O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
poniedziałek, 14 czerwca 2010
nowe okno na świat

Moje nowe mieszkanie, to nie tylko 4 okna w pokojach, ale również konieczność zorganizowania jakiegś połączenia internetowego.

Przezornie zacząłem myśleć o tym dość wcześnie. Podzwoniłem po różnych firmach pytając się, czy oferują pod moim adresem net... wszędzie odpowiadali, że nie. Tylko jedna /nazwijmy ją firmą T/ wzięła moje dane i powiedziała, że może za tydzień się odezwą jak sprawdzą co i jak. /oczywiście tego nie zrobili/

Widząc ciemne chmury wokół mego podłączenia do sieci zdecydowałem się na wykupienie abonamentu transmisji danych w PLAY. Było to najtańsze rozwiązanie. Niestety nie przypadło mej żonie do gustu, gdyż aby ona mogła szaleć na necie musiałem zostawiać komórkę w domu /a wtedy nie miała do mnie kontaktu/.

Zadzwniłem więc do dewelopera. Pytam czy wiedzą, kto w ich blokach dostarcza net... a oni że firma T. Zdziwiłem się... zadzwoniłem więc do firmy T i pytam jak z netem... a ci, że nic nie wiedzą.

Kolejny dzień, akurat jechałem do dewelopera, więc w sekretariacie załatwiając papierkowe sprawy wspomniałem o owej firmie i ich podejściu do mnie jako potencjalnego klienta. Usłyszałem, iż nawet umowę mają z firmą T podpisaną i będą wyjaśniać co i jak.

Pojechałem więc do firmy T. Pani, z którą rozmawiałem stwierdziła, że umowa z deweloperem to jedno, a zapotrzebownie to drugie. /dała mi do zrozumienia, że potrzeba kilkunastu zgłoszeń, aby oni zaczęli coś robić - a tyle to lewie mieszkań u mnie sprzedano/

Zły, wpadłem na diaboliczny plan: poprosić znajomych aby podszywając się pod właścicieli lokali (które nie były jeszcze sprzedane) wyrażali zaintresowanie netem. W ten sposób firma miałaby swoich kilkanaście zgłoszeń, a kiedy by przyszło do instalacji tamci by zrezygnowali tłumacząc, iż rozmyślili się.

Desperacja w chęci zdobycia połączenia sieciowego sprawiła, iż plan wydawał mi się wart realizacji. Na szczęscie wkrótce zadzwoniła pani z firmy T aby umówić się na spotkanie z monterem.

Teraz jako jedyny w bloku /jak widać nie potrzebowali kilkunastu zgłoszeń, tylko "zachęty" od dewelopera/ mam net. Nawet w opisie routera bezprzewodowego wpisałem numer mieszkania i "internet za piwo", więc sąsiedzi będą wiedzieć gdzie się zgłaszać w razie kłopotów :)

 

sobota, 24 kwietnia 2010
kup pani superduper ultra-maxi... czyli marketingowy bełkot

Żona wybiera materace... od kilku godzin słucham cytatów z marketingowych opisów. Wszelkie rekordy pobił materac z włóknami węglowymi - rzekomo odprowadzającymi elekrtyczność statyczną. Materac należy uziemić podłączając kablem do kaloryfera... /kabel w zestawie/

Pomijam fakt braku przewodnictwa ładunków elektrycznych przez węgiel... ale w filmiku reklamowym jako dowód funkcjonowania pokazują, iż przez materac nie przechodzi pole magnetyczne...

normalnie piernik i wiatrak...

Pseudo-naukowy bełkot aby sprzedać opcję "antystatyczny".

 

Wczoraj kupowała pralkę... sytuacja nie była lepsza. Z niewiadomych względów pralki sprzedawane rok, dwa lata temu teraz są absolutnie stare i bezużyteczne i kupowanie ich /nowych oczywiście/ naraża Was na zniszczenie tkanin /współczucia dla tych co kupowali je dwa lata temu, kiedy były reklamowane jako absolutna nowość/. Technologia przez ten ostatni okres czasu tak bardzo poszła do przodu, iż pranie teraz to już nie zwyłe czyszczenie, ale punkt zainteresowań NASA i te 5% mniejsze zużycie wody to zasługa działań tysięcy naukowców.

Aż dowcip o długopisach się przypomina:

Podczas lotów na orbitę astronauci przekonali się, że zwykłe długopisy przestają dzialać w stanie nieważkości. NASA wydała więc milion dolarów na opracowanie długopisu radzącego sobie w przypadku braku grawitacji - rosjanie zabierali ze sobą ołówki.

Wracając do materaca:

Super mega wypasione 32 strefy twardości, które sprawiają, iż każdy fragment Twego ciała leży na odpowiedniej wysokości... a co jeśli z żoną jesteśmy różnych wzrostów? Kto z nas będzie leżał na odpowiednich strefach, a kto się niewyśpi?

Żeby nie było... swoje 3 grosze też dołożyłem do poszukiwań:

W sklepie rozmowa o stelażu pod materac:

sprzedawczyni: tu możecie Państwo zobaczyć ramy pod materac

ja (widząc zwykłe łamliwe deseczki): macie państwo coś innego, czy tylko takie gówno?

sprzedawczyni (nie tracąc fasonu): niestety mamy tylko to gówno.

 

Ci marketingowcy od materacy to ewidentnie baby, albo faceci beż życia osobistego. Każdy rozsądny facet przecież kupując łóżko myśli o nim w kategoriach wytrzymałości na seksualne igraszki. Jakby mi jakiś zareklamowali "unikalny system rozprowadzania energii sprawia, deski stelaża wytrzymają nawet fakt oparcia całego ciężaru ciała tylko na kolanach" - to kupiłbym bez wahania.

Widać, że nie wiedzą co reklamować.

Antystatic? Antyinsekty? Strefy twardości? Zapomnicie... liczy się tylko max ciężar na decymetr kwadratowy.

 

21:49, trucie-dupy
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 kwietnia 2010
zakupy

Po miesięcznej przerwie wracam do pisania. Tematów nazbierał się cały worek. Zaczynam od najbardziej aktualnego.

Zakupy kafelek do mieszkania. Pierwsze moje wrażenie po przejrzeniu ofert kilku sklepów było, iż jak czegoś się szuka, to oczywiście tego nie ma. Oferta owszem bogata, ale w kolorystyce, która absolutnie mnie nie interesowała (a raczej moją żonę). Poszukiwanych odcieni błękitu było mniej niż palców u jednej ręki. Nie można jednak marudzić, jak się znajdzie chociaż jeden super wzór, to inne nie mają już znaczenia... ważniejszy staje się problem jego dostępności.

Mam wrażenie, że kafelki na wystawie sklepów nie mają absolutnie nic wspólnego z ich stanem magazynowym. O cokolwiek sie pytaliśmy odpowiedź była identyczna: aktualnie nie mamy, możemy sprowadzić, ale to potrwa 3 tygodnie.

Przeszliśmy się po wielu gdańskich sklepach zbierając informacje: "co właściwie mają". Rezultaty: tu gdzieś resztka kolekcji, tu 5 (tak pięć sztuk!) listew wykończeniowych, tam mają tylko połowę kolekcji, a drugiej nie sprowadzą, gdzieś indziej mają, ale bez dekoracji... no i nieśmiertelne: nie mamy, ale możemy sprowadzić.

Od reala przeszliśmy do świata wirtualnego, który okazał się... identyczny.

Każdy sklep internetowy ma pusty magazyn, wszystko muszą sprowadzić od producenta. Nie było by nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że sklepy te nie wiedzą nawet czy producent jeszcze towar ma i czy go już nie wycofał. Składanie u nich zamówień sprowadza się do wysłania najpierw zapytania o dostępność towaru, wtedy oni pytają producenta, a potem można już zamawiać (o ile towar jest). Co ciekawe im zajmuje to tydzień...

To co przez 2 tygodnie robią sklepy w realu?

Mimo całego zamieszania jesteśmy już na bardzo zaawansowanym statium kupowania... pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie zostanie ono zmodyfikowane przez niesprzyjające okoliczności przyrody. Jak telefon, który właśnie mi zadzwonił...

...niewiedza na temat dostępności kolekcji sięga również producentów... którzy nie potrafią przekazać informacji, czy na ich magazynie znajduje się produkowany przez nich produkt...

Na szczęście to już problem sklepu, od którego chcę kupić towar. To w jego interesie leży uzyskać informację... ja czekam... do wtorku. /no bo kto pracuje w święta/

Prędzej czy później zakup kafelek do łazienki i kuchni zostanie zrealizowany /pewnie później/, pytanie w jakim stopniu będzie pokrywał się z pierwotnym projektem. Aktualnie przekształcił się on z jednej wizji, w zbiór różnych koncepcji zależnych od informacji uzyskanych w sklepach. Z jednej strony można być zadowolonym z umiejętności dostosowania się do zmieniających warunków, z drugiej trzeba się irytować faktem istnienia tychże zmian.

 

16:53, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lutego 2010
Plany zajęć

Układanie planów zajęć jest problemem trudnym. Nie istnieje żaden algorytm na zadowolenie wszystkich. Z jednej strony grupa chce mieć zajęcia bez okienek, z drugiej należy liczyć się z ograniczoną liczbą sal i godzin, z trzeciej prowadzący mają uwagi dotyczące tego w jakie dni chcą pracować, z czwartej wszystko to musi się układać w spójną i w miarę zbalansowaną całość.

Nic więc dziwnego, że o rozkładzie zajęć dowiadujemy się na ostatnią chwilę. Na uczelni często ktoś szedł w niedzielę wieczorem zobaczyć czy wisi już plan na poniedziałek. Studenci się irytują, mówią o nieodpowiedzialności itp. Nie wiedzą jednak, że prowadzący zajęcia są w dokładnie TYM SAMYM położeniu.

O naszych planach zajęć dowiadujemy się wtedy, kiedy studenci. Nasz wpływ na to jak on wygląda jest niewielki. Jedyne co możemy zrobić to wypełnić ankietę i zaznaczyć, którego dnia nie chcemy prowadzić zajęć (gdyż np. mamy inną pracę). Na dodatek nikt nam nie gwarantuje, iż nasz postulat zostanie uwzględniony /oficialnie to tylko nasze sugestie/.

Jesteśmy w dużo gorszej sytuacji niż studenci. Oni mogą sobie pozwolić na zignorowanie zajęć w poniedziałek o 8 rano /o których nie wiedzą/. Jeśli natomiast prowadzący by o nich nie wiedział, to już problem. Niewielu studentów ma dwa kierunki, za to większość prowadzących pracuje na dwóch uczelniach /a często i nawet na więcej/.

Układanie mojego planu zajęć jest niezwykle interesujacym zjawiskiem. Wszystko opiera się na minimalizowaniu szans na kolizje.

Musiałem ustalić następujący schemat:

- jeden dzień na uczelni I (1 zajęcia),

- dwa dni w pracy,

- pozostały czas na uczelni II (5 różnych zajęć),

- dodatkowo są pewne dni i godziny kiedy tych zajęć nie może być ze względu na inne obowiązki (np rada wydziału).

Teraz dochodzą priorytety:

- na plan uczelni I nie mam żadnego wpływu - co dostanę (losowo) tak musi być

- na plan na uczelni II mam minimalny wpływ - ale i tak wszystko sprowadza się do dobrej woli prowadzącego

- na grafik w pracy wpływ mam w 90% /o ile zostanie mi czas aby do niej chodzić/

 

W praktyce ustalanie planu wygladało tak:

- telefon do uczelni I - "kiedy prawdopodobnie będą zajęcia" - odpowiedź: "nie we wtorek i czwartek". /co mi w niczym nie pomaga/

- telefon do uczelni II - "jeszcze nic nie wiemy"

- telefon z pracy - "proszę ustalić swój grafik pracy na kolejny miesiac, gdyż musimy to wiedzieć z wyprzedzeniem" - /na szczęście miałem zaległy urlop to go tam wpisałem/

- informacja z uczelni II - "jeden przedmiot na pewno we wtorki"

- informacja z uczelni I - "zajęcia w środy" /uff/

- ptanie od szefa z pracy - "jak masz zajęcia bo chcę wziąć tydzień urlopu?" /nie mam pojęcia/

Aktualnie czekam na plan z uczelni II. Za 5 dni w najbliższy poniedziałek zaczynają się tam zajęcia. Wtedy również mój szef ma urlop /mój jest dopiero w przyszłym miesiącu/. Nie może mnie również zabraknąć na uczelni I. Do tego miałem umówić spotkanie w sprawie pracy badawczej - ale chyba sobie na razie odpuszczę.

 

Studenci - myślicie, że macie duży problem, bo nie znacie planu?

poniedziałek, 15 lutego 2010
Żony, które wciąż coś od nas chcą - cz3

Ostatnio słuchałem audycji radiowej o relacjach w małżeństwie. Jednym z aspektów, które były poruszane, to kwestie konsultacji i ustalania czegokolwiek. Z jednej strony zaprezentowane było stanowisko osoby realizującej coś samodzielnie, z drugiej takiej, która chciała decyzje podejmować wspólnie.

Słuchając wypowiedzi doszedłem do wniosku, że to owe konsultacje są częstym elementem sprzeczek z moją ukochaną. O dziwo raz spieramy się o to, że jest ich za mało, a potem, że za dużo. Problem w tym, że w niektórych sprawach ja jestem zwolennikiem opcji minimum, a w innych żona. Co gorsze na ogół mamy zupełnie inne spojrzenie na te kwestie.

Dla przykładu - obiad. Z domu wyniosłem, iż obiad na stole jest i nikt poza matką nie ma zbytniego wpływu co jest do jedzenia. Mama ustalała menu na tydzień i należało się dostosować. Teraz zmuszony jestem codziennie odpowiadać na pytanie "co chesz dziś na obiad". Próbowałem już wielu podejść:

- metoda na 'obojętnie' - niestety odpowiedź "cokolwiek", "obojętnie", "zrób co chcesz" - nie sprawdza się prawie nigdy. W końcu jeśli zadaje mi się pytanie, to mam udzielić wystarczającej odpowiedzi. Postanowiłem więc przetesować taktykę:

- na 'konkretnie' - jak powiem, że chcę kurczaka z warzywami, czy cokolwiek innego zaczyna się wypytywanie "a dlaczego?", na dodatek okazuje się, że moja żona ma już swoje preferencje, a ja niestety ich nie zgadłem. Podaję, więc drugą odpowiedź niestety znów otrzymuję poprzednie 'pytania pomocnicze' oraz stwierdzenie, że "mam się zdecydować". W ten sposób okazuje się, że moja konkretna i zdecydowana odpowiedź, to za dużo. Moja kochana połowa nie rozumie algorytmu jaki stosuję (random z niewiekimi wagami) i muszę się wytłumaczyć. Nie liczy się, co powiedziałem, że chcę na obiad, lecz dlaczego to powiedziałem.

- metoda 'eleminacji' - ostatnio ją testowałem. Podałem dania, których danego dnia nie chcę jejść. Pomysł okazał się kompletnie nietrafiony, gdyż zostawiłem ukochanej za dużo możliwości. Co gorsze z jednej strony musiałem tłumaczyć "dlaczego nie to" z drugiej pozostałem z pytaniem "co chcesz na obiad ze zbioru rzeczy, jaki pozostał po tym co wymieniłeś, że nie chcesz?" W praktyce okazało się to tym samym problemem.

- metoda 'piłeczki' - "a na co ty masz ochotę?", niestety żona za szybko odkrywa moje intencje i wyczuwa, iż w rezultacie mówię "zrób co chcesz, mi to obojętne". Słyszę wtedy, że to ja mam zdecydować. /tylko jak cholera zdecyduję, to będę musiał się tłumaczyć/

Wychodzi na to, że ja prosty facet, który chce coś po pracy zjeść - jestem winien wszystkiemu. Dla mnie naprawdę odpowiedź 'obojętnie' jest najbardziej trafną. Mam to ogromne szczęście, iż moja żona lubi te same potrawy, co ja i nie muszę się bać iż przygotuje coś czego nie lubię.

Kochanie zrozum: zjem to, co przygotujesz, kieruj się swoim gustem i chęciami. Gotujesz wspaniale i uwielbiam Twoje obiady. Dla mnie ważniejsze rodzaju dania jest jego obecność po powrocie z pracy. Nie przejmuj się więc mną... będę najedzony... będę szczęśliwy...

 

18:30, trucie-dupy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 lutego 2010
dupotrucie i srebrny medal

Oto fragment wywiadu z Adamem Małyszem z onet.pl:

Jak wyglądał pana dzień? Przed kwalifikacjami miał pan problemy ze snem. Czy teraz było podobnie?

- Rzeczywiście wczoraj już o piątej godzinie byłem na śniadaniu. Oczy mnie bolały i chodziłem taki trochę "przytrzymany". Wczoraj poszedłem sobie spać koło 23. Chciałem pospać do szóstej, ale o czwartej godzinie Stefankowi (Hula, mieszka z Małyszem w jednym pokoju - przyp. red.)... zadzwonił telefon i obudziłem się (śmiech). Nie mogłem zasnąć ponownie. Chyba godzinę patrzyłem w sufit, ale udało się. Obudziłem się o szóstej. Proszę Stefanowi wybaczyć. A wiem też, kto do niego dzwonił - biuro obsługi klienta (śmiech).

 

Widzicie! Zalewają spamem nawet sportowców. Złe biura obsługi klienta dwonią w dzień i w nocy. Chcę wiedzieć CO TO ZA FIRMA! Który operator komórkowy w sposób pośredni zabrał metry naszemu mistrzowi! Czas rozpocząć bojkot :)

 

10:55, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010
zima

Śnieg pada już ponad miesiąc. W miastach zalegają metrowe zaspy, w których widać warstwy geologiczne mówiące przerwach w opadach i przejazdach piaskarek. Dla niektórych to największa zima jaką pamiętają w swoim życiu.

Sytuacja na drogach jest niewesoła, chodniki zostały zredukowane do wąskich ścieżek, miejsca parkingowe zajęte są przez nawet dwumetrowe zwały śniegu zepchnięte przez pługi. Chodzenie po nieodśnieżonych schodach jest niezwykle niebezpieczne, a samochody praktycznie nie mają możliwości ostrego hamowania.

Można by się spodziewać, że 'dowcipy' o drogowcach będą wyjątkowo popularne w tych jakże niezwykłych czasach. Jednak wcale tak nie jest. Jest ich mniej niż zwykle. Zarówno fora internetowe, komentarze pod artykułami, czy fotki na słynnych już demotywatorach wcale nie krążą wokół tego tematu. Więcej mówi się o ekologach i "gdzie to całe oceplenie klimatu?".

Czy nasi drogowcy są tacy sprawni? Czy sytacja na drogach jest lepsza niż zwykle? Otóż nie... jedyna różnica to jej stabilność. Od miesiąca jest tak samo źle...

Polacy to marudzący naród. Każda zmiana sprawia, iż muszą pomarudzić jak to im źle i jak to inni nie wywiązują się ze swojej pracy. Jeśli zły stan się utrzymuje - przyzwyczajamy się.

Śnieżna zima trwa ponad miesiąc. Przyzwyczailiśmy się... kierowcy, którzy uwielbiali szybko jezdzić po mieście przetrwali 'szok' konieczności zwolnienia i dostosowali się. Paradoksalnie wolniej jeżdżący generują mniej korków, wykazują większą zrozumiałość, nie wpychają się na trzeciego. Śnieg zmusił ich do zwiększenia uwagi.

Tak samo niezmotoryzowani dojeżdżający do pracy - po miesiącu nieregularnie jeżdżąca komunikacja już nikomu nie przeszkadza. Ludzie wychodzą trochę wcześniej, pracodawcy wykazują zrozumienie dla sytuacji.

Zima, a raczej jej stabilność sprawiła, że jesteśmy lepsi...

Nie ważne jak jest źle, lubimy marudzić na zmiany, a nie na panujący stan. Dlatego wprowadzanie jakichkolwiek reform jest tak trudne.

 

 

11:42, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lutego 2010
Żony, które wciąż coś od nas chcą - cz2

O optymalności kupowania przez kobiety już pisałem. Żona moja za nic jednak bierze sobie ilość czasu jaką marnuje na podejmowanie decyzji. Dla niej przyspieszenie procesu kupna to nie zredukowanie ilości kroków algorytmu, ale gruntowne przepytanie mnie o potrzebne jej parametry.

Głośniczki do komputera... trzeba jakieś kupić. Ile czasu można je wybierać? Dziś jest 3 dzień i jakaś 8h przeglądania specyfikacji na necie. Ciekawe ile to jeszcze potrwa? Aktualnie jest na etapie "już wybrałam firmę i chyba model, ale muszę jeszcze przeszukać sieć aby mieć pewność, zę to na pewno dobry wybór".

Przesadzam? Wcale nie... Czy kotokolwiek z was ściągał próbki dzwięków o niskich częstotliwościach aby sprawdzić jakie ma znaczenie czy głośniki są od 22 czy 40kHz? Aż żal było mi mówić, iż głośniki na których te dźwięki słuchała nie mają za dobrej specyfikacji i raczej słyszała nie to, co trzeba.

Apetyt żony rośnie w miarę czytania. Dwa zwykłe głośniczki szybko przeszły w sprzęt klasy 2+1. Teraz dochodzi kwestia czy ze wzmacniaczem /no bo, jak można trochę dopłacić to czemu nie/, potem będzie ilość membran w głośnikach /no bo, jak można dopłacić za wysokotonową to dlaczego nie/ potem dodatkowe gałki do sterowania /no bo, jak można dopłacić.../, no i oczywiście wyświetlacz /bo dopłata jest niewielka.../

Mówiłem, zwykłe głośniki do 200zł... więc żona uznała toł za kwotę minimalna... /no bo dopłata 20zł za bajery chyba nie ma znaczenia/. Moja połówka nawet nie patrzyła na głośniczki za 70zł /no skoro 200zł to mogę zaszaleć/.

Nawet nie sądziłem, że zwykłe głośniki mogą sprawdzić tyle wątpliwości przy kupowaniu /o dziwno ich wygląd jest najmniej ważnym parametrem!/. Zmuszony będę chyba kupować rzeczy bez jej wiedzy i robić z nich prezenty. W przypadku radia okazało się to idealne... kupiłem i nigdy nie marudziła, że czegoś jej brakuje. Aż strach pomyśleć, co by było gdym powiedział "kochanie potrzebujemy radia".

Czasem mam wrażenie, że jedynym plusem tego systemu kupowania jest fakt, iż trudno mej ukochanej wydawać pieniądze szybciej niż je zarabiam /dla niektórych to pewnie kobieta ideał, niestety patrzę na to inaczej/.

---

sprostowanie: żona po przeczytaniu stwierdziła, że to o próbkach jest nie do końca prawdziwe, bo wysokie częstotliwości też ściągała.

 

czwartek, 04 lutego 2010
dyskomunikacja

Przyszło ma maila zlecenie - 2 ulotki reklamowe, grafika + skład. Sprawa była prosta. Dostaliśmy wytyczne co narysować oraz jaki tekst zamieścić. Wysyłam więc do rysownika stosowne informacje wklejając wytyczne zleceniodawcy.

Po kilku godzinach otrzymałem grafikę, zacząłem dorzucać co trzeba, brakowało logotypów w formacie wektorowym, więc piszę:

mail do kobiety: potrzebuję logotypy w formacie wektorowym, może mi je Pani przesłać?

mail od kobiety: /przesłała jpg/

mail do kobiety: to są pliki jpg, a ja potrzebuję najlepiej cdr

mail od kobiety: nie mamy nic innego /i mówi to baba odpowiedzialna za marketing/

 

No cóż, wszedłem na stronę ich firmy i samemu sobie znalezłem /baba pewnie nie wie, że je ma/. Zrobiłem projekty i wysłałem kobiecie.

Kolejny dzień:

Dzwoni kobieta mówiąc, iż jedna ulotka jest super (za wyjątkiem drobnych literówek do poprawienia), ale po drugiej nie tego oczekiwała. Pytam w czym dokładnie problem... odpowiada, iż nie podoba się im obrazek /narysowany wedle wytycznych/ i że koleżanka, która wysłała zlecenie podała niedokładne dane /jak dla mnie były aż za dokładne/ i że to ma być zupełnie inaczej. Czytam kobiecie co wysłano nam w mailu, a ona na to: "moja koleżanka ma problem w przekazywaniem treści, to nie tak miało wyglądać"

No dobra, klient płaci, klient wymaga. Dzwonię do rysownika, przedstawiam sytuację dodając kilka epitetów. Literówki rysownik poprawia i odsyła, w przypadku rysunku rzuca przekleństwami i bierze się do roboty.

Dzień kolejny:

mail od kobiety /tej od problemów z przekazywaniem treści/: Projekt super. Może Pan poprawić literówki?

mail do kobiety: Gdzie są literówki? (tekst wklejałem z dostarczonego pliku)

mail od kobiety: no tak, zawsze nasza wina

mail do kobiety: Nie wiem czyja wina. Proszę powiedzieć gdzie są literówki, to je poprawię.

mail od kobiety: /wilicza co i jak, ale dotyczy to poprzedniego projektu, który rysownik już im odesłał poprawiony/

mail do kobiety: proszę sprawdzić pocztę koleżnaki, rysownik już wysyłał poprawioną wersję

mail od kobiety: tak mamy, ale chcieliśmy to w formacie pdf

mail do kobiety: proszę mi przesłać plik do go Pani zapiszę w innym formacie /opcja "zapisz jako"/

mail od kobiety: /przesyła 1 z dwóch plików/ może Pan też przesłać to do drukarni? /no tak, pewnie nie wie jak się ftp używa/

mail do kobiety: proszę przesłać drugi plik

mail od kobiety: /przesyła drugi plik/

mail do kobiety: ale ten z poprawionymi literówkami poproszę.

 

Projekt zakończony... mija kilka godzin... nagle kolejna informacja:

mail od kobiety: zrobił Pan zły format, miało być B5 z 3mm spadem, a nie A4

/miało być? kurdę gdzie? nigdzie tej specyfikacji nie podały. Cały czas dostawały projekt w A4, zaakceptowały, więc dalej na nim pracowałem, a o spadzie nic nie wspominały.../

mail do kobiety: poprawiłem... jeszcze jakieś niespodzianki?

Przesłałem drukarni cdr i pdf... jak baby będą miały jeszcze ekstra pomysły, to niech oni im je poprawiają i ekstra każą płacić.

 

18:42, trucie-dupy , interakcje
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
dupotrucie i ochrona danych osobowych

Dziś o tym, jak to ja innym dupę truję.

Przez lata współpracy z zarzadem Polskiego Stowarzyszenia Go musiałem przebijać się przez wiele biurokratycznych barier oraz spełniać dziesiątki /moim zdaniem bezsensownych/ wymogów. Przykładowo: co rok wprowadzali zmiany w sposobie rozliczania paliwa (o których zawsze informowali mnie po fakcie). Jakby nie było, duża część tych irytujących spraw należy do grupy, gdzie jeśli znajdzie się dobra wola u obu stron można to załatwić w sposób nieskompikowany.

Polskie prawo ma wiele luk, nieścisłości i cała sztuka skutecznego zarządzania polega na ich znajdowaniu. Najgorsi są ludzie: "rób wszystko dokładnie wedle zasad, a jak nie ma zasady to jej szukaj".

Kilka lat męki z takimi agentami potrafi nieźle zirytować człowieka. Teraz przyszedł czas odpłacenia pięknym za nadobne.

Przez 30 lat listę rankingową PSG prowadził jeden człowiek. Na początku tego roku zrezygnował z funkcji, gdyż zarząd przez wiele miesięcy nie zrobił nic, aby stworzyć nowy system informatyczny tej listy. Skończyło się na tym, że listę przejął członek zarządu i w miesiąc zmuszony był stworzyć jakąś wstępną wersję (i nawet mu to wyszło).

Tu wkraczam ja /kierując się czystą złośliwością/. Zażądałem wykreślenia z listy rankingowej (wedle regulaminu mam do tego prawo), dodatkowo zażądałem zakończenia przetwarzania moich danych osobowych. To już stanowi problem. Baza danych stworzona do tej wstępnej wersji listy nie przewidywała czegoś takiego. Co więcej, prowadzący nie spodziewał się, że ktoś poruszy kwestię ochrony danch osobowych.

Sprawa nie jest taka prosta. Do tej pory lista rankingowa istniała dzięki dobrej woli jej uczestników, ale niezgodnie z prawem polskim. Gdyby dobra wola funkcjonowała dalej problemu by nie było. Jak pisałem wystarczy, że dwie strony się nią wykazują i problemy znikają. Ja jednak, na zasadzie "wdzięczności' za przeszłe kłody, wyrzuciłem im na drogę ładunek całego tira.

Zgodnie z prawem każda baza danych osobowych musi być zgłoszona do GIODO (Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych). Muszą być zachowane odpowiednie standardy ich przetwarzania, osoby to robiące posiadać przeszkolenie, a osoby z listy wyrazić zgodę na przetwarzanie.

ŻADEN z powyższych punktów nie jest spełniony. Więc nic dziwnego, że PSG ma problem. Jak trzeba też potrafię truć dupę, być złośliwym i irytować. Proszę zarządzie PSG wypij teraz to całe piwo nieżyczliwości, które sobie warzyliście przez ostatnie lata.

Skończy się oczywiście na nerwach /niech dla odmiany teraz oni się denerwują/, konsultacjach z GIODO /ptaszki ćwierkają, iż już to robią/ i konieczności pytania każdego uczestnika listy z osobna, czy wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych.

Efekt będzie jeden. Lista rankingowa mająca aktulanie niecałe 300 nazwisk (w okresie świetności było to ponad 500) zmniejszy się jeszcze bardziej.

 

niedziela, 24 stycznia 2010
sezon na marudzących studentów

Przychodzą i marudzą, że to pytania za trudne, że prowadzący zmienia zasady, że nie tego się spodziewali, że mają problemy z zaliczeniem przedmiotu, a przecież byli na połowie zajęć... i cokolwiek.

Marudzą i tłumaczą się, że kot był chory, że to nie jego ulubiony przedmiot, że nie mają warunków do nauki, no i że musieli uczyć się na inne przedmioty.

Pokolenie Czarnobyla, gimnazjów i matury Giertycha. Bardzo proszę zapamiętajcie sobie kilka następujących faktów:

A) Jeśli ktoś prosi o oddanie programu, który będzie działał na uczelnianym komputerze, to odpalenie go na własnym laptopie nie jest wykonaniem polecenia. Rozumiem, że ćwiczycie już bycie adminami i rzucacie tekstami "u mnie działa", ale mimo wszystko musicie się postarać.

B) Jeśli ktoś wam podaje specyfikację (język programowania, środowisko, wersję programu), to zmienianie jej i podawanie argumentu "bo ja tego używam" jest tak samo skuteczne jak punkt powyższy.

C) Jeśli ktoś się stara, to nie ma szans aby oblał. Starających się studentów widać - choćby po frekwencji na zajęciach. Bardzo łatwo zrozumieć, że ktoś ma problemy z przyswojeniem materiału nawet jeśli był na wszystkich zajęciach i można coś z tym zrobić, ALE wymaganie przez niskofrekwencyjnych studentów tego samego jest przeginaniem.

D) Jeśli na egzamin dostajecie kilkadziesiąt zagadnień do wykucia na pamięć, to pomyślcie trochę! Istnieje coś takiego jak starsze roczniki, jak opracowane przed lata odpowiedzi na te pytania, a jeśli macie trochę pojęcie o przedmiocie, lub co mniej prawdopodobne chodziliście na wykłady to wiecie co jest ważniejsze. Prowadzący mają swoje 'koniki' zestawy często wybieranych pytań. Przy odrobinie szczęscia możecie opracować podzbiór kilkunastu pytań, których nauczenie zagwarantuje wam zaliczenie.

E) Zadawajcie pytania! Jeśli na egzaminie prowadzący chce usłyszeć wasze pytania, to do jasnej cholery zadawajcie je! Tym bardziej jeśli wyznaczył swoich doktorantów do pilnowania egzaminu, a sam gdzieś indziej siedzi. Oni NAPRAWDĘ wam pomogą, ale nie wprost. Najpierw musicie zadać pytanie, w odpowiedzi na które można zawszeć istotną podpowiedź do zadania. Przykro mi, ale nikt nie będzie podpowiadał matołkom, którzy siedzą cicho i NIE WIEDZĄ nawet o co zapytać.

F) Istnieje coś takiego jak KONSULTACJE. Niektórzy profesorowie nie uświadczyli na nich studenta od dobrych kilku LAT! Czy wiecie, że konsultacje tak, jak punkt powyższy mogą wam pomóc na egzaminie? Wiecie, że w geście wdzięczności, iż przyszedł jakiś student i wyraził zainteresowanie tematem profesor może podać tematy, do których warto "szczególnie" się przygotować? Oczywiście podstawowym problemem jest "o co zapytać?" Niestety studenci nie posiadają tej elementarnej umiejętności.

G) Czytajcie regulaminy! Warto znać swoje prawa i obowiązki, szczególnie w zakresie zaliczeń i egzaminów. Argument: "błagamy niech Pan zrobi jeszcze jedną poprawkę" nie działa. Ale podparcie się stosownym regulaminem pomoże!

H) KUPUJCIE GAZETY. Nic tak nie pomaga zdać egzaminu, jak dobra gazeta zostawiona na stoliku pilnującego profesora.

 

Miłej sesji!

 

 

 

13:17, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010
problematyczne rozwiązania problemów

Przy okacji przeglądania stron internetowych naszła mnie ostatnio dość nieczęsta chęć dokonania kilku przemyśleń. Na moje szczęście temat okazał się miły i lekki. Oto wnioski:

Rozwój technologiczny jest naszym utrapieniem i szczęściem jednocześnie. Choćby komórki, które sprawiają, iż zawsze możemy się skontaktować z innymi osobami i niestety oni również to mogą uczynić. Wraz z nowymi wynalazkami pojawiają się nowe problemy, a stare znikają. Dla naszego komórkowego przykładu będą to odpowiednio: wstyd jeśli nasz telefon był niewiciszony i zadzwonił w nieodpowiednim miejscu i brak przejmowania się godzinami oczekiwania na połączenia międzymiastowe.

Nieistniejących lub zanikających problemów jest sporo. Jednakże nie jestem przekonany, czy alternatywy okazują się lepsze.

Kolejki w sklepach i dostępność produktów niech będzie pierwszym przykładem. Dziś nie ma kolejek za dostawą towarów. Dziś mamy wszystko co chcemy w zasięgu ręki. Pojawił się jednak problem wyboru. Kiedyś kupowało się rzecz bo BYŁA, dziś wybiera się godzinami. Możliwe, że czas jaki poświęcamy na analizowanie promocji, możliwości i innych skomplikowanych elementów przy kupnie choćby telewizora zajmuje więcej czasu niż kiedyś stanięcie w kolejce i wyczekanie na swoją kolej.

Brak dostępności Internetu był wielkim problemem mego pokolenia. Większość moich równieśników zna na pamięć melodyjkę modemu i doświadczyła dyskusji z rodzicami na temat wysokości rachunków. Co dziś mamy za to? Powszechny, tani Internet, do którego każdy ma nieograniczony dostęp. Pięknie? Nie do końca. Średnia ilość czasu spędzanego przed komputerem bardzo szybko wzrasta w naszym społeczeństwie. Stajemy się uzależnieni i zaniedbujemy inne aspekty naszego życia - jak rodzina czy sport.

Z komputerami związanych jest wiele innych problemów. Choćby gry komputerowe. Kiedyś były powszechne, gdyż nie istniały przepisy regulujące piractwo. Potem się to zmieniło i zdobycie wymarzonej gry było trudne. Samo pogranie w wersję demo było osiągnięciem. Dziś? Dema gier nie istnieją. Gry są masowe i dostępne /choć wciąż dużo kosztują/. Internet sprawił, że kogo nie stać - może sobie piracką kopię ściągnąć. W rezultacie ściągamy na potęgę - grając i nawet nie kończąc gier. Kiedyś demo przechodziło się 10x, dziś nie chce się nam skończyć przygody.

Kserokopiarki - niezbędnik studentów. Czy możecie sobie wyobrazić studia bez ksero? Nasi rodzice jezdzili z aparatami po bibliotekach robiąc zdjęcia potrzebnych materiałów. My zawsze mamy pod ręką komórkę. Wtedy książki były kupowane i były tańsze. Nie istniały wykłady w formie elektronicznej. Każda praca była odręcznie napisana, a jeśli już była drukiem to dzięki maszynom do pisania, które nie wybaczały błędów. Jest więc lepiej? Nie do końca. Wygoda sprawia, iż stajemy się leniwi. Studenci też stają się leniwi. Dostępność materiałów pozwala nam bardziej olewać studia. To samo zresztą jest już w szkołach średnich, gdzie dzięki portalom jak ściąga.pl życie licealisty staje się łatwiejsze /czy aby tylko?/

Albo taki trywialny problem jak transport. Kiedyś samochodów było mało, ruch na ulicach nie był takim problemem. Dziś korki są zmorą naszego miejskiego życia. Jesteśmy już do nich tak przyzyczajeni, iż nie dostrzegamy innych możliwości. Można je jednak znaleźć i to całkiem niedaleko. Taka Holandia ze swoimi rowerami - tak WIĘKSZOŚĆ ludzi używa właśnie tego środka komunikacji i dobrze na tym wychodzi.

Świat się zmienia. Żyjemy w zaiste ciekawych czasach. Nie wiem jednak, czy postęp technologiczny w ogólnym rozrachunku bardziej nam nie szkodzi, niż pomaga. Podałem tylko kilka przykładów. Aspektów jest jednak dużo więcej: kwiestie zdrowej żywności, ceny i dostępność paliw, ilości miejsc w przedszkolach, trwałości produktów i środków używnych do ich konserwacji, nowoczesnego systemu bankowego i oszustw finansowych, zdrowia dzieci - choćby astma, czytanie i wtórny analfabetyzm i wiele, wiele, naprawdę wiele innych.

Nasi rodzice wciąż powtarzają "za naszych czasów", ja już po 10 latach mogę to samo powiedzieć. Świat przyspiesza i ciężko będzie go zatrzymać.

 

14:17, trucie-dupy , interakcje
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 stycznia 2010
ankiety pracownicze

Dostaliśmy w pracy ankiety oceny pracownika. Składają się z dwóch części. W pierwszej oceniamy się w skali od 1-5 w różnych aspektach, następnie to samo robi nasz bezpośredni przełożony. /w praktyce liczy się nie to co potrafisz, tylko czy twój przełożony cię lubi i nie zechce cię udupić/

Druga część to jakaś marna przeróbka powszechnych testów na silne i mocne strony pracownika. Miałem z nią nie lada ubaw. Poważny /podobno/ test wypełniany przez zwykłego bibliotekarza. Dość tendencyjne pytania sprawiły, że odpowiedzi nie mogły być sensowne:

Zaczęło się od mocnych stron (wymieniłem co trzeba: języki, komputery, zdolności organizacyjne), potem słabe /tu trzeba umieć dobrze coś napisać, aby się nie wkopać/. Padło na nielubienie rutyny, nielubienie rozmianiania przez telefon i ambicje finansowe /no w koncu przeszkadzają mi w osiągnięciu sukcesu na stanowisku bo kasa za tę pracę jest marna/.

Na pytanie jakie elementy dają mi satysfakcję, miałem dobrą odpowiedź: wygodny dojazd do pracy /25 minut/.

Z rzeczami przeciwnymi było ciekawiej. Jako główne ograniczenie wymieniłem oczywiście nieznajomość haseł administracyjnych /coś trywialnego się zapsuje i musimy ich wzywać z głównego budynku - zamiast samemu naprawić/.

W ambicjach było najciekawiej. Co można napisać jak ktoś pyta o stanowisko, które chcę zajmować za 5 lat? Niby mam jakiś wybór? Co mam napisać o sposobie w jaki chcę osiągnąć ten cel? Jestem gdzie chcę być. W tej pracy jestem ponieważ ją lubię, a nie ze względów finansowych czy ambicji. Takich ludzi jak ja jest mało /no bo kto pracuje prawie społecznie mając dużo lepsze możliwości/, ale moim szaleństwie jest metoda.

Lubię moją pracę :)

 

 

 

14:14, trucie-dupy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2010
3-dniowe szkolenie sprzątaczki za 2 tys zł

Podobno Polska jest na pierwszym miejscu pod względem wykorzystania środków z UE. Źródeł tego sukcesu wcale nie doszukiwałbym się w rzeczach pozytywnych. Polacy potrafią wykorzystać każdą okazję do dorobienia, fundusze UE są jedną z nich.

Gdybym miał zgadywać na podstawie doświadczenia - powiedziałbym, że co trzecia złotówka otrzymana w ramach projektów idzie do prywatnych kieszeni. Zawyżone faktury, znajomi będący podwykonawcami projektów, nieodpowiednie zakupy itp... możliwości jest sporo i każdy je skwapliwie wykorzystuje.

Nie są to wcale małe kwoty, jak ktoś kiedyś powiedział "jak kraść to miliony".

Przykład z pobliskiego podwórka:

Jest sobie pewna firma sprzątająca z Poznania. Udało jej się otrzymać 4,5 mln zł dofinansowania (sam projekt jest o wartości 7,5 mln zł) na "podnoszenie kwalifikacji pracowników". Wedle projektu 2500 osób będzie brało udział w szkoleniach.

Teraz pomyślcie trochę. Szkolić będą sprzątaczki - osoby, które zarabiają grosze. Z projektu wynika, że na osobę przeznaczą prawie 2 tys zł. W ramach 3-dniowego szkolenia wydadzą na sprzątaczkę jej 3 miesięczne wynagrodzenie?

Jakkolwiek szczytne dokształcanie pracowników nie jest - łatwo sobie tu wyobrazić wszelkiego rodzaju oszustwa:

- wkład własny - skąś te 2 mln wkładu własnego muszą mieć, na szczęście nie musi to być gotówka. Doliczmy paliwo samochodów firmowych /oficjalnie to nimi pracownicy byli dowożeni/, doliczmy materiały biurowe /które i tak by kupili do codziennej działalności/, komórkę prezesa też warto doliczyć /i każdego dyrektora/, do tego prąd, koszty kampani promocyjnej wśród pracowników itp... jakoś 2 mln bez wydawania dodatkowej złotówki się znajdzie.

- osoby szkolone - cieżko znaleźć 2 tys sprzątaczek. Ale to też nie problem. Zatrudniamy osobę, wysyłamy ją na szkolenie, oficjalnie wydaliśmy na to 2 tys, nieoficjalnie 300zł. Pracownika zwalniamy. Taka osoba jest zadowolona bo ma papierek, my bo wyrabiamy normę.

Dochodzi do takich paranoi, że na szkolenie wysyła się osoby, którym w poniedziałek wręczy się dyscyplinarkę... /no ale kasa leci, więc co się przejmować/

- poczęstunek i inne atrakcje - bez nich szkolenia się nie obejdą, w ramach tych finansów szeregowi pracownicy świetnie się bawią, prezesi upijają najdroższymi alkoholami w lokalu obok. Dla firmy też coś musi zostać, więc kupi się zapas kawy i cukru na rok, upominki itp.

 

Dwa lata życia za pieniądze Unii. Kraść nie umierać.

 

Ktoś kiedyś wpadnie na pomysł napisania projektu, którego celem będzie sprawdzanie innych projektów, a potem dorobi się milionów na łapówkach.

 

wtorek, 05 stycznia 2010
Historia pewnego stowarzyszenia

W ostatnich latach jestem świadkiem powstawania dziesiątek nowych stowarzyszeń. Wystarczy zebrać kilkanaście osób /podpisów/, przepisać od kogoś statut i wykosztować się na wpis do KRS-u. Co za to mamy? Praktycznie nieograniczone możliwości składania wniosków o dofinansowanie z Unii Europejskiej.

Kasa, która idzie na stowarzyszenia jest ogromna. Przyjaciele kultury, stow. miłośników truskawek, klub dobrych zwyczajów żeglarskich... każdy pomysł ma szansę na realizację.

W ten sposób Unia daje nam obywatelom możliwość działania. Wszędzie gdzie znajdzie się kilkanaście osób chętnych do zebrania się pod jednym sztandarem - można zdobyć pieniądze.

Gros tych nowych stowarzyszeń powstało tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nazywam je stowarzyszeniami jednego projektu. Powstają, składają wniosek, otrzymują dofinansowanie i jego członkowie żyją z tych pieniędzy.

Nawet władze widzą ten problem /to chyba wystarczająco świadczy o jego skali/ dodając w rubryce wniosku pozycję: wiek instytucji ubiegającej się o dofinansowanie.

Mimo tego wątpliwej jakości postępowania jest bardzo dużo stowarzyszeń, które są prężnie działającymi instytucjami pomagającymi setkom, a nawet tysiącom ludzi.

Są też inne przypadki, z których jeden chciałbym przedstawić.

 

Polskie Stowarzyszenie Go istnieje od prawie 30 lat. To bardzo dużo. W czasie tego okresu zmieniło się w nim wszystko i to nawet kilkukrotnie. Najpierw była to grupa znajomych, chcących działać i regularnie spotykających się na turniejach goistycznych. Była to mała grupa nie mająca pieniędzy, ale i też nie mająca aspiracji podboju świata /tudzież Polski/. Marzenie, iż każdy w kraju będzie wiedział przynajmniej co to Go - było nieosiągalne.

Potem przyszedł boom przełomu lat 90 i nowego wieku. Liczba goistów rosła lawinowo, pojawiło się wielu ambitnych i chętnych do pomocy działaczy, do stowarzyszenia dołączały osoby w całej rościągłości wiekowej. Można było optymistycznie patrzyć w przyszłość. Wciąż nie było pieniędzy, ale za to były chęci i zrealizowano wiele wspaniałych projektów.

Rok 2004 okazał się przełomowy - po raz pierwszy stowarzyszenie miało pieniądze (i to całkiem niemałe). Był to również moment krytyczny w którym wszystko zaczęło się psuć.

Dziś stowarzyszenie jest na poziomie sprzed 15 lat. Liczba goistów spadła trzykrotnie, osoby chętne do pomocy można policzyć na palcach. Nie realizowane są żadne projekty mające popularyzować go w nazym kraju... wszystko się skończyło... dlaczego?

Winą można obarczać wszystko i wszystkich. Każdy może przedstawić sensownie brzmiący argument, który w jakimś stopniu będzie opisywał przyczyny upadku PSG.

Dla mnie najważniejszym powodem jest samolubne uwielbienie idei stowarzyszenia. Czyli zapatrzenie się w samego siebie bez spoglądania w realia.

Zarząd PSG w ostatnich latach dąży do stworzenia z Go sportu umysłowego, już nie hobby, ale dziedzina sportu jak szachy czy warcaby. Wszystko pięknie tylko zapomina się w tym wszystkim o ludziach.

200 aktywnych turniejowo graczy (co najmniej 2 turnieje w roku) i kilka osób działających w środowisku to za mało! Go nie jest znaną grą, nie jest popularna, nie ma siły przebicia. Pomimo swego potencjału jest nieatrakcyjna dla osób z zewnątrz. Celem Polskiego Stowarzyszenia Go przez lata była popularyzacja Go, dziś kończy się na zamykaniu się w swoim małym światku i próbach wprowadzania reform, którym większość jest przeciwna.

Przez ostatnie lata zarządy skutecznie zniechęciły do działania wielu goistów. Lokalni działcze, od których w największym stopniu zależał czynnik popularyzacji odeszli. Czy to z powodu personalnych peturbacji, czy nieakcetpowania kierunku zmian w jakim zmierzało PSG. Pozostał zarząd, pozostały pieniądze i nic więcej. Głowa bez ciała, gdyż jego członki uznały, iż lepiej sobie radzą bez niej.

Tak długo jak władze PSG nie zrozumieją, że siła stowarzyszenia tkwi nie w regulaminach, nie w autopromocji, ale w charyzmie członków, tak długo nic nie ulegnie poprawie. Ludzi nie interesują kolejne regulaminy, czy kolejne turnieje mające wyłonić reprezentanta na jakiś zagraniczny event /od lat jeżdżą te same osoby/. Szarych członków nie interesuje patos, ich interesuje możliwość działania na lokalnym poletku. Ich nie interesuje nowy regulamin klubów afiliowanych i prawa i obowiązki z nim związane, ich interesuje miła i życzliwa współpraca.

Bycie miłym i życzliwym jest najważniejsze - tak rodzi się współpraca.

Niestety te czasy odeszły w zapomnienie. Co rok, dwa jest łapanka na nowy zarząd PSG, co roku nie ma chętnych lub osoby, które się zgłoszą szybko się poddają. W ten sposób z roku na rok jakoś zarządu i zarządzania ulega obniżeniu... degeneracja.

Kto dziś jest we władzach?

prezes - jeden z najsilniejszych graczy w naszym kraju. Wielokrotnie reprezentował nas za granicą. Jako gracz osiągnał bardzo wiele, niestety jako prezes jest introwertykiem bez charyzmy. No i wciąż dochodzi argument jego przeciwników, którzy mówią iż nie jest w jego interesie (jako reprezentanta kraju) rozwijać Go, gdyż zwiększa mu to konkurencję.

vice-prezes - człowiek, o którym mało środowisko słyszało, aż do momentu, kiedy zaczął na nowo się udzielać. Jest dobry w tworzeniu regulaminów i praw i niestety w niczym innym. Jego pierwsza próba skończyła się wielkim oburzeniem ze strony innych graczy, iż może istnieć tak betonowa persona, która widzi tylko zasady i regulaminy a nie widzi ludzi.

kolejny vice - we władzach stowarzyszenia był już wielokrotnie, niczym nigdy się nie wykazał. Kolejna osoba bez charyzmy i interpersonalnych umiejętności. Kiedyś jako organizator najwiekszego międzynarodowego turnieju w Polsce spóźnił się godzinę, każąc ludziom czekać pod drzwiami (komórki oczywiście nie odbierał, bo po co). Przyszedł nikogo nie przeprosił, rzucił głupim tekstem i kazał wszystkim grać dalej.

szeregowy członek - jeden z tych, który jest pierwszy raz we władzach stowarzyszenia. Osoba, która wedle idei powinna uczyć się od starych i jednocześnie wnosić powiew świerzości. Problem w tym, że od starego betonu nie ma czego się uczyć, a wszelkie inicjatywy są skutecznie przez nich torpedowane.

drugi młody szeregowy członek - a raczej członkini - osoba o wręcz niespotykaniej umiejętności anty PR-u. Ona chcąc dobrze, robi wszystko tak, że na niespotykaną skalę obraża innych. Organizując inwentaryzację sprzętu wysyła do klubów takie listy, których niby łagodna treść sprawia, iż otwiera się nóż w kieszeni. Osoba, która na dużej imprezie nie zauważała, że żadna grupa ludzi nie chce z nią rozmawiać, ani mieć nic wpólnego. Osoba, która mimo to siadała i zaczynała mówić... o sobie...

 

Tak wygląda aktualny zarząd w zwierciadle mego bloga. Karykaturze, która jednak mówi trochę prawdy - brakuje charyzmy, brakuje ludzkiego podejścia, brakuje woli współpracy. Są regulaminy, są pieniądze, jest granie na przetrwanie. Doskonale się tu wpasuje motto, które kiedyś umieścił na stronie PSG drugi vice... brzmiało ono miej więcej: najważniejsze to nie przegrać.

Nic więcej. Żadnych ambicji, nie mówimy o zwycięstwie, ale o uniknięciu klęski.

Polskie Stowarzyszenie Go jest umierającym tworem, które w swojej wieloletniej działalności ma najlepsze i najpełniejsze regulaminy, wysyła wielu reprezentantów za granicę, dysponuje sporymi środkami finansowymi i nie ma żadnych mniej lub bardziej charyzmatycznych osób, które chcą temu stowarzyszeniu pomagać.

Paradoks, czy też brak niszy do istnienia takiej współpracy?

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6