzi/ Bardzo przepraszamy, czy może Pan jeszcze raz opisać problem. /wyrazili zainteresowanie po 3 mailu - całkiem nieźle :)/

Moja odpowiedź: /łopatologiczne powtórzenie problemu/

Wiedźmin support: To proszę ściągnać patcha z tej strony /i podany link/ ma on 2GB i proszę o informację czy on pomoże...

/biorąc pod uwagę, że mają ustanowiony limit 128KB/s ściąganie tego pliku trwało kilka godzin./

Te 2GB okazało się innym plikiem niż ten dostępny na ich oficialnej stronie. Plikiem, który już nie sprawdzał rejestracji. Mogę więc grać w Wiedźmina. Tylko dlaczego tyle to trwało :/

 

Powiedzcie mi teraz jedno. Co za producenty gry tworzy grę i przestaje oferować tak podstawowe działania jak jej rejestracja? /CD Projekt RED/ Co za wydawca nie przejmuje się supportowaniem starszej wersji gry po wypuszczeniu nowej? /Twórcy Wiedźmina/ Co za wydawca sprawia, że jedyną wersją Wiedźmina 1, którą można uruchomić jest tylko ta ściągnięta z torrentów z crackiem? /odpowiedź wszyscy znacie/

Wydają miliony na promocję, a zapomnieli o tak podstawowym fakcie jak dbanie o klienta. Zapowiadam wszem i wobec - jak Wiedźmin 3 wyjdzie - to go NIE KUPIĘ. /choćby nie wiem jak fajny był/ 

15:27, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 czerwca 2011
okazję należy umieć zauważyć

Słyszeliście o problemie szkolnictwa w Polsce? O tym, że instytucje są niedofinansowane, że pieniędzy nie starcza na bieżące potrzeby o nieodpowiednim wyposażeniu klas? /Ja bardzo często słyszałem/.

Przez ostatni tydzień diametralnie zmieniłem swój światopogląd na ten temat. Szkołom nie brakuje pieniędzy, szkołom brakuje osób które potrafią zarządzać. Dyrektorem administracyjnym szkoły nie powinien być księgowy rozliczający przychody i rozchody, ale specjalista potrafiący pozyskiwać dodatkowe środki. Księgowy gwarantuje tylko i wyłącznie rozliczanie zagwarantowanych środków, księgowy nie zdobywa nowych.

Drugim problemem szkoł to kadencyjność władz (szczególnie szkół wyższych). Władze /zupełnie jak rządy/ nie przejmują się tym co będzie po wyborach. Pracują przez swoją czteroletnią kadencję i nie dopuszczają aby jego następca miał jakieś zyski z ich pracy. Nie ma perspektywistycznego myślenia. Jest tylko tu i teraz.

Odwiedziłem ostatnio kilkanaście szkół w trójmieście (gimnazja, licea, szkoły wyższe). Wszędzie przychodziłem z propozycją wynajęcia całej szkoły na dwa tygodnie w wakacje. Gwarantowałem stosowne umowy, ubezpieczenie mienia i co najważniejsze niemałe pieniądze dla szkoły. W zamian chciałem zorganizować dużą międzynarodową konferencję na terenie szkoły.

Reakcje osób z którymi rozmawiałem były bardzo różnorodne i ukazują niezwykły przekrój tego, jak niewłaściwa osoba na niewłaściwym stanowisku może przyczyniać się do upadku instytucji.

Oto lista rodzajów rozmów jakie przeprowadziłem:

1. "nie planujemy tyle do przodu"

- "powiada Pan że chce Pan wynająć szkołę za dwa lata? Niestety nie wiemy co będziemy robić za dwa lata i nie będziemy ryzykować wiązaniem się umowami" /to może zacząć czas przewidywać trochę do przodu/

- "dwa lata to kupa czasu, dyrekcja może się zmienić i co Pan wtedy zrobi jak nie będzie zainteresowana współpracą" /dlaczego nowa dyrekcja ma nie chcieć zarobić?/

- "mój urząd jest kadencyjny, nie będę podejmował decyzji tyle do przodu. Ktoś może mnie zastąpić i nieprzychylnie patrzeć, że podpisywałem umowy nie mając pewności, iż będę w czasie ich realizacji piastował to stanowisko" /tia... raczej nie ma ochoty swoimi decyzjami dać następcy zarobić kilka punktów/

- "my nawet nie wiemy, czy nasza szkoła będzie wtedy istnieć" /a to akurat całkowicie akceptowalny argument/

2. "bo się zniszczy"

- "powiada Pan tysiąc osób przez dwa tygodnie... to oni mi ściany pobrudzą..." /to kupię farbę i odmaluję mu szkołę/

- "my w wakacje chcemy remontować a nie dalej dewastować naszą szkołę" /remonty to częsta rzecz w wakacje, ale nie każdy trwa 2 miesiące i można je dostosować terminowo/

- "czy Pan sobie wyobraża, jak nasze gimnazjum będzie wyglądać po pana konferecji?" /na pewno lepiej niż przy codziennym użytkowaniu przez kilkuset gimnazjalistów/

- "a kto to wszystko posprząta?" /wynajęty zespół sprzątaczek?/

3. "proszę mi nie zawracać głowy"

- "to renomowana szkoła, nie mam czasu na głupoty" /jeśli kilkadziesiąt tysięcy to głupota dla dyrektorki to gratuluję jej umiejętności zarządzania/

- "nie wiem czy chce mi się poświęcić czas na zapoznawanie się z Pańską ofertą" /to proszę wrócic do gry w sapera, a ja idę dalej/

4. "powód zawsze się znajdzie"

- "W wakacje szkoła jest otwarta tylko do 18, musiałabym nająć drugiego woźnego do pilnowania" /jeśli to jest największy problem kierowniczki to gratuluję sprawnego zarządzania/

- "musiałabym zobaczyć Pańskich uczestników i dopiero wtedy wyrazić zgodę /nie ma sprawy, sprowadzę tysiąc osób rok wcześniej aby Panu pokazać/

- "możemy umówić się na spotkanie za kilka tygodni, teraz jest końcowka roku i mam sporo pracy" /i przez dwa tygodnie nie może znaleźć 15min na wysłuchanie kogoś/

 

W tym tłumie ludzi, którzy nie potrafią zauważyć okazji kiedy puka do ich drzwi było kilku, którzy swoją postawą udowodnili, że zajmują odpowiednie stanowiska:

- "to bardzo ciekawa propozycja, proszę mi więcej opowiedzieć"

- "proszę mi powiedzieć, czy widzi Pan tu miejsce lub sposób na promowanie naszej szkoły?"

- "muszę przyznać, że nigdy czegoś takiego u nas nie było i rozmach projektu sprawia duże wrażenie - muszę dokładniej się z tym zapoznać i przemyśleć"

- "no na pewno dzięki Panu byśmy zarobili więcej niż na koloniach - będę musiał porozmawiać z Panią dyrektor i ją przekonać"

sobota, 05 lutego 2011
Staruszkowie u lekarza

Pis chce nagany dla posłanki Anny Muchy za niefortunną wypowiedź o tym, że gdyby staruszkowie nie przychodzili z każdą błahostką do lekarza to nie byłoby kolejek.

Wielkie oburzenie, tylko zastanawiam się dlaczego. Przecież ona otwarcie powiedziała coś, co wszyscy wiedzą. Starsze babcie urządzają sobie z chodzenia do lekarza hobby. Zawsze można kogoś nowego spotkać porozmawiać. Choroby to po polityce najczęściej poruszany temat przez polaków, a gdzie jest lepsze miejsce do rozmowy o nich niż poczekalnia u lekarza?

Oburzenie na posłankę jest ogromne. Roją się przykłady starszych ludzi, którzy chodzą bo muszą, gdyż rzeczywiście są chorzy. Ale nikt nie pokusi się o sprawdzenie ilu jest tych innych, którzy generują tłok.

Znajomy lekarz zadał mi kiedyś zagadkę:

- Czy wiesz, kiedy jest największy wzrost liczby staruszek odwiedzających przychodnię?

- Pewnie w sezonie grypowym (jesień lub wczesna wiosna)

- Wcale nie... w maju i czerwcu... a wiesz dlaczego?

- ...

- Gdyż przychodzą pochwalić się zdjęciami wnuków z komuni św.

 

Wprowadźcie opłatę 5zł za każdą wizytę u lekarza /tyle już człowiek płaci, że nie zrobi to różnicy/ Może to powstrzyma plotkary od przychodzenia do lekarza i ułatwi dostęp tym naprawdę potrzebującym.

 

07:20, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 stycznia 2011
Ile kosztuje kredyt mieszkaniowy?

Szukając kredytów patrzymy na wysokość prowizji i odsetki. Często nie zastanawiamy się ile jeszcze kosztów będziemy musieli ponieść, a są one niestety niemałe. Przeszło rok temu wziąłem kredyt mieszkaniowy. 90 tys. zł. na 8 lat. Opcja: Rodzina na Swoim. Sprawa kosztów wygląda następująco:

- odsetki do spłacenia w ciagu 8 lat: 16 tys. (drugie tyle pokrywa program Rodzina na Swoim)

- prowizja banku: 1,7tys.

Wszystko byłoby pięknie ale to tylko fragment tego, co muszę wydać. Diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach:

- ubezpiecznie kredytu do czasu uprawomocnienia wpisu w hipotece (co jest możliwe dopiero po umowie notarialnej sprzedaży) /w praktyce więc jeśli bierzecie kredyt na budujące się mieszkanie możecie opłacać to nawet do dwóch lat. W moim przypadku było to 14 miesięcy/. 14*75zł = 1 tys.

- opłata za konto założone w banku /oczywiście nie najtańsza opcja/: 8lat * 12 miesięcy * 10zł = 1 tys. /i nawet nie doliczyłem opłat za karty itp./

- opłata za założenie księgi wieczystej do kredytu /osobna na kredyt i na odsetki/ 400zł

- wypis z księgi wieczystej 30zł

- koszty paliwa (biletów) w celu załatwienia formalności: 100zł (nie wspominając, że w ciągu tego roku załatwiania trzeba kilka dni urlopu poświęcić)

Do kosztów dojdą jeszcze rzeczy pośrednie, za które i tak byśmy płacili nie biorąc kredytu:

- akty notariale (jak nowe mieszkanie to koło 2,5 tys.)

- ubezpieczenie mieszkania

 

Bank bierze więc od mojej osoby niby tylko 1,7 tys. prowizji. Jednak ja w kieszeni muszę mieć kwotę kilka razy większą. Mój kredyt był niewielki, dla większych koszty te na ogół będą proporcjonalnie wyższe.

 

07:58, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010
zabawna niekompetencja

trójka bohaterów:

- Przedsiębiorstwo budowlane Kokoszki

- ja powiedzmy że mieszkam na Mickiewicza 30/30 /oczywiście adres fikcyjny/

- mój zarządca bloku

 

Blok nowy, dopiero co postawiony, zarządca też nowy - aczkolwiek od lat współpracujący z kokoszkami. Nastąpił proces przekazania bloku od kokoszek do zarządcy. Wiąże się to ze zmianą kont, przekazaniem dokumentacji, faktur itp. Oczywiście jak to w naszym kraju bywa musi zrobić się burdel...

 

Jakież moje zdziwienie kiedy w skrzynce na listy znajduję kopertę z kokoszek zaadresowaną następująco:

Wspólnota Mieszkaniowa, ul. Mickiewicza 30

W środku natomiast faktura do wspólnoty mieszkaniowej za ogrzewanie całego bloku. Czyjaś oczywista pomyłka /i inwencja listonosza który wrzucił pod mój adres 30/30, kopertę zaadresowaną tylko pod numer bloku 30/

Zastanowiło mnie jakim cudem firma od lat współpracująca z drugą mogą się tak pomylić. Moja rekonstrukcja wydarzeń jest następująca:

Kobieta w kokoszkach otrzymuje polecenie: proszę wystawić i wysłać do wspólnoty mieszkaniowej fakturę za ogrzewanie bloku nr 30. Niewiele myśląc kobieta oczywiście wystawia stosowne pismo i nie zastanawiając się na kopercie pisze "wspólnota mieszkaniowa mickiewicza 30". To nic, że zarządca ma adres w innym mieście, to nic, że to blok i napisanie samo 30 nie wystarcza... to nic, że podobno firmy od lat współpracują...

Komuś ewidentnie zabrakło kawy. Mi natomiast brakuje kasy na znaczki aby to im odesłać... niech się cieszą ze zadzwoniłem... zależy im to sobie po nią przyjadą.

 

A ja w ramach wykorzystania głupoty google dopiszę tu:

opinia o Przedsiębiorstwo Budowlane Kokoszki w Gdańsku

 

 

 

 

13:37, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 września 2010
PR i polityka

Czytając wypowiedzi polityków /oglądać ich nie zdzierżę/ mam wrażenie, że nasza scena polityczna to jedno wielkie pole doświadczalne dla różnorodnych stylów Public Relations. Wszystkie partie korzystają z usług specjalistów od wizerunku. Każda na swój sposób /a niejednokrotnie sposoby/.

Jednego możemy być pewni - dziś słowa polityków są bardzo przemyślane i mają spełniać wiele celów jednocześnie. Nie tylko jednak słowa się liczą, ważny jest równeż moment ich wypowiedzenia oraz osoba je wypowiadająca. Dziś partie posiadają wręcz medialne twarze, które w odpowiednim momencie się odzywają odwracając uwagę od innych problemów, bądź skupiając ją na bieżących.

Kilka przykładów:

PR rządu: informacje o sukcesach rządu, ministrów, samorządów otrzymujemy nie w momencie ich zaistnienia, ale wtedy kiedy opozycja rozpoczyna jakąś medialną ofensywę. Rządzący trzymają na ręku silne karty opracowań statystycznych, dobrych ustaw, sukcesów biznesowych itp. Zagrywają je jak coś się zaczyna psuć. Taktyka dobra. Sprawdza się od kilku miesięcy.

PR Palikota: ktokolwiek uważa go za idiotę popełnia błąd. Nikt, kto dorobił się milionów na handlu debilem nie jest. Można go uwielbiać, można nienawidzieć, ale pomysłowości i doskonałej retoryki nie można mu odmówić. Palikot to pierwsza linia ofensywy partii rządzącej. Sam jeden staje do nierównej walki, problem w tym, że przeciwnicy nie mają go czym atakować gdyż sam ośmiesza siebie. W ten sposób cały PiS skupia się na jednym polityku, PO ma spokój i tylko udaje, że Palikot im nie odpowiada. Oczywiście, że im odpowiada. Nikt inny nie potrafi tak idealnie skupić na sobie uwagi wszystkich. Zagranie połowy kart z punktu wyżej nie zadziała lepiej niż jeden wygłup Palikota.

PR Macierewicza: jak powyższego - można kochać lub nienawidzieć. Jego wypowiedzi to cudowne połączenie logiki z absurdem. Kiedy mówi "nie ma żadnych dowodów, iż nie było zamachu na samolot prezydencki", lub "nie można wykluczyć działania obcych sił w tym wydarzeniu" to aż chciałoby się poznać jego doradcę od PR. Facet naprawdę potrafi formułować prawdziwe logiczne zdania bez żadnej treści. Tak samo możemy powiedzieć: "nie ma żadnego dowodu, iż konstytucję III maja nie podytkował ówczesnym człowiek z przyszłości" - no oczywiście, że nie ma. Aby walczyć z jego retoryką, należy przedstawić dowód na wszystkie całkowicie absurdalne sytuacje jakie można tylko sobie wyobrazić. Tak jak z powyższym - z takim człowiekiem nie można wygrać.

PR opozycji (Lewica): idzie im najsłabiej, ale co mają zrobić kiedy PO i PiS zajmują 95% sceny politycznej. Po wyborach Napieralski miał swoje 5 minut i wykorzystał je idealnie. Pamiętacie sytuację kiedy miał udzielić poparcia któremuś z pozostałych kandytatów. Przeciągał to do granic możliwości - dlaczego? - aby media się nim interesowały. Mówił jedno zdanie o ewentualnym poparciu i dziesięć kolejnych o swojej partii, programie itp. To jakby przyszła obca kobieta i do dziennikarzy zaczęła mówić "tak jestem nieślubną córką prezydenta - a teraz popatrzcie na moje projekty ubrań. Aktualnie poszukuję kogoś z kim mogę nawiązać współpracę..." Robienie interesu wykorzystując dobrą koniunkurę medialną.

PR opozycji (PiS): cudowny przykład wykorzystywania mas. Chyba tylko Rydzykowi wychodzi lepiej. PiS ma wszystko co najlepsze w tych medialnych pojedynkach. Może atakować ile chce - bo jest w opozycji... ma szerokie poparcie tłumów i co najważniejsze: BARDZO różnorodnych polityków. W każdej chwili mogą z szuflady wyciągnać zestaw umiarkowany - jak to było przy wyborach, zestaw ofensywy jak to teraz ma miejsce. Nie dajmy się jednak zwieść. PiS dysponuje politykiem od wszystkiego. Dzielą między sobą tematy miedialne i nie wchodzą sobie w drogę. Kiedy jeden bawi się w katastrofę smoleńską inny atakuje rząd, a inny pokazuje w telewizji program pisu. Doskonały podział ról i świetna synchronizacja.

 

weźmy sobie teraz krótki tekst wiadomości i zabawmy się w jego rozkład:

Postępowanie prokuratury ws. Mariusza Kamińskiego określa jako "bardzo niedobre i niszczące państwo". /retoryka nacechowania negatywnego - staramy się oczernić podmiot 'prokuraturę' przymiotnikami wziętymi z kosmosu/

I dodaje: - Słyszałem jak niektórzy prominenci PO mówili, że należy zdelegalizować Prawo i Sprawiedliwość jako organizację przestępczą. /Najpierw słowo 'prominenci', które raczej się źle kojarzy. Potem zdanie prawdziwe, aczkolwiek nie mające nic wspólnego z powyższym tematem. Zdania takowe padały ale w zupełnie innym czasie i wydarzeniach. Połączenie jednak sprawy Kamińskiego z delegalizacją daje dreszczyk emocji i buduje napięcie./

Zwraca też uwagę, że określenie "policja polityczna" pod adresem Centralnego Biura Antykorupcyjnego nie raz już padało. /Oczywiście, że padało - za czasów, kiedy to PiS nim kierował. To zdanie to tylko budowanie napięcia przed finałem/

W jego ocenie, jeśli w Polsce jest sprawiedliwość, to wyrok sądu ws. byłego szefa CBA może być tylko jeden: niewinny. /'wyrok może być tylko jeden, jeśli jest sprawiedliwość' - piękne powiązanie dwóch zdań. Nie ważne jest postępowanie prokuratury - liczy się nastawienie ludzi do jednego słusznego wyroku/

Jak podkreśla, prokuratura skupiła się na ściganiu tych, którzy ścigali przestępców. A nie prawdziwych aferzystów. Jak podkreśla Marek Suski, jeśli dalej tak pójdzie, to będzie to świadczyło o tym, że mamy "państwo mafijne". /Finał. Kilka krótkich zdań w zamkniętej formie sprowadzającej wszystko do tego, iż "to mafia atakuje Kamińskiego"./

Przetłumaczmy sobie tę wypowiedź jeszcze raz:

Kamiński ma sprawe w prokuraturze, ale to jest wynik działań przeciwników politycznych, którzy funkcjonują jak mafia i posługują się podległymi im instutucjami, a jeśli K zostanie skazany oznaczać to będzie, iż nawet prokuratura działa pod dyktando tej mafii.

I jak tu wygrać z taką retoryką?

Jak to jak? Zagrać kartę: sukces ukazujący redukcję deficytu w budżecie.

 

 

 

09:54, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2010
ścieżki rowerowe i znaki drogowe

Znacie te znaki drogowe?

 

Dwa prawie identyczne, oznaczają drogę dla pieszych i rowerzystów podzieloną na dwa niezależnie pasy ruchu (znaki określają kto, po której stronie się porusza).

W praktyce oznacza to wydzieloną scieżkę dla rowerów. Ponieważ jest to znak "nakazu" zarówno piesi jak i rowerzyści są zobowiązani do poruszania się po swojej stronie.

 

 

Teraz ten znak!

 

Pewnie nawet nie zwróciliście uwagę, że takowy istnieje, bądź też jadąc rowerem nie rozróżniacie jego od powyższych. Z punktu widzenia przepisów różnice są kolosalne.

Znak oznacza drogę pieszo-rowerową, gdzie zarówno piesi jak i rowerzyści mogą poruszać się po dowolnej stronie. Co więcej - piesi mają bezwzględne pierszeństwo na takiej drodze. Nawet jeśli jest zbudowany pas ruchu dla rowerów (ładny czerwony kolor nawierzchni), to pieszy ma prawo po nim się poruszać i rowerzysta musi ustąpić mu pierszeństwa.

 

No więc rowerzyści patrzcie na znaki, bo często nie zdajecie sobie sprawy, że piesi idą po "ścieżce rowerowej" całkowicie legalnie.

10:22, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Korea Północna - kraj szczęśliwych ludzi

Podczas mundialu, który zakończył się wczoraj zwróciłem szczególną uwagę na komentarze dotyczące Korei Północnej. Większość wspominała coś o represjach, reżimach, morderstwach itp. Dziennikarze wręcz za konieczne uznawali wspomnieć o ustroju politycznym tego kraju i insynuować różne dziwne rzeczy.

Demokratyczne i medialne spaczenie - tak mogę określić prawdziwość tych wypowiedzi. Postanowiłem więc napisać kilka słów - nie z punktu widzenia 'poprawności ustrojowo-politycznej' ale z punktu widzenia jednego z bliskich członków mej rodziny, który od 2 lat mieszka, pracuje i podróżuje po tym kraju.

Najpierw kilka faktów dowodzących spaczenia naszych dziennikarzy: głód w Korei - często poruszany temat. Owszem istnieje, owszem to poważny problem, ale poruszany jest on w mediach nie dlatego, iż jest on ogromny i niespotykany nigdzie indziej, ale dlatego iż to Korea. O głodzie w państwach afrykańskich, który jest dużo powazniejszym problemem nie wspomina się tak często jak o tym w Korei. W Afryce pomóc możemy więc udajemy, iż problemu nie ma - Phenian /tak naprawdę pisać powinno się Pjongjang/ jest daleko, nie mamy na to wpływu więc możemy o nim mówić nie martwiąc się o nasze sumienia. Zresztą doniesienia medialne są znacznie przesadzone. Co roku dziennikarze zabijają z 2 miliony Koreańczyków. Jakby to była prawda już dawno naród by przestał istnieć.

Odpowiedzialność urzędników - wyobraźcie sobie, iż w tym kraju urzędnik odpowiada za swoje błędy i im wyższe stanowisko - tym odpowiedzialność większa. Nieudana reforma - to więzienie a nawet śmierć! No i co z tego? Jeśli urzędnik w demokratycznym kraju przez swoją opieszałość w wydawaniu decyzji sprawia, iż upadają firmy - ludzie tracą pracę, popełniają samobójstwa - to jaką ponosi winę? Czy jest winny nieszczęścia ludzkiego? Nie! W Korei jest więc to o co wielu z nas marzy w demokracji - o odpowiedzialności za decyzje urzędnicze! Dla mnie polski polityk który za łapówkę zmienia słowo w ustawie przez co upada kilka firm i zostają one przejęte przez zagraniczne koncerny - zasługuje na taką samą karę jak modrerca i gwałciciel.

Człowiek uczciwy nie ma czego się obawiać... Co z członkami opozycji? - zapytacie. - Jakiej opozycji? - odpowiem. Tam nie ma czegoś takiego jak opozycja! Opozycja i rewolucja powstaje, jeśli ludzie wiedzą, iż istnieje coś innego co chcą mieć - Koreańczycy nie wiedzą, że istnieje inne życie poza ich własnym - więc nie widzą potrzeby walki o cokolwiek.

Z naszego własnego podwórka komunizm i pracowitość nie idą w parze... nic bardziej mylnego. Koreańczycy są niesamowicie pracowici. Jednak kultura wschodu lepiej współdziała z komunizmem niż europejska. Bieda w Korei nie bierze się z lenistwa, ale z braku narzędzi. Tam na budowach nie ma maszyn, tylko ludzie. Embargo sprawia, iż ten kraj jest zacofany - a nie mentalność ludzi. Jedyne maszyny są sprowadzane z Chin, ale pojawia się kolejny problem - ich naprawa i obsługa - brakuje tu niestety kadry.

O pracowitości Koreańczyków może świadczyć poniższy przykład: Blok w centrum miasta - klasyczne 10 pięter z wielkiej płyty /żadnej różnicy niż w Polsce/. O 5 rano przychodzi kilkudziesięciu robotników - zaczynaja rozstawiać rusztowanie, kiedy wyższe poziomy są jeszcze stawiane - na dolnych już trwają prace ociepleniowe /co prawda nie jakiś ekstra styropian, ale zwykłe cieńkie płyty/. Praktycznie natychmiast po ułożeniu styropianu następuje malowanie, potem przerwa obiadowa i praca dalej - aż do wieczora. Rezultat - blok w jeden dzień ocieplony i pomalowany! Pokażcie mi teraz coś takiego w naszym kraju!

Kolejny mit - straszna sytuacja tych ludzi. Nic bardziej mylnego. Koreańczycy to bardzo szczęśliwi i zadowoleni ludzie. Prawdą jest, że nie znają wielu wynalazków, nie wiedzą czym jest demokracja, ale to im nie przeszkadza być szczęśliwym. To bogactwo i władza sprawiają, iż ludzie nie są szczęśliwi. Koreańczycy nie posiadają żadnego z tych dwójki i są uśmiechnięci i szczęśliwi. My zatruwamy demokracją inne narody - słynny przypadek Aborygenów, którzy w swojej kulturze nie znali pewnych grzechów, a których Europejska cywilizacja skrzywdziła.

Koreańczycy, tak samo jak rdzenni mieszkańcy Australii - są szczęśliwi z tym co mają i poznanie "naszego dobra" wcale im na dobre wyjść nie musi.

To bardzo rozpiewany naród - wszyscy śpiewają i to w sposób przepiękny. Nie miałem okazji posłuchać ich osobiście, ale relacje, które słyszałem były bardzo pozytywne.

Porównajcie więc dwa narody:

Polaków - marudzących, politykujących, kradnących leni, którzy widzą tylko negatywy u każdego, z Koreańczykami - rozśpiewanymi i pracowitymi ludźmi nie znającymi polityki, Internetu czy bogactwa.

Gdyby nasza 'kochana' solidarność mogła zacząć tam agitować miałaby problem - Korańczycy lepiej rozumieją solidarnościowe wartości równości, braterstwa, bezinteresowności i pomocy bliźniemu niż nasi "wyzwoleńcy" kiedykolwiek.

I kto ma się od kogo uczyć?

Prawo wyborcze? Chętnie oddam je za odrobinę Koreańskiego szczęścia.

 

Zdaję sobie sprawę, że nie poruszyłem pewnych negatywnych spraw dotyczących armii i reżimu władz. Jednakże o tym, tak wiele się pisze, że moje przedstawienie drugiej strony medalu może być nieobiektywnie zaróżowione.

 

Update: właśnie media podały, iż kilkoro koreańczyków z północy /piłkarze z mundialu/ podpisało kontrakty z zagranicznymi klubami. Ciekawe jakby to było możliwe przy wizji tego kraju serwowanej nam przez demokratyczną propagandę.

 

 

14:31, trucie-dupy
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
niezdecydowanie

Wczoraj wieczorem żona intensywnie myślała nad tym czym się zająć w bliższej i dalszej przyszłości. Ja zmęczony poszedłem spać. Dziś rano znalazłem następujące notatki na ziemi...

 

 

 

 

I co teraz ma bidulka zrobić?

niedziela, 04 lipca 2010
meldunek i głosowanie

No i urzędnicy mnie załatwili... wszystko przez to, że chciałem być dobrym obywatelem i dopełnić moich obowiązków.

Pojechałem do rodzinnego miasta aby się wymeldować. /Od 10 lat tam już nie mieszkam/ Do tej pory wynajmowałem mieszkania, więc zmiana meldunku nie była mi na rękę. Teraz, kiedy mam juz swoje mieszkanie uznałem, że warto zaktualizować dane i zacząć płacić podatki w mieście gdzie się mieszka i pracuje.

Poszedłem więc do urzędu i zabrałem od urzędniczki dwa druczki - jeden meldunkowy, drugi aby głosować w dowolnym miejscu. Wypełniłem i daję kobiecie. Ta szybko wpisuje coś na komputerze, po chwili otrzymuję zaświadczenie o wymeldowaniu oraz informację:

- ale zaświadczenia Panu nie mogę wydać

- dlaczego?

- bo nie jest Pan zameldowany

Zonk... w kilku kolejnych zdaniach dowiedziałem się, że zaświadczenie system może wydać tylko osobie zameldowanej i że gdyby pani w okienku moje papierki przyjeła w odwrotnej kolejności - wszystko byłoby ok.

Zirytowałem się.

W Gdańsku zameldować się już nie zdążyłem. Papierka nie mam - i w wyborach udziału brać nie mogę - a nawet chciałem! Ciekawe kogo zaskarżyć mam za złamanie moich konstytucyjnych praw.

 

niedziela, 20 czerwca 2010
Sondażowy bełkot

Dajcie mi zestawienie statystyczne, a wyczytam w nim co tylko będę chciał - tak parafrazując znane powiedzenie można opisać co statystycy mogą wyczyniać w sondażach. Ludzie uważają, iż ponieważ jest to MATEMATYKA, to nie ma miejsce na interpretację i można jej ufać... /tia... jasne.../

Oto kilka prostych zabiegów, które powodują, iż możemy sobie wyniki sondaży wrzucić na tę samą półkę, co kryształową kulę. I nie mówię wcale o sposobie wyboru reprezentatywnych osób, biorących udziału w ankietach, ale o czysto matematycznych zabiegach.

Przykład, mamy pięciu kandydatów (A, B, C, D, E). Organizujemy ankietę i pytamy 1000 osób na kogo zagłosują. Otrzymujemy: A - 400 głosów, B - 380 głosów, C - 100 głosów, D - 20 głosów, E - 5 głosów. Razem 905 (95 osób nie wiedziało, albo nie chciało odpowiedzieć).

Teraz zaczniemy naszą zabawę z matematyką.

Po pierwsze błąd statystyczny - dla 1000 osób wynosi około 3%. Co to w praktyce oznacza? Otóż możemy sobie dodać/odjąć 3% (czyli 30 głosów) do dowolnego kandydata. Dla A i B niewiele to zmienia. Dla C zmiana z 100 na 130 osób głosujących na niego to aż 30% różnicy. W przypadku D i E błąd statystyczny przewyższa ilość głosujących na nich.

Trick 1: 3% błąd statystyczny wcale nie oznacza 3% różnicę dla kandydata. Dla tych z dolnej półki taki błąd może oznaczać "być albo nie być".

Teraz sobie poskalujmy. A dostał 400 głosów czyli 40%, ale to 40% z osób, którym zadano pytania, jeśli uwzględnimy tylko osoby, które odpowiedziały na pytanie to mamy już 44%. Popatrzmy sobie na rozkłady procentów w obu przypadkach

40, 38, 10, 2, 0.5

44.2, 41.9, 11, 2.2, 0.55

Dwa różne sondaże z tego wychodzą. Przypuśćmy, ze faworyzujemy jakiegoś kandydata i spadł on o kilka punktów w ciągu tygodnia, ale nie chcemy tego pokazać. Modyfikujemy więc sposób obliczania procentów i żadnego spadku nie ma. Oczywiście kontrkandydat też zyskuje, ale dla nas najważniejsze jest pokazanie, iż nie tracimy.

Trick 2: można wyniki przeskalowywać, ale 1000 osób biorących udział w ankiecie wcale nie oznacza tysiąca odpowiedzi.

Odcinajmy teraz ogonek. W klasycznych przypadkach kandydatów jest więcej... nawet i 10. Liczących się już tylko kilku. Ogonek - czyli nieliczących się kandydatów możemy odciąć w dowolnym momencie - gdyż to niewiele zmienia.

Popatrzmy więc ile można zmienić przy połaczeniu z trickiem 1 i 2:

mamy nasze wyniki:

40, 38, 10, 2, 0.5 Dla mediów ustotni są A i B, no i C aby tamta dwójka nie była samotna.

Odcinamy więc dwóch ostatnich i wynik przeskalowujemy

A dostał 400 głosów na 880 = 45.4, B 380 na 880 = 43.1, C 100 na 880 = 11.3.

Proste? A co z błędem statystycznym, co jeśli tamta mała dwójka w rzeczywistości miała więcej głosów. Odejmijmy więc po 10 głosów od naszych kandydatów A, B i C i podarujmy je D i E.

wyszło by więc:

A: 390, B: 370, C: 90, D: 35, E: 20

Odetnijmy ogonek i policzmy wynik

A: 390/850 = 45.8 B:370/850=43.5 C: 90/850 = 10.5

Co zrobiłem? Zabrałem A 10 głosujących - czyli 2.5% ale jego wynik wzrósł /TAK poszedł do góry/, zabrałem C 10 głosujących czyli - 10% i jego wynik spadł.

Trick 3: możemy obcinać ogonki i przez to mocno zmieniać skalowanie, gdyż zaburza to błąd statystyczny.

 

Na moim prostym przykładzie więcej trików nie pokażę. Dla innych głosowań można jeszcze dziwniejsze rzeczy wyczyniać. Im więcej odpowiedzi może udzielić ankietowany, tym bardziej wyniki można później modyfikować.

Nie dajmy się oszukiwać. Na 1000 ludziach to można zorganizować ankietę z dwoma lub góra trzema odpowiedziami. Jeśli chcemy reprezentatywny sondaż dla 10 kandydatów przepytywanie i 5 tysięcy ludzi może być niedokładne.

Ale dokładność wiąże się z kosztami, a tych nikt nie chce ponosić.

 

10:21, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 czerwca 2010
problem roku...

Pamiętacie bombę milenijną? Wszystko polegało na tym, że kilkadziesiąt lat wcześniej programiści nie przewidzieli, iż ich dzieła będą używane po roku 2000 i na przechowywanie aktualnego roku poświęcili tylko dwie pozycje /wtedy byli oszczędni i nie szastali pamięcią :)/.

Za dawnych czasów ludzie bardziej w przyszłość wybiegali. Majowie swój kalendarz do 2012 zrobili. Podobnie jak programiści nie przewidzieli, że ich dzieło może dotrwać tego roku. /może też spodziewali się, że do tego czasu będzie lepszy sposób na zapisywanie kalendarza/ Załatwili nam więc pluskwę roku 2012.

Cholera wie dlaczego kalendarz kończy się akurat na 2012... Gdyby to była okrągła liczba może i bardziej prawdopodobna byłaby teoria, iż po prostu im się więcej nie chciało... a tak 2012 elektryzuje de... tzn. ludzi rozgarniętych inaczej. /żona stwierdziła, iż jeśli użwam już obraźliwych określeń, to mam być bardziej kreatywny/

Kilka stwierdzeń do przemyślenia:

- oni nie znali Chrystusa. Mieli swój system datowania i możliwe że ich 2012 to bylo ich 1337 /nie mogłem się powstrzymać/ i uznali, że to ładna data, aby zakończyć pracę,

- co ma większe prawdopodobieństwo: śmierć nadzorującego budowę kalendarza, czy fakt, iż potrafili przewidzeć koniec świata?

- czy majowie mieli tylko JEDEN kalendarz? Tylko jeden przetrwał? A może cały czas mówimy o jednym konkretnym - największym, który najbardziej do przodu był datowany, a wszystkie inne olewamy, ponieważ rok w którym się skończyły minął i końca świata nie było...

- kalendarz jest podobno na ścianie jakiejś świątyni... może się ściana skończyła... /żona mi podpowiada, że ściana podobno jest tam okrągła - no cóż to doszli do końca okręgu :)/

 

Mam propozycję dla de... /znaczy osób oświeconych inaczej/ wierzących w koniec świata w 2012. Udowodnijcie mi jak bardzo wierzycie w to i zabijcie się dzień przez rzekomą apokalipsą... Dzięki temu - kiedy wstanę kolejnego dnia będę wiedział, że świat stał się lepszym miejscem. /no i IQ na planecie drastycznie wzrosło/

23:44, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010
komunikacja w firmie

Autentyk z firmowych sposobów komunikacji:

Bohaterowie:

dział promocji:

- szefowa

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział przynieś, podaj, pozmaiataj

- szef

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział szefa projektu

- kierownik

 

Kierownik potrzebuje logotypu. Dzwoni do Działu PPP i informuje szefa:

- potrzebuję logotypu.

Szef działu PPP po odłożeniu słuchawki do podwładnego:

- wyślij kierownikowi logotyp.

- ale mamy tylko w złej jakości - odpowiada podwładny

- wyślij co mamy.

Podwładny wysyła pisząc w mailu, iż to wszystko co mamy, możliwe że dział promocji będzie miał coś lepszego.

Dzień kolejny

Kierownik do szefa działu PPP

- to co przysłaliście się nie nadaje

- dobrze, zobaczę co da się zrobić

Szef działu PPP do podwładnego

- mamy jakieś logotypy?

- tylko to co wczoraj wysyłałem

- to może promocja ma?

- może ma...

- to zadzwoń i niech kierownikowi wyślą

Podwładny dzwoni do działu promocji:

- kierownik potrzebuje logotypu

- niestety nie ma człowieka PPP - odpowiada szefowa - a on się tym zajmuje

- no dobrze, to proszę mu przekazać, jak się zjawi aby wysłał logotyp do kierownika

- dobrze przekażę

Moja godzina

Kierownik do szefa działu PPP

- gdzie mój logotyp?

Szef działu PPP do podwładnego

- gdzie mój logotyp?

- promocja miała wysłać

Szef działu PPP do szefowej działu promocji:

- możecie wysłać logotyp do kierownika?

- tak, za chwilkę

Szef działu PPP do kierownika

- za chwilę promocja wyśle

Po 15 min kierownik do szefa działu PPP

- jeszcze mi nie wysłali. Możesz ich pogonić?

Szef działu PPP do szefowej promocji

- wysłaliście już?

- tak wysłaliśmy

Szef działu PPP do kierownika

- już poszło.

 

Autentyk! Jedno głupie logo i pełno telefonów, bo kierownik nie potrafi wprost do odpowiedniego działu zadzwonić...

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6