O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
Kategorie: Wszystkie | interakcje | rodzina i znajomi | spam | urzędy i instytucje
RSS
piątek, 15 listopada 2013
Rozważania o testowaniu cz1

Mówienie o testowaniu jest modne

Testowanie stało się modne. Pisze się o nim coraz więcej, ustala normy, certyfikuje, firmy tworzą dedykowane zespoły, uczelnie otwierają specjalistyczne kierunki, a portale pracy zarzucane są ofertami na stanowisku testera oprogramowania. Wraz ze wzrostem popularności następuje również rozwój mitów i legend, które niestety rozprzestrzeniają się w zastraszającym tempie. Chciałbym przedstawić swoje przemyślenia o tej branży z punktu widzenia osoby związanej z edukacją (wykładowcy), jak i z branżą IT (kierownika zespołu testowego). Moją analizę potraktuję jako zabawę. Opowiadając o wielu aspektach będę je ‘testował’ tworzył przypadki testowe, scenariusze i jeśli się da - sprawdzał rezultaty.

Na początek przedstawmy sobie trzy główne poziomy testowania:
1) Czy działa? – sprawdźmy czy dana rzecz funkcjonuje
2) Czy działa poprawnie? – sprawdźmy czy wszystko funkcjonuje wedle ustalonych zasad biznesowych
3) Jak zepsuć? – sprawdźmy czy odejście od ustalonych zasad lub tworzenie nowych scenariuszy potrafi wywołać  nieprzewidywane i/lub niechciane efekty.

Te trzy poziomy są świetnym przykładem na pokazanie różnorodnego podejścia do testowania. Na zajęciach zawsze zadaję pytanie „Dlaczego tworzy się dedykowane zespoły testowe? Dlaczego developer czy analityk nie są najlepszymi kandydatami do testowania?”.

Powodów jest wiele: od kosztów (testerzy to jednak tania siła robocza), przez zasadę ‘niezależności’ (developerzy nie powinni sprawdzać wzajemnie swojej pracy), do właśnie podejścia do testów. Analitycy czy developerzy stosują zasadę ‘good enough’ co oznacza, że zatrzymają się na co najwyżej drugim poziomie i nie będą na siłę doszukiwać się usterek czy usprawnień.

Takie podejście do testów jest obarczone sporym ryzykiem dostarczenia oprogramowania słabej jakości i kompletnie nie nadaje się w przypadku firm, które chcą tworzyć nie tylko projekty ale i wartościowe produkty.

Testerzy są potrzebni – to wiedzą i zauważają wszyscy. Firmy potrzebują ludzi do testowania, uczelnie otwierają kierunki specjalizujące się w tej dziedzinie, młodzi ludzie zauważają okazję i starają się przebranżowić. Trend na pierwszy rzut oka jest fajny. Jednak spróbujmy to dokładniej przeanalizować, gdyż fakt, że dużo się mówi nie oznacza, że dobrze i sprawnie się działa.

 

Część 1. Wyedukujmy sobie testera

Uczelnie pragnąc unowocześnić swój program otwierają kierunki dedykowane testowaniu – jest to fajny przykład dostosowywania się do potrzeb rynku i na pewno idea przechodzi pierwszy poziom testów „działa”. Jednak zastanówmy się jakie są zasady biznesowe i czy są spełnione. Potem pomyślmy, co może się nie udać i jakie są ryzyka związane z ideą wytwarzania oprogramowania…

Sformujmy zasady biznesowe:
1) osoba po kierunku ‘testowanie oprogramowania’ powinna dysponować wiedzą i umiejętnościami pozwalającymi na łatwe zdobycie pracy na stanowisku testera.
2) osoba po kierunku ‘testowanie oprogramowania’ powinna posiadać wiedzę, która stanowi wartość dodaną dla firmy (występuje w roli specjalisty czy eksperta).

Jak to przetestować?

Możemy przyjrzeć się absolwentom przeanalizować ich potencjał rekrutacyjny czy wiedzę. Problem w tym, że nie ma jeszcze absolwentów. To nowy projekt w pierwszej iteracji i nie możemy czekać tak długo. Nasze przypadki testowe powinny być dostosowane do tego czym dysponujemy.

Popatrzmy więc na program zajęć, ich organizację, samych studentów i ich podejście i spróbujmy z tego ekstrapolować nasze wnioski. Mam okazję prowadzić zajęcia z zakresu testowania na WSB oraz uczestniczyć w organizacji planu takich zajęć na innych uczelniach. Standardowym dokumentem karta przedmiotu – gdzie rozpisane są zajęcia i ich zakres. Łatwo więc analizując ten dokument określić jakich testerów sobie wykształcimy.

Tu niestety pierwsze rozczarowanie. Karty przedmiotów z którymi się spotkałem były niedostosowane do potrzeb. Jedna dla przykładu była przekopiowaniem kilku najważniejszych rzeczy z sylabusa ISTQB, druga skupiała się na organizacji testów jednostkowych i skupiona była głownie na testowaniu przez developerów.

Innym problemem jest właściwe wyważenie pomiędzy teorią testowania a praktyką. Uczelnie posiłkujące się sylabusem ISTQB skupiają się praktycznie tylko na teorii. Rzeczy związane z psychologią testowania czy ogólnie podejściem do testowania – czyli umiejętności miękkie są pomijane lub traktowane po macoszemu. Jeśli firma informatyczna ma ustalone procesy testowania, wzory dokumentacji czy inne tego typu elementy, to w procesie rekrutacji skupi się na poszukiwaniu osoby pomysłowej, nieszablonowej, potrafiącej doszukiwać się problemów – a nie teoretyka, który wie na jakie typy testy można dzielić.

Nie ma nic złego w takich przedmiotach jeśli to fakultety i w ramach całego kierunku znajduje się kompletny zestaw przedmiotów poruszający różne zagadnienia z zakresu testowania.

Nikt chyba jednak nie podszedł od tej strony… nie pomyślał jakie przedmioty stworzyć i w jaki sposób z kierunku „testowanie oprogramowania” stworzyć kompletny pakiet. Uczenie idąc na poziom minimum po prostu wzięły inne kierunki i dodały jakieś losowe przedmioty związane z testowaniem. W rezultacie 80-90% to klasyczne przedmioty z innych kierunków (wiedza ogólna) + 10% coś losowego z testowania (chaotyczne wycięcie wiedzy specjalistycznej).

Jaki jest sens realizowania projektu, jeśli już sama dokumentacja jest niekompletna i z niej wynikają duże braki? W klasycznym projekcie informatycznym po zauważeniu czegoś takiego PM projektu by kazał to dokładniej przeanalizować i poprawić. W edukacji robi się roczniki eksperymentalne i czeka kilka lat na rezultaty. Dlaczego komisje programowe na uczelni nie zadadzą sobie trudu zapytania biznesu – czego w praktyce rynek pracy potrzebuje.

Już teraz widać, że nie jest dobrze zorganizowane – produkt tworzony przez uczelnie – będzie wybrakowany i niekompletny, a ciężar właściwej edukacji jak zawsze spocznie na firmach.

Nie tylko ramy programowe i zakres są problemem. Sami studenci również nie są przekonani do tego kierunku. Zadałem na zajęciach pytanie – „czy chcecie być testerami i zarabiać pieniądze jako tester oprogramowania?”. Okazało się, że nie – większość uczestników myśli o byciu grafikami czy analitykami a testowanie traktują tylko jako mało znaczący dodatek.

I jak przy takim podejściu mamy spełnić nasze założone zasady biznesowe? Nie da się…

Czy nawet jest sens tworzyć przypadki testowe i analizować ten problem od strony pytania „jak to zepsuć?”. No cóż… wydaje mi się, że to samo się psuje już w pierwszych krokach realizacji.

Ten projekt zdecydowanie wymaga poprawy… fajnie by było jakby uczelnie nie tylko posiłkowały się swoimi pracownikami, ale i wyszły do przemysłu i wspólnie spróbowały stworzyć kompleksowy plan nauczania, w którym przedmioty ogólne nie będą przekraczały 50% materiału.

Brakuje nam łączników. Brakuje ludzi, którzy połączą biznes z uczelniami. To bardzo odległe od siebie światy i potrzeba sporo wysiłku aby zbudować mosty między nimi. Wniosek ten nie dotyczy tylko testowana, ale można go rozwinąć

Koniec części pierwszej…
W następnym odcinku: rekrutacja testerów

 

sobota, 26 stycznia 2013
Upadek dydaktyki na Politechnice Gdańskiej

Od kilku lat, na uczelniach wyższych toczy się cicha rewolucja, której skutki już powoli zaczynają być odczuwalne. Inspiratorem tych zmian jest rząd i UE, niestety żadna z tych zmian nie wróży niczego dobrego naszemu systemowi szkolnictwa wyższego.

Dawne szkolnictwo można podsumować dość prostym schematem:
- 80% osób chodzących do szkół średnich zdawało maturę
- 40% osób z maturą kończyło studia wyższe
- 1% kończących studia decydowało się na doktorat (z tego 50% uzyskiwało ten stopień)
- 10% doktorów było w stanie osiągnąć tytuł doktora habilitowanego

Klasyczny schemat odsiewający. W zależności od wiedzy i umiejętności dochodziło się do jakiegoś stopnia naukowego. Można było to również postrzegać w drugą stronę – stopień naukowy ukazywał wiedzę człowieka. Na uczelniach byli więc cenieni profesorowie, młodzi doktorzy którzy dopiero rozpoczynali karierę naukową oraz starsi i doświadczeni doktorzy, którzy nigdy nie zdobyli habilitacji, ale ich doświadczenie choćby w nauczaniu było doceniane.

Te czasy odchodzą w zapomnienie.

Wprowadzona nowa ustawa o szkolnictwie wyższym nakłada obowiązek zdobywania w określonym czasie wyższego stopnia naukowego. Tak wiec magister na uczelni ma 8 lat na uzyskanie doktoratu, doktor ma kolejne 8 lat na zdobycie habilitacji. Już nikt nie patrzy czy dana osoba rzeczywiście ma możliwość dojścia do danego stopnia naukowego. W praktyce ustawa mówi, że magister musi w 16 lat zrobić habilitację, albo… zostanie uznany za niewartościowego pracownika!

Pomyślcie jakie dwie ogromne bzdury wprowadza to prawo. Po pierwsze zakłada się, że każdy może dojść do habilitacji /co automatycznie oznacza dewaluację tego stopnia naukowego/, po drugie uznaje się pracownika, który oddał uczelni kilkanaście lat pracy za bezwartościowego!

Doktorat czy habilitacja nie jest prostą sprawą. W praktyce trzeba prowadzić pracę badawczą i bardzo dużo publikować w renomowanych zagranicznych pismach. Jeśli jakiś doktor pragnie poświęcić się dydaktyce lub realizacji grantów dla przemysłu, automatycznie traci czas na robienie habilitacji. A warto tu zaznaczyć, że najzdolniejsi z doktorów habilitowanych robili ją przez 5-7 lat. /Geniusze potrzebują 7 lat! To ilu lat potrzebuje człowiek zaledwie inteligentny?/

Czyli w praktyce 8 letni czas na uzyskanie habilitacji staje się nierealny dla każdego pracownika, który za dużo czasu przeznaczy na dydaktykę lub przemysł. Co więcej nawet jak ktoś w całości odda się pracy naukowej to może się okazać, że nie dysponuje odpowiednimi predyspozycjami aby zdobyć ten stopień.

Doktor dowolnej uczelni wyższej staje więc przed dylematem, czy robić habilitację za wszelką cenę i kosztem innych aspektów, czy np. skupić się na nauczaniu i zostać za kilka lat wyrzuconym z pracy.

Jak to wygląda w praktyce?

Na uczelniach jest popłoch wśród pracowników naukowych. Jasno im się sugeruje, że wraz z nową ustawą jedyną wartością jaką oni stanową, jest liczba ich publikacji naukowych. Nie liczy się, że pracownik ma podejście dydaktyczne i jest ceniony przez studentów, nie liczy się, że pracownik na pół etatu pracuje w przemyśle i posiada praktyczną wiedzę, którą może przekazywać studentom, liczy się tylko generowanie prac naukowych – często bardzo teoretycznych, niepraktycznych i co gorsze takich, których nikt nie przeczyta.

Aż nasuwa się porównanie do rabinów analizujących biblię. Piszą opracowania, komentują sami siebie i w rezultacie żyją w swoim zamkniętym i niepraktycznym świecie, a życie setek ludzi przemija obok nich.

Pracownicy naukowi boją się. Wielu wie, że tytuł doktora to maksimum ich możliwości, coraz więcej zauważa, że przestaje się ich doceniać, za doskonałe wyniki nauczania – słowem powstaje bardzo nieciekawa atmosfera frustracji i niepewności.

Podam ciekawy przykład z mojego podwórka. Politechnika Gdańska i Wydział Elektroniki Telekomunikacji i Informatyki. Jakiś czas temu wydział ETI uzyskał najwyższą notę w Narodowym Centrum Nauki. Co automatycznie generuje łatwiejszy dostęp do pieniędzy na granty naukowe i badawcze. Był entuzjazm i euforia. Ogromny sukces wydziału, który zamienił się w jego klątwę.

Ponieważ co kilka lat następuje rewizja oceny NCN, wydział musi się starać utrzymać wysoki poziom. A jak ten poziom jest mierzony? W praktyce tylko publikacjami naukowymi. Jeśli czytaliście kiedyś w jakiejś gazecie ranking uczelni na podstawie ilości osób zdobywających pracę, czy współpracy z przemysłem, albo opinii absolwentów – zapomnijcie o tym. To tylko bujdy, którymi się karmi kandydatów. Uczelnie nie dbają o kandydatów i te parametry. Uczelnie dbają teraz tylko o publikacje.
Dla przykładu na moim wydziale liczba publikacji wzrosła dwukrotnie. Za to spadła ich jakość. Naukowcy zamiast pracować z nowym pokoleniem, zamiast przekazywać wiedzę i rozwijać w młodych ludziach miłość do nauki są zmuszani do produkowania teoretycznych i bezwartościowych dla społeczeństwa prac, które jednak mają ogromną wartość dla NCN.

Wielu moich znajomych magistrów i doktorów zastanawia się nad ucieczką z Politechniki Gdańskiej. Fatalna atmosfera pracy, ciągle rozliczanie z publikacji, roczne umowy o prace i ciągłe zmiany w zasadach ich przedłużania, niedocenianie za pracę ze studentami czy jakiekolwiek inne osiągnięcia nienaukowe sprawiają, że na poważnie myślą o rezygnacji z kariery na Politechnice.

„Jeśli mam się 8 lat męczyć, nie wiedząc czy uda zrobić mi się tą habilitację, to już wolę sprawdzić swoje siły w przemyśle” – powiedział mi jeden doktor.
Daję sobie dwa lata, jak się nic nie poprawi – odchodzę” – mówi inny.
Tu nie ma przyszłości, uczelnia techniczna zamieniła się w fabrykę teoretycznych artykułów” –
opiniuje jeszcze inny.

Pytanie komu zależy na zniszczeniu Polskiej kadry naukowej. Kto chce zniszczyć ich osiągnięcia dydaktyczne, umiejętności organizatorskie i praktyczną wiedzę wyniesioną z przemysłu? Kto pod przykrywką rozdawania pieniędzy chce obrócić w ruinę Polskie Uczenie Wyższe?

Jedynymi wygranymi nowej ustawy – są profesorowie. Siedzący na ciepłych posadkach – o dziwo nieruszani wykorzystują katorżniczą pracę doktorów i magistrów i dzięki ich publikacjom zdobywają dla siebie miliony z grantów.

Najwięcej tracą studenci. Z uczelni masowo zaczną odchodzić najlepsi dydaktycy – zostaną tylko naukowcy, których lepiej byłoby zamknąć z maszyną do pisania i pozwolić im produkować te publikacje, niż dopuścić ich do studentów. Tacy oderwani od rzeczywistości naukowcy zamiast rozbudzić pasje tylko zniechęcą młodych ludzi.

Z moich ostrożnych szacunków co 5 wykładowca na PG ma wystarczające zdolności dydaktyczne. Inni albo sami nie chcą utrzymywać kontaktu ze studentami i traktują nauczanie jako zło koniecznie, albo ze względu na fatalne podejście dydaktyczne, powinno im się tego kontaktu zabronić. Wraz z nową ustawą ten odsetek mocno wzrośnie.

Tak więc młodzi ludzie. Cicha rewolucja następuje. Uczelnie przestają być siedliskiem nauki i dydaktyki, a stają się wylęgarnią bezwartościowych i niepraktycznych artykułów. Psuje się atmosferę wśród pracowników, szczuje się ich nierealnymi datami i zniechęca do rozwijania pod względem dydaktycznym czy współpracy z przemysłem.

Za 3-5 lat Polska Uczelnia Wyższa będzie maszynką gdzie bezwartościowi dydaktycy produkują bezwartościowych ludzi. Tak więc drodzy maturzyści… olejcie uczelnie – one nic Wam nie dadzą.
Przez rok w dowolnej pracy nauczycie się więcej niż przez 5 lat na uczelni. Tym bardziej, że prawdopodobieństwo spotkania dobrego nauczyciela będzie większe w zakładzie pracy niż na wyższej uczelni.

czwartek, 01 grudnia 2011
mitologia stoczni

Stocznia Gdańska, Stocznia Gdyńska, Szczecińska - kto nie słyszał tych nazw. Stoczniowcy na równi z górnikami uchodzą za najbardziej walczących robotników /walczących o swoje prawa i przywileje/.

Gdańsk od dziesięcioleci żyje swoją stocznią. Tu wyrosła Solidarność, tu rozpoczął się upadek komunizmu. Wymieniać historyczno-politycznych aspektów można bez liku. Stocznia jest symbolem historycznym.

I dlatego nie powinno się jej na siłę utrzymywać.

Zdecydujcie się - czy chcecie mieć muzeum i mitologiczną część stoczni /ok to fajny pomysł/ czy zakład pracy, który zarabia pieniądze. W naszej Polskiej kulturze nie da się osiągnąć obu równocześnie.

O stocznie zawsze walczyli związkowcy. /o kopalnie zresztą też/ Zawsze zadziwiało mnie jak kolejni prezesi stoczni byli odwoływani /za niegospodarność itp/ a następnie zostawali przewodniczącymi związków zawodowych, którzy walczyli przeciwko nowym szefom i którzy mieli monopol na wiedzę jak należy stocznię uratować /jako prezesi jakoś wcześniej tego nie potrafili/.

Ostatnio rozmawiałem z ludźmi z innych regionów kraju, którzy utwierdzili mnie w przekonaniu, że stocznia jest postrzegana jako symbol bez którego Gdańsk (trójmiasto) nie może funkcjonować.

TO NIE JEST PRAWDA. Już prędzej Lotos takim symbolem powinien być, bo płaci większe podatki.

Trójmiasto bez swych wielkich molochów - stoczni świetnie sobie poradzi. Gadanie o tych tysiącach ludzi co zostaną zwolnieni - o tych setkach małych zakładów co upadnie bo nie będzie miało kogo zaopatrywać to tylko zasłona dymna, którą rozsiewają związki zawodowe.

Bo prawdą jest iż od kilkunastu lat cała walka o uratowanie stoczni /którejkolwiek/ to tak naprawdę walka tłustych obiboków ze związków zawodowych /czytaj: zwolnionych za niegospodarność prezesów, dyrektorów etc./, którzy nie chcą stracić pensji i przywilejów.

Dobro stoczni czy robotników ich nie interesuje. Ważne aby moloch jeszcze trochę istniał i płacił im pensje.

Bez wielkich stoczni trójmiasto i co ważniejsze robotnicy /ale tylko ci co znają się na pracy/ świetnie sobie poradzą.

Po pierwsze w trójmieście funkcjonuje KILKADZIESIĄT stoczni. Małe i większe zakłady pracy, ale sumarycznie zatrudniają tysiące ludzi. Te stocznie produkują jachty, katamarany, barki, kutry, promy i większe statki. Owszem nie produkują wielkich molochów - ale ich produkcja jest nieopłacalna gdyż azjatyckie stocznie są niedoścignione pod względem cen. Te dziesiątki stoczni to dobrze prosperujące zakłady BEZ związków zawodowych.

Po drugie stocznia Gdańska dobrze sobie radzi bo odkryła, że nie warto budować statków ale lepiej farmy wiatrowe i platformy wiertnicze. Zamówienia są ogromne, przetargi na statki też stocznia wygrywa - więc byt ma zapewniony.

Po trzecie - tu nie chodzi o statki, ale o przemysł metalowy. Nie chodzi o budowanie wielkich okrętów, ale o spawaczy, obróbkę stali itp. Siła robotników stoczni może być /i jest/ wykorzystana gdzieś indziej - budowa dróg, mostów, elektrowni wiatrowych, stadionów etc. Jeśli tylko zaakceptujemy fakt, iż naszym celem nie jest budowa wielkich statków i utrzymywanie darmozjadów - okaże się, że przemysł i ludzie ma rację bytu.

Tylko, że to wymaga pracy, wymaga jakiś dodatkowych szkoleń - wymaga aby po 20 latach robienia tego samego zająć się czymś innym. Kto ma fach w rękach, kto potrafi rozejrzeć się poza mit stoczni - ten ma pracę.

Bezrobocie w Gdańsku jest na poziomie 3-6%. Większość z tego to ludzie, którzy nie chcą pracować. Robotnicy pracę zawsze znajdą. Problem jest z związkowcami - dla nich nie ma miejsce w nowym świecie - są zbyteczni - są elementem, który tylko przeszkadza. I właśnie dlatego tak bardzo walczą o zachowanie mitu stoczni.

Dobrze radzę politykom - zostawcie stocznie w spokoju - niech nierentowne upadają, niech te dobrze zarządzane się rozwijają.

A związkowcom wybudujcie to muzeum i dajcie im w nim pracę jako strażnicy i sprzątacze... bo do niczego lepszego się nie nadają.

środa, 30 listopada 2011
wylęgarnie polityków

Słyszeliście, iż na uczelniach funkcjonują samorządy studentów i doktorantów? /Pewnie tak/ Słyszeliście, że co roku odbywają się wybory do tych instytucji? /Pewnie tak/ A czy kiedyś zagłosowaliście w takich wyborach? /Pewnie nie/ A czy kiedyś samorząd w czymś wam pomógł? /Pewnie nie/.

Samorządy studentów/doktorantów na uczelniach to najbardziej zdegenerowane instytucje jakie tam funkcjonują. Przebijają nawet biurokrację dziekanatu czy marudzenie związków zawodowych. Stanowią wylęgarnię przyszłych polityków, kombinatorów i oszustów.

Skąd takie mocne słowa? Przypatrzmy się jak taki samorząd funkcjonuje:

1. wybory - powszechne, równe /i inne takie bzdury/. W praktyce informacja o możliwości zgłaszania kandydatów nie zostanie wywieszona lub pojawi się na małej kartce w gablocie na uboczu. W rezultacie zgłoszeni zostaną tylko i wyłącznie krewni i znajomi królika /czyli znajomi komisji wyborczej/. Co więcej dla upewnienia się, że wygrają informacja o wyborach też nie jest rozgłaszana. /im mniejsza frekwencja tym większe znaczenie głosów kółeczka wzajemnej adoracji/

Dla przykładu Politechnika Gdańska. Zgłaszać kandydatów można było do momentu rozpoczęcia wyborów - więc wybory urządzono przez jedną godzinę na innym wydziale nie informując o tym nikogo poza osobami, które miały wygrać.

Jeśli już więc swoich przepchnęliśmy do samorządu zastanówmy się co możemy robić:

2. pieniądze - są to naprawdę duże kwoty. Np samorząd doktorantów na PG otrzymuje 50tys zł rocznie. Sztuką jest tak nimi dysponować aby inni otrzymali ich jak najmniej. Zaczynamy więc od nieinformowania np kół naukowych iż mogą ubiegać się o dofinansowania, ukrywamy regulaminy komisji socjalnych, tworzymy trudną i biurokratyczną drogę uzyskiwania takiego stypendium i co najważniejsze wydajemy kasę na organizowanie np wyjazdów integracyjnych, których głównymi beneficjentami będziemy my sami. /nie ma to jak wydać kasę uczelni na libację w gronie znajomych/

Przy odrobinie rozumu samorząd może ponad połowę kasy przekazać samemu sobie.

3. wiedza - samorząd jest informowany o zmianach w regulaminach, o zmianach w prawie o wszelakich nowościach, które maja wpływ na życie studenta. Wiedza ta to również władza i pieniądze. Można przecież nie informować studentów o tym, że zmieniły się zasady przyznawania stypendiów socjalnych, można nie mówić jakie w przyszłym roku będą progi średniej do stypendiów naukowych... można przemilczeć fakt istnienia projektów z funduszy UE, które finansują badania.

Samorządy kontrolują więc wybory, pieniądze, wiedzę... mają ogromną władzę. Co z nią robią? Bawią się w kółeczko wzajemnej adoracji, ćwiczą i szkolą się w maksymalnym wykorzystaniu władzy i pieniędzy.

Instytucja, która ma reprezentować studentów czy doktorantów stara się maksymalnie od nich odciąć i reprezentuje sama siebie. A ponieważ studenci to ciemna masa - nie potrafią zadbać o swoje interesy i nie potrafią nic zmienić.

Nie przypomina Wam ten opis czegoś? Przykładowo sejmu i polityków w nim, którzy jak już dorwą się do koryta to żadna siła ich nie wyciągnie. Ci politycy się gdzieś szkolili... gdzieś kariery rozpoczynali... a nie ma lepszej szkoły niż samorządy na uczelniach.

Jeśli ktoś z Was myśli, że kolejne pokolenie polityków będzie lepsze, że będzie miało ideały, że jako osoby przesiąknięte życiem w demokratycznym państwie staną się lepszą elitą...

... niech taka osoba przestanie się łudzić. Będą to gorsze szumowiny niż mamy teraz...

wtorek, 22 listopada 2011
niedopłaty i podwyżki

Zbliża się koniec roku... od stycznia czeka nas seria kolejnych podwyżek. Przy tej okazji warto przyjrzeć się jak firmy zaopatrujące nasze mieszkania w wodę czy prąd nas oszukują.

Mechanizm jest bardzo prosty i nawet nie ma co się nad nim zbytnio rozpisywać. Otóż na ogół płacimy co miesiąc (kwartał itp.) jakąś zaliczkę na poczet zużycia np prądu. Zaliczka jest tam jakoś obliczana na podstawie naszego dotychczasowego zużycia prądu - ale najczęściej na koniec roku musimy jeszcze coś dopłacić. Rozliczenie otrzymujemy w styczniu i za to co zużyliśmy, a nie zapłaciliśmy musimy rozliczyć się wedle nowych stawek.

Nie byłoby niczym trudnym rozliczyć zużycie przed podwyżką, ale z oczywistych względów nikt się ku temu nie kwapi. Pozostaje nam nie dawać się okradać i przykładowo w grudniu w ramach zaliczek zapłacić większą kwotę - aby nie mogli żadnej niedopłaty wykazać. Większość tych firm stosuje indywidualne rachunki i pieniądze nam nie zginą, a przy okazji trochę zaoszczędzimy.

piątek, 11 listopada 2011
Służba Zdrowia

Pewnie słyszeliście o problemach ze służbą zdrowia? O tym, że brakuje pieniędzy, że są limity, że kolejki do specjalistów mają po kilkanaście miesięcy?

Oto autentyczny przypadek opowiedziany mi przez znajomego...

Chorował on niezwykle rzadko, do lekarza chodził raz na rok, dwa w ramach badań okresowych zlecanych przez zakład pracy. Nigdy nie miał żadnych problemów zdrowotnych - słowem szczęściarz, którzy przez ostatnie 10 lat praktycznie nie miał styczności ze służbą zdrowia. 

Ostatnio jednak pojawiło się u niego kilka objawów sugerujących, iż może być chory na coś poważnego. /nie będę tu ich przytaczał i w opowieści będę używał ogólników/ Poszedł więc do lokalnej przychodni aby się zapisać do niej /wcześniej nawet tego nie zrobił/ i umówić na wizytę u lekarza. Formalności trwały 5 min, termin wizyty jeszcze tego samego dnia - szybka i sprawna obsługa.

Lekarz dał mu odpowiednie skierowania na kilka badań, które można było w przychodni wykonać. W recepcji dowiedział się, że kolejek prawie nie ma i na większość z nich może przyjść jeszcze w tym samym tygodniu - tylko na jedno musi 3 tygodnie poczekać. W tym punkcie opowieści znajomy był pod wrażeniem jakości i sprawności obsługi. Zastanawiał się gdzie te legendarne problemy ze służbą zdrowia.

Niestety wyniki badań potwierdziły, iż bardzo możliwe, że cierpi na poważną chorobę. Konieczna była konsultacja z lekarzem specjalistą. Nie był on dostępny w przychodni, więc znajomy otrzymał skierowanie i sugestię aby pójść z nim do jednego z dwóch szpitali gdyż tam kolejki są najmniejsze.

W szpitalach okazało się, że owe krótkie kolejki mają po 9 miesięcy. Bardzo mu zależało na szybkiej diagnostyce, więc zapytał, czy może zapłacić za wizytę u lekarza i zostać prywatnie przyjęty - okazało się, że szpitale nie uwzględniają takiej możliwości. Zaczął więc szukać prywatnych poradni i zarejestrował się w jednej z nich - tam kolejka miała miesiąc.

Musiał więc czekać te kilka tygodni...

Niestety zaczęły pojawiać się u niego nowe objawy - poszedł z nimi do lekarza w przychodni i usłyszał, że bardzo możliwe że jest chory na dwie niezależne choroby i trzeba zacząć również diagnozować i leczyć tę drugą. Otrzymał więc skierowanie do kolejnego szpitala gdzie wykonywano specjalistyczne testy. Na skierowaniu był dopisek lekarza - "pilne!". Znajomy otrzymał też antybiotyki, które miały przeciwdziałać chorobie /miał je brać nawet bez rozpoznania choroby/.

W owym specjalistycznym szpitalu nie przejęli się dopiskiem "pilne" i powiedzieli, że kolejka jest 3 miesięczna. Znajomy po raz kolejny zapytał czy może zapłacić za owe badanie - i znów usłyszał, że nie ma takiej możliwości i przyjąć go mogą co najwyżej do szpitala jeśli jego stan się pogorszy i będzie stanowił zagrożenie dla jego życia.

Wrócił więc do swego lekarza i usłyszał, że nie mają wyboru i czekając na diagnostykę pierwszej choroby drugą będą leczyć w ciemno - mając nadzieję, że to ona, a nie nic jeszcze poważniejszego.

Znajomy jest więc już 3 miesiąc w trakcie diagnostyki. Kolejne badania nie dają jednoznacznych odpowiedzi na które choroby cierpi. Pojawiają się u niego kolejne objawy ale kolejki są nieubłagane.

Pod koniec roku kalendarzowego nie ma szans na spotkanie z jakimkolwiek specjalistą, nie ma szans na wykonanie jakiegokolwiek poważnego badania. Jedyne co można robić to odwiedzać lekarza pierwszego kontaktu i wspólnie z nim wróżyć z fusów.

Podsumowując - nie chorujcie na nic trudnego do zdiagnozowania bo doktora House'a z dostępem do wypasionego sprzętu diagnostycznego u nas w Polsce - NIE MA.

wtorek, 05 lipca 2011
oczekiwanie

Znacie problem szeregowania zadań?

Polega on na tym aby tak ułożyć kolejność wykonywania zadań jakiegoś działania, aby skończyć je jak najszybciej /są jeszcze inne rzeczy optymalizowane, ale detale nie będę się zagłębiał/. Dla przykładu rozważmy gotowanie obiadu - robimy spaghetti. Oto co musimy wykonać:

- zagotować wodę na makaron, następnie ugotować makaron

- podsmażyć mięso, dodać sos, przyprawić

- przełożyć makaron i gotowe mięso na talerz

- zetrzeć ser i udekorować danie

Dodatkowo chcemy podczas tej pracy posprzątać kuchnię, pozmywać naczynia etc...

Sztuką jest to tak zaplanować aby zrobić to szybko i jednocześnie nie być zmuszonym do wykonywania wielu czynności jednocześni:

wstawię wodę do zagotowania, wrzucę mięso na patelnię, przyogotuję rzeczy do zmywania (porządek na suszarce, poznosić talerze etc), przypilnuję mięsa, zacznę zmywać w tym czasie zrobię sobie krótkie przerwy na wrzucenie makaronu czy zamieszanie mięsa, dodam sos, przygotuję tarty ser i talerze, postaram się aby mięso i makaron skończyły się przygotować mniej więcej w tym samym czasie, wyłączę gaz odcedzę makaron, wyłożę na talerze, dodam mięso i ser. Gotowe.

Brzmi banalnie. Danie jednak jest proste. Sztuką jednak jest przy bardziej skomplikowanych odszukać najbardziej krytyczne momenty (te które musimy wykonać dość szybko). W przypadku tego dania takim momentem jest wstawienie wody do zagotowania. Jeśli zrobimy to zbyt późno makaron będzie musiał nadal się gotować nawet jeśli mięso już się zakończyło.

Takie szeregowanie zadań stosujemy w codziennym życiu. Optymalizujemy działania i staramy się nie robić przestojów i synchronizować zakończenie kilku prac aby cieszyć się efektem końcowym.

W firmach też optymalizują. Mówi się, że pracownik musi być wydajny - czyli wykonać jak najwięcej pracy w określonym czasie. Czasem jednak szybkości działań nie da się zwiększyć. Czasem brakuje jakiegoś surowca i produkcja stoi, czasem ktoś zalega z przelewem i nie możemy mu nic więcej wysłać, czasem ktoś nie podjął ważnej decyzji.

Oczekiwanie to najczęściej wykonywana przez nas praca. Czekamy na decyzje, czekamy na odpowiedzi, czekamy na instrukcje... czekamy...

W dużych firmach z hierarchiczną strukturą oczekiwanie pojawia się jeszcze częściej. Dział reklamy tworzy koncepcję - ta musi być zatwierdzona przez dyrektora, koncepcja jest realizowana, grafik wykonuje pracę, potem dyrektor znów ją zatwierdza, księgowa musi dokonać wpłat, ale przed tym należy przygotować umowę, którą dyrektor też musi pospisać. /a teraz wyobraźcie sobie sytuację, iż dyrektor wyjechał na urlop/

Zależność naszych działań od decyzji innych jest wąskim gardłem każdego zadania. Firmy nie powinny skupiać się na zwiększaniu wydajności pracowników /a przynajmniej nie tak bardzo/ a raczej na skracaniu drogi decyzyjnej i etapów oczekiwania.

Kupiłem mieszkanie... załatwiałem kredyt... etapów oczekiwania było tu bardzo dużo:

- idę do doradcy i mówię, co potrzebuje - potem czekam tydzień na przygotowanie oferty;

- idę do zakładu pracy i proszę o zaświadczenie o zarobkach - muszę czekać do kolejnego dnia na jego przygotowanie;

- dostarczam dokumenty i czekam tydzień aż bank przygotuje całą umowę;

- idę podpisać umowę;

- deweloper otrzymuje po kilku dniach pieniędze, a ja mieszkanie;

- teraz czekam aż deweloper podpisze ze mną umowę notarialną;

- teraz idę do sądu założyć hipotekę pod kredyt;

- czekam dwa tygodnie na decyzję sądu, potem 30 dni na uprawomocnienie się decyzji;

- zanoszę papierki do banku, czekam w kolejce;

- załatwianie kredytu zakończone

95% czasu stanowiło oczekiwanie...

 

Z przykrością muszę stwierdzić, że struktury hierarchiczne są konieczne, ale nie są wydajne pod względem oczekiwania. Im powazniejsza decyzja tym przez więcej szczebli powinna przejść i zostać zatwierdzona. Każdy szczebel wprowadza zwłokę we wprowadzaniu decyzji w życie. Popatrzcie na przetargi na budowę autostrad. Dłużej trwa przetarg i ustalanie wykonawcy od samego wykonywania prac. /a niech jeszcze nastąpi rozwiązanie kontraktu i zmiana wykonawcy (tudzież nowy przetarg)/

W moim codziennym życiu też większość mojej pracy to oczekiwanie na innych. Oczekiwanie na akceptację projektu, budżetu, uwagi, płatności... Szczęśliwie zajmuję się wieloma projektami jednocześnie i czekając na decyzję w jednym mogę robić coś innego. Nie oznacza to jednak, że taki stan rzeczy jest słuszny i akceptowalny.

To zupełnie jak gotowanie obiadu, gdzie po włączeniu wody uświadamiasz sobie, że musisz iść do sklepu po mięso, a po skończeniu gotowania całego dania zauważasz, że wszystkie talerze są w zmywarce, której program kończy się za godzinę, a co gorsza żona własnie zadzwoniła, że spóźni się dwie godziny... jaki był więc sens gotowania obiadu tak szybko? Po co było tyle czekać?

czwartek, 09 czerwca 2011
okazję należy umieć zauważyć

Słyszeliście o problemie szkolnictwa w Polsce? O tym, że instytucje są niedofinansowane, że pieniędzy nie starcza na bieżące potrzeby o nieodpowiednim wyposażeniu klas? /Ja bardzo często słyszałem/.

Przez ostatni tydzień diametralnie zmieniłem swój światopogląd na ten temat. Szkołom nie brakuje pieniędzy, szkołom brakuje osób które potrafią zarządzać. Dyrektorem administracyjnym szkoły nie powinien być księgowy rozliczający przychody i rozchody, ale specjalista potrafiący pozyskiwać dodatkowe środki. Księgowy gwarantuje tylko i wyłącznie rozliczanie zagwarantowanych środków, księgowy nie zdobywa nowych.

Drugim problemem szkoł to kadencyjność władz (szczególnie szkół wyższych). Władze /zupełnie jak rządy/ nie przejmują się tym co będzie po wyborach. Pracują przez swoją czteroletnią kadencję i nie dopuszczają aby jego następca miał jakieś zyski z ich pracy. Nie ma perspektywistycznego myślenia. Jest tylko tu i teraz.

Odwiedziłem ostatnio kilkanaście szkół w trójmieście (gimnazja, licea, szkoły wyższe). Wszędzie przychodziłem z propozycją wynajęcia całej szkoły na dwa tygodnie w wakacje. Gwarantowałem stosowne umowy, ubezpieczenie mienia i co najważniejsze niemałe pieniądze dla szkoły. W zamian chciałem zorganizować dużą międzynarodową konferencję na terenie szkoły.

Reakcje osób z którymi rozmawiałem były bardzo różnorodne i ukazują niezwykły przekrój tego, jak niewłaściwa osoba na niewłaściwym stanowisku może przyczyniać się do upadku instytucji.

Oto lista rodzajów rozmów jakie przeprowadziłem:

1. "nie planujemy tyle do przodu"

- "powiada Pan że chce Pan wynająć szkołę za dwa lata? Niestety nie wiemy co będziemy robić za dwa lata i nie będziemy ryzykować wiązaniem się umowami" /to może zacząć czas przewidywać trochę do przodu/

- "dwa lata to kupa czasu, dyrekcja może się zmienić i co Pan wtedy zrobi jak nie będzie zainteresowana współpracą" /dlaczego nowa dyrekcja ma nie chcieć zarobić?/

- "mój urząd jest kadencyjny, nie będę podejmował decyzji tyle do przodu. Ktoś może mnie zastąpić i nieprzychylnie patrzeć, że podpisywałem umowy nie mając pewności, iż będę w czasie ich realizacji piastował to stanowisko" /tia... raczej nie ma ochoty swoimi decyzjami dać następcy zarobić kilka punktów/

- "my nawet nie wiemy, czy nasza szkoła będzie wtedy istnieć" /a to akurat całkowicie akceptowalny argument/

2. "bo się zniszczy"

- "powiada Pan tysiąc osób przez dwa tygodnie... to oni mi ściany pobrudzą..." /to kupię farbę i odmaluję mu szkołę/

- "my w wakacje chcemy remontować a nie dalej dewastować naszą szkołę" /remonty to częsta rzecz w wakacje, ale nie każdy trwa 2 miesiące i można je dostosować terminowo/

- "czy Pan sobie wyobraża, jak nasze gimnazjum będzie wyglądać po pana konferecji?" /na pewno lepiej niż przy codziennym użytkowaniu przez kilkuset gimnazjalistów/

- "a kto to wszystko posprząta?" /wynajęty zespół sprzątaczek?/

3. "proszę mi nie zawracać głowy"

- "to renomowana szkoła, nie mam czasu na głupoty" /jeśli kilkadziesiąt tysięcy to głupota dla dyrektorki to gratuluję jej umiejętności zarządzania/

- "nie wiem czy chce mi się poświęcić czas na zapoznawanie się z Pańską ofertą" /to proszę wrócic do gry w sapera, a ja idę dalej/

4. "powód zawsze się znajdzie"

- "W wakacje szkoła jest otwarta tylko do 18, musiałabym nająć drugiego woźnego do pilnowania" /jeśli to jest największy problem kierowniczki to gratuluję sprawnego zarządzania/

- "musiałabym zobaczyć Pańskich uczestników i dopiero wtedy wyrazić zgodę /nie ma sprawy, sprowadzę tysiąc osób rok wcześniej aby Panu pokazać/

- "możemy umówić się na spotkanie za kilka tygodni, teraz jest końcowka roku i mam sporo pracy" /i przez dwa tygodnie nie może znaleźć 15min na wysłuchanie kogoś/

 

W tym tłumie ludzi, którzy nie potrafią zauważyć okazji kiedy puka do ich drzwi było kilku, którzy swoją postawą udowodnili, że zajmują odpowiednie stanowiska:

- "to bardzo ciekawa propozycja, proszę mi więcej opowiedzieć"

- "proszę mi powiedzieć, czy widzi Pan tu miejsce lub sposób na promowanie naszej szkoły?"

- "muszę przyznać, że nigdy czegoś takiego u nas nie było i rozmach projektu sprawia duże wrażenie - muszę dokładniej się z tym zapoznać i przemyśleć"

- "no na pewno dzięki Panu byśmy zarobili więcej niż na koloniach - będę musiał porozmawiać z Panią dyrektor i ją przekonać"

niedziela, 04 lipca 2010
meldunek i głosowanie

No i urzędnicy mnie załatwili... wszystko przez to, że chciałem być dobrym obywatelem i dopełnić moich obowiązków.

Pojechałem do rodzinnego miasta aby się wymeldować. /Od 10 lat tam już nie mieszkam/ Do tej pory wynajmowałem mieszkania, więc zmiana meldunku nie była mi na rękę. Teraz, kiedy mam juz swoje mieszkanie uznałem, że warto zaktualizować dane i zacząć płacić podatki w mieście gdzie się mieszka i pracuje.

Poszedłem więc do urzędu i zabrałem od urzędniczki dwa druczki - jeden meldunkowy, drugi aby głosować w dowolnym miejscu. Wypełniłem i daję kobiecie. Ta szybko wpisuje coś na komputerze, po chwili otrzymuję zaświadczenie o wymeldowaniu oraz informację:

- ale zaświadczenia Panu nie mogę wydać

- dlaczego?

- bo nie jest Pan zameldowany

Zonk... w kilku kolejnych zdaniach dowiedziałem się, że zaświadczenie system może wydać tylko osobie zameldowanej i że gdyby pani w okienku moje papierki przyjeła w odwrotnej kolejności - wszystko byłoby ok.

Zirytowałem się.

W Gdańsku zameldować się już nie zdążyłem. Papierka nie mam - i w wyborach udziału brać nie mogę - a nawet chciałem! Ciekawe kogo zaskarżyć mam za złamanie moich konstytucyjnych praw.

 

piątek, 18 czerwca 2010
komunikacja w firmie

Autentyk z firmowych sposobów komunikacji:

Bohaterowie:

dział promocji:

- szefowa

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział przynieś, podaj, pozmaiataj

- szef

- człowiek "przynieś, podaj, pozamiataj"

dział szefa projektu

- kierownik

 

Kierownik potrzebuje logotypu. Dzwoni do Działu PPP i informuje szefa:

- potrzebuję logotypu.

Szef działu PPP po odłożeniu słuchawki do podwładnego:

- wyślij kierownikowi logotyp.

- ale mamy tylko w złej jakości - odpowiada podwładny

- wyślij co mamy.

Podwładny wysyła pisząc w mailu, iż to wszystko co mamy, możliwe że dział promocji będzie miał coś lepszego.

Dzień kolejny

Kierownik do szefa działu PPP

- to co przysłaliście się nie nadaje

- dobrze, zobaczę co da się zrobić

Szef działu PPP do podwładnego

- mamy jakieś logotypy?

- tylko to co wczoraj wysyłałem

- to może promocja ma?

- może ma...

- to zadzwoń i niech kierownikowi wyślą

Podwładny dzwoni do działu promocji:

- kierownik potrzebuje logotypu

- niestety nie ma człowieka PPP - odpowiada szefowa - a on się tym zajmuje

- no dobrze, to proszę mu przekazać, jak się zjawi aby wysłał logotyp do kierownika

- dobrze przekażę

Moja godzina

Kierownik do szefa działu PPP

- gdzie mój logotyp?

Szef działu PPP do podwładnego

- gdzie mój logotyp?

- promocja miała wysłać

Szef działu PPP do szefowej działu promocji:

- możecie wysłać logotyp do kierownika?

- tak, za chwilkę

Szef działu PPP do kierownika

- za chwilę promocja wyśle

Po 15 min kierownik do szefa działu PPP

- jeszcze mi nie wysłali. Możesz ich pogonić?

Szef działu PPP do szefowej promocji

- wysłaliście już?

- tak wysłaliśmy

Szef działu PPP do kierownika

- już poszło.

 

Autentyk! Jedno głupie logo i pełno telefonów, bo kierownik nie potrafi wprost do odpowiedniego działu zadzwonić...

 

poniedziałek, 14 czerwca 2010
nowe okno na świat

Moje nowe mieszkanie, to nie tylko 4 okna w pokojach, ale również konieczność zorganizowania jakiegś połączenia internetowego.

Przezornie zacząłem myśleć o tym dość wcześnie. Podzwoniłem po różnych firmach pytając się, czy oferują pod moim adresem net... wszędzie odpowiadali, że nie. Tylko jedna /nazwijmy ją firmą T/ wzięła moje dane i powiedziała, że może za tydzień się odezwą jak sprawdzą co i jak. /oczywiście tego nie zrobili/

Widząc ciemne chmury wokół mego podłączenia do sieci zdecydowałem się na wykupienie abonamentu transmisji danych w PLAY. Było to najtańsze rozwiązanie. Niestety nie przypadło mej żonie do gustu, gdyż aby ona mogła szaleć na necie musiałem zostawiać komórkę w domu /a wtedy nie miała do mnie kontaktu/.

Zadzwniłem więc do dewelopera. Pytam czy wiedzą, kto w ich blokach dostarcza net... a oni że firma T. Zdziwiłem się... zadzwoniłem więc do firmy T i pytam jak z netem... a ci, że nic nie wiedzą.

Kolejny dzień, akurat jechałem do dewelopera, więc w sekretariacie załatwiając papierkowe sprawy wspomniałem o owej firmie i ich podejściu do mnie jako potencjalnego klienta. Usłyszałem, iż nawet umowę mają z firmą T podpisaną i będą wyjaśniać co i jak.

Pojechałem więc do firmy T. Pani, z którą rozmawiałem stwierdziła, że umowa z deweloperem to jedno, a zapotrzebownie to drugie. /dała mi do zrozumienia, że potrzeba kilkunastu zgłoszeń, aby oni zaczęli coś robić - a tyle to lewie mieszkań u mnie sprzedano/

Zły, wpadłem na diaboliczny plan: poprosić znajomych aby podszywając się pod właścicieli lokali (które nie były jeszcze sprzedane) wyrażali zaintresowanie netem. W ten sposób firma miałaby swoich kilkanaście zgłoszeń, a kiedy by przyszło do instalacji tamci by zrezygnowali tłumacząc, iż rozmyślili się.

Desperacja w chęci zdobycia połączenia sieciowego sprawiła, iż plan wydawał mi się wart realizacji. Na szczęscie wkrótce zadzwoniła pani z firmy T aby umówić się na spotkanie z monterem.

Teraz jako jedyny w bloku /jak widać nie potrzebowali kilkunastu zgłoszeń, tylko "zachęty" od dewelopera/ mam net. Nawet w opisie routera bezprzewodowego wpisałem numer mieszkania i "internet za piwo", więc sąsiedzi będą wiedzieć gdzie się zgłaszać w razie kłopotów :)

 

środa, 17 lutego 2010
Plany zajęć

Układanie planów zajęć jest problemem trudnym. Nie istnieje żaden algorytm na zadowolenie wszystkich. Z jednej strony grupa chce mieć zajęcia bez okienek, z drugiej należy liczyć się z ograniczoną liczbą sal i godzin, z trzeciej prowadzący mają uwagi dotyczące tego w jakie dni chcą pracować, z czwartej wszystko to musi się układać w spójną i w miarę zbalansowaną całość.

Nic więc dziwnego, że o rozkładzie zajęć dowiadujemy się na ostatnią chwilę. Na uczelni często ktoś szedł w niedzielę wieczorem zobaczyć czy wisi już plan na poniedziałek. Studenci się irytują, mówią o nieodpowiedzialności itp. Nie wiedzą jednak, że prowadzący zajęcia są w dokładnie TYM SAMYM położeniu.

O naszych planach zajęć dowiadujemy się wtedy, kiedy studenci. Nasz wpływ na to jak on wygląda jest niewielki. Jedyne co możemy zrobić to wypełnić ankietę i zaznaczyć, którego dnia nie chcemy prowadzić zajęć (gdyż np. mamy inną pracę). Na dodatek nikt nam nie gwarantuje, iż nasz postulat zostanie uwzględniony /oficialnie to tylko nasze sugestie/.

Jesteśmy w dużo gorszej sytuacji niż studenci. Oni mogą sobie pozwolić na zignorowanie zajęć w poniedziałek o 8 rano /o których nie wiedzą/. Jeśli natomiast prowadzący by o nich nie wiedział, to już problem. Niewielu studentów ma dwa kierunki, za to większość prowadzących pracuje na dwóch uczelniach /a często i nawet na więcej/.

Układanie mojego planu zajęć jest niezwykle interesujacym zjawiskiem. Wszystko opiera się na minimalizowaniu szans na kolizje.

Musiałem ustalić następujący schemat:

- jeden dzień na uczelni I (1 zajęcia),

- dwa dni w pracy,

- pozostały czas na uczelni II (5 różnych zajęć),

- dodatkowo są pewne dni i godziny kiedy tych zajęć nie może być ze względu na inne obowiązki (np rada wydziału).

Teraz dochodzą priorytety:

- na plan uczelni I nie mam żadnego wpływu - co dostanę (losowo) tak musi być

- na plan na uczelni II mam minimalny wpływ - ale i tak wszystko sprowadza się do dobrej woli prowadzącego

- na grafik w pracy wpływ mam w 90% /o ile zostanie mi czas aby do niej chodzić/

 

W praktyce ustalanie planu wygladało tak:

- telefon do uczelni I - "kiedy prawdopodobnie będą zajęcia" - odpowiedź: "nie we wtorek i czwartek". /co mi w niczym nie pomaga/

- telefon do uczelni II - "jeszcze nic nie wiemy"

- telefon z pracy - "proszę ustalić swój grafik pracy na kolejny miesiac, gdyż musimy to wiedzieć z wyprzedzeniem" - /na szczęście miałem zaległy urlop to go tam wpisałem/

- informacja z uczelni II - "jeden przedmiot na pewno we wtorki"

- informacja z uczelni I - "zajęcia w środy" /uff/

- ptanie od szefa z pracy - "jak masz zajęcia bo chcę wziąć tydzień urlopu?" /nie mam pojęcia/

Aktualnie czekam na plan z uczelni II. Za 5 dni w najbliższy poniedziałek zaczynają się tam zajęcia. Wtedy również mój szef ma urlop /mój jest dopiero w przyszłym miesiącu/. Nie może mnie również zabraknąć na uczelni I. Do tego miałem umówić spotkanie w sprawie pracy badawczej - ale chyba sobie na razie odpuszczę.

 

Studenci - myślicie, że macie duży problem, bo nie znacie planu?

środa, 03 lutego 2010
dupotrucie i ochrona danych osobowych

Dziś o tym, jak to ja innym dupę truję.

Przez lata współpracy z zarzadem Polskiego Stowarzyszenia Go musiałem przebijać się przez wiele biurokratycznych barier oraz spełniać dziesiątki /moim zdaniem bezsensownych/ wymogów. Przykładowo: co rok wprowadzali zmiany w sposobie rozliczania paliwa (o których zawsze informowali mnie po fakcie). Jakby nie było, duża część tych irytujących spraw należy do grupy, gdzie jeśli znajdzie się dobra wola u obu stron można to załatwić w sposób nieskompikowany.

Polskie prawo ma wiele luk, nieścisłości i cała sztuka skutecznego zarządzania polega na ich znajdowaniu. Najgorsi są ludzie: "rób wszystko dokładnie wedle zasad, a jak nie ma zasady to jej szukaj".

Kilka lat męki z takimi agentami potrafi nieźle zirytować człowieka. Teraz przyszedł czas odpłacenia pięknym za nadobne.

Przez 30 lat listę rankingową PSG prowadził jeden człowiek. Na początku tego roku zrezygnował z funkcji, gdyż zarząd przez wiele miesięcy nie zrobił nic, aby stworzyć nowy system informatyczny tej listy. Skończyło się na tym, że listę przejął członek zarządu i w miesiąc zmuszony był stworzyć jakąś wstępną wersję (i nawet mu to wyszło).

Tu wkraczam ja /kierując się czystą złośliwością/. Zażądałem wykreślenia z listy rankingowej (wedle regulaminu mam do tego prawo), dodatkowo zażądałem zakończenia przetwarzania moich danych osobowych. To już stanowi problem. Baza danych stworzona do tej wstępnej wersji listy nie przewidywała czegoś takiego. Co więcej, prowadzący nie spodziewał się, że ktoś poruszy kwestię ochrony danch osobowych.

Sprawa nie jest taka prosta. Do tej pory lista rankingowa istniała dzięki dobrej woli jej uczestników, ale niezgodnie z prawem polskim. Gdyby dobra wola funkcjonowała dalej problemu by nie było. Jak pisałem wystarczy, że dwie strony się nią wykazują i problemy znikają. Ja jednak, na zasadzie "wdzięczności' za przeszłe kłody, wyrzuciłem im na drogę ładunek całego tira.

Zgodnie z prawem każda baza danych osobowych musi być zgłoszona do GIODO (Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych). Muszą być zachowane odpowiednie standardy ich przetwarzania, osoby to robiące posiadać przeszkolenie, a osoby z listy wyrazić zgodę na przetwarzanie.

ŻADEN z powyższych punktów nie jest spełniony. Więc nic dziwnego, że PSG ma problem. Jak trzeba też potrafię truć dupę, być złośliwym i irytować. Proszę zarządzie PSG wypij teraz to całe piwo nieżyczliwości, które sobie warzyliście przez ostatnie lata.

Skończy się oczywiście na nerwach /niech dla odmiany teraz oni się denerwują/, konsultacjach z GIODO /ptaszki ćwierkają, iż już to robią/ i konieczności pytania każdego uczestnika listy z osobna, czy wyraża zgodę na przetwarzanie danych osobowych.

Efekt będzie jeden. Lista rankingowa mająca aktulanie niecałe 300 nazwisk (w okresie świetności było to ponad 500) zmniejszy się jeszcze bardziej.

 

sobota, 09 stycznia 2010
3-dniowe szkolenie sprzątaczki za 2 tys zł

Podobno Polska jest na pierwszym miejscu pod względem wykorzystania środków z UE. Źródeł tego sukcesu wcale nie doszukiwałbym się w rzeczach pozytywnych. Polacy potrafią wykorzystać każdą okazję do dorobienia, fundusze UE są jedną z nich.

Gdybym miał zgadywać na podstawie doświadczenia - powiedziałbym, że co trzecia złotówka otrzymana w ramach projektów idzie do prywatnych kieszeni. Zawyżone faktury, znajomi będący podwykonawcami projektów, nieodpowiednie zakupy itp... możliwości jest sporo i każdy je skwapliwie wykorzystuje.

Nie są to wcale małe kwoty, jak ktoś kiedyś powiedział "jak kraść to miliony".

Przykład z pobliskiego podwórka:

Jest sobie pewna firma sprzątająca z Poznania. Udało jej się otrzymać 4,5 mln zł dofinansowania (sam projekt jest o wartości 7,5 mln zł) na "podnoszenie kwalifikacji pracowników". Wedle projektu 2500 osób będzie brało udział w szkoleniach.

Teraz pomyślcie trochę. Szkolić będą sprzątaczki - osoby, które zarabiają grosze. Z projektu wynika, że na osobę przeznaczą prawie 2 tys zł. W ramach 3-dniowego szkolenia wydadzą na sprzątaczkę jej 3 miesięczne wynagrodzenie?

Jakkolwiek szczytne dokształcanie pracowników nie jest - łatwo sobie tu wyobrazić wszelkiego rodzaju oszustwa:

- wkład własny - skąś te 2 mln wkładu własnego muszą mieć, na szczęście nie musi to być gotówka. Doliczmy paliwo samochodów firmowych /oficjalnie to nimi pracownicy byli dowożeni/, doliczmy materiały biurowe /które i tak by kupili do codziennej działalności/, komórkę prezesa też warto doliczyć /i każdego dyrektora/, do tego prąd, koszty kampani promocyjnej wśród pracowników itp... jakoś 2 mln bez wydawania dodatkowej złotówki się znajdzie.

- osoby szkolone - cieżko znaleźć 2 tys sprzątaczek. Ale to też nie problem. Zatrudniamy osobę, wysyłamy ją na szkolenie, oficjalnie wydaliśmy na to 2 tys, nieoficjalnie 300zł. Pracownika zwalniamy. Taka osoba jest zadowolona bo ma papierek, my bo wyrabiamy normę.

Dochodzi do takich paranoi, że na szkolenie wysyła się osoby, którym w poniedziałek wręczy się dyscyplinarkę... /no ale kasa leci, więc co się przejmować/

- poczęstunek i inne atrakcje - bez nich szkolenia się nie obejdą, w ramach tych finansów szeregowi pracownicy świetnie się bawią, prezesi upijają najdroższymi alkoholami w lokalu obok. Dla firmy też coś musi zostać, więc kupi się zapas kawy i cukru na rok, upominki itp.

 

Dwa lata życia za pieniądze Unii. Kraść nie umierać.

 

Ktoś kiedyś wpadnie na pomysł napisania projektu, którego celem będzie sprawdzanie innych projektów, a potem dorobi się milionów na łapówkach.

 

wtorek, 05 stycznia 2010
Historia pewnego stowarzyszenia

W ostatnich latach jestem świadkiem powstawania dziesiątek nowych stowarzyszeń. Wystarczy zebrać kilkanaście osób /podpisów/, przepisać od kogoś statut i wykosztować się na wpis do KRS-u. Co za to mamy? Praktycznie nieograniczone możliwości składania wniosków o dofinansowanie z Unii Europejskiej.

Kasa, która idzie na stowarzyszenia jest ogromna. Przyjaciele kultury, stow. miłośników truskawek, klub dobrych zwyczajów żeglarskich... każdy pomysł ma szansę na realizację.

W ten sposób Unia daje nam obywatelom możliwość działania. Wszędzie gdzie znajdzie się kilkanaście osób chętnych do zebrania się pod jednym sztandarem - można zdobyć pieniądze.

Gros tych nowych stowarzyszeń powstało tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nazywam je stowarzyszeniami jednego projektu. Powstają, składają wniosek, otrzymują dofinansowanie i jego członkowie żyją z tych pieniędzy.

Nawet władze widzą ten problem /to chyba wystarczająco świadczy o jego skali/ dodając w rubryce wniosku pozycję: wiek instytucji ubiegającej się o dofinansowanie.

Mimo tego wątpliwej jakości postępowania jest bardzo dużo stowarzyszeń, które są prężnie działającymi instytucjami pomagającymi setkom, a nawet tysiącom ludzi.

Są też inne przypadki, z których jeden chciałbym przedstawić.

 

Polskie Stowarzyszenie Go istnieje od prawie 30 lat. To bardzo dużo. W czasie tego okresu zmieniło się w nim wszystko i to nawet kilkukrotnie. Najpierw była to grupa znajomych, chcących działać i regularnie spotykających się na turniejach goistycznych. Była to mała grupa nie mająca pieniędzy, ale i też nie mająca aspiracji podboju świata /tudzież Polski/. Marzenie, iż każdy w kraju będzie wiedział przynajmniej co to Go - było nieosiągalne.

Potem przyszedł boom przełomu lat 90 i nowego wieku. Liczba goistów rosła lawinowo, pojawiło się wielu ambitnych i chętnych do pomocy działaczy, do stowarzyszenia dołączały osoby w całej rościągłości wiekowej. Można było optymistycznie patrzyć w przyszłość. Wciąż nie było pieniędzy, ale za to były chęci i zrealizowano wiele wspaniałych projektów.

Rok 2004 okazał się przełomowy - po raz pierwszy stowarzyszenie miało pieniądze (i to całkiem niemałe). Był to również moment krytyczny w którym wszystko zaczęło się psuć.

Dziś stowarzyszenie jest na poziomie sprzed 15 lat. Liczba goistów spadła trzykrotnie, osoby chętne do pomocy można policzyć na palcach. Nie realizowane są żadne projekty mające popularyzować go w nazym kraju... wszystko się skończyło... dlaczego?

Winą można obarczać wszystko i wszystkich. Każdy może przedstawić sensownie brzmiący argument, który w jakimś stopniu będzie opisywał przyczyny upadku PSG.

Dla mnie najważniejszym powodem jest samolubne uwielbienie idei stowarzyszenia. Czyli zapatrzenie się w samego siebie bez spoglądania w realia.

Zarząd PSG w ostatnich latach dąży do stworzenia z Go sportu umysłowego, już nie hobby, ale dziedzina sportu jak szachy czy warcaby. Wszystko pięknie tylko zapomina się w tym wszystkim o ludziach.

200 aktywnych turniejowo graczy (co najmniej 2 turnieje w roku) i kilka osób działających w środowisku to za mało! Go nie jest znaną grą, nie jest popularna, nie ma siły przebicia. Pomimo swego potencjału jest nieatrakcyjna dla osób z zewnątrz. Celem Polskiego Stowarzyszenia Go przez lata była popularyzacja Go, dziś kończy się na zamykaniu się w swoim małym światku i próbach wprowadzania reform, którym większość jest przeciwna.

Przez ostatnie lata zarządy skutecznie zniechęciły do działania wielu goistów. Lokalni działcze, od których w największym stopniu zależał czynnik popularyzacji odeszli. Czy to z powodu personalnych peturbacji, czy nieakcetpowania kierunku zmian w jakim zmierzało PSG. Pozostał zarząd, pozostały pieniądze i nic więcej. Głowa bez ciała, gdyż jego członki uznały, iż lepiej sobie radzą bez niej.

Tak długo jak władze PSG nie zrozumieją, że siła stowarzyszenia tkwi nie w regulaminach, nie w autopromocji, ale w charyzmie członków, tak długo nic nie ulegnie poprawie. Ludzi nie interesują kolejne regulaminy, czy kolejne turnieje mające wyłonić reprezentanta na jakiś zagraniczny event /od lat jeżdżą te same osoby/. Szarych członków nie interesuje patos, ich interesuje możliwość działania na lokalnym poletku. Ich nie interesuje nowy regulamin klubów afiliowanych i prawa i obowiązki z nim związane, ich interesuje miła i życzliwa współpraca.

Bycie miłym i życzliwym jest najważniejsze - tak rodzi się współpraca.

Niestety te czasy odeszły w zapomnienie. Co rok, dwa jest łapanka na nowy zarząd PSG, co roku nie ma chętnych lub osoby, które się zgłoszą szybko się poddają. W ten sposób z roku na rok jakoś zarządu i zarządzania ulega obniżeniu... degeneracja.

Kto dziś jest we władzach?

prezes - jeden z najsilniejszych graczy w naszym kraju. Wielokrotnie reprezentował nas za granicą. Jako gracz osiągnał bardzo wiele, niestety jako prezes jest introwertykiem bez charyzmy. No i wciąż dochodzi argument jego przeciwników, którzy mówią iż nie jest w jego interesie (jako reprezentanta kraju) rozwijać Go, gdyż zwiększa mu to konkurencję.

vice-prezes - człowiek, o którym mało środowisko słyszało, aż do momentu, kiedy zaczął na nowo się udzielać. Jest dobry w tworzeniu regulaminów i praw i niestety w niczym innym. Jego pierwsza próba skończyła się wielkim oburzeniem ze strony innych graczy, iż może istnieć tak betonowa persona, która widzi tylko zasady i regulaminy a nie widzi ludzi.

kolejny vice - we władzach stowarzyszenia był już wielokrotnie, niczym nigdy się nie wykazał. Kolejna osoba bez charyzmy i interpersonalnych umiejętności. Kiedyś jako organizator najwiekszego międzynarodowego turnieju w Polsce spóźnił się godzinę, każąc ludziom czekać pod drzwiami (komórki oczywiście nie odbierał, bo po co). Przyszedł nikogo nie przeprosił, rzucił głupim tekstem i kazał wszystkim grać dalej.

szeregowy członek - jeden z tych, który jest pierwszy raz we władzach stowarzyszenia. Osoba, która wedle idei powinna uczyć się od starych i jednocześnie wnosić powiew świerzości. Problem w tym, że od starego betonu nie ma czego się uczyć, a wszelkie inicjatywy są skutecznie przez nich torpedowane.

drugi młody szeregowy członek - a raczej członkini - osoba o wręcz niespotykaniej umiejętności anty PR-u. Ona chcąc dobrze, robi wszystko tak, że na niespotykaną skalę obraża innych. Organizując inwentaryzację sprzętu wysyła do klubów takie listy, których niby łagodna treść sprawia, iż otwiera się nóż w kieszeni. Osoba, która na dużej imprezie nie zauważała, że żadna grupa ludzi nie chce z nią rozmawiać, ani mieć nic wpólnego. Osoba, która mimo to siadała i zaczynała mówić... o sobie...

 

Tak wygląda aktualny zarząd w zwierciadle mego bloga. Karykaturze, która jednak mówi trochę prawdy - brakuje charyzmy, brakuje ludzkiego podejścia, brakuje woli współpracy. Są regulaminy, są pieniądze, jest granie na przetrwanie. Doskonale się tu wpasuje motto, które kiedyś umieścił na stronie PSG drugi vice... brzmiało ono miej więcej: najważniejsze to nie przegrać.

Nic więcej. Żadnych ambicji, nie mówimy o zwycięstwie, ale o uniknięciu klęski.

Polskie Stowarzyszenie Go jest umierającym tworem, które w swojej wieloletniej działalności ma najlepsze i najpełniejsze regulaminy, wysyła wielu reprezentantów za granicę, dysponuje sporymi środkami finansowymi i nie ma żadnych mniej lub bardziej charyzmatycznych osób, które chcą temu stowarzyszeniu pomagać.

Paradoks, czy też brak niszy do istnienia takiej współpracy?

 

 
1 , 2