O interakcjach niekoniecznie mile widzianych
sobota, 19 czerwca 2010
problem roku...

Pamiętacie bombę milenijną? Wszystko polegało na tym, że kilkadziesiąt lat wcześniej programiści nie przewidzieli, iż ich dzieła będą używane po roku 2000 i na przechowywanie aktualnego roku poświęcili tylko dwie pozycje /wtedy byli oszczędni i nie szastali pamięcią :)/.

Za dawnych czasów ludzie bardziej w przyszłość wybiegali. Majowie swój kalendarz do 2012 zrobili. Podobnie jak programiści nie przewidzieli, że ich dzieło może dotrwać tego roku. /może też spodziewali się, że do tego czasu będzie lepszy sposób na zapisywanie kalendarza/ Załatwili nam więc pluskwę roku 2012.

Cholera wie dlaczego kalendarz kończy się akurat na 2012... Gdyby to była okrągła liczba może i bardziej prawdopodobna byłaby teoria, iż po prostu im się więcej nie chciało... a tak 2012 elektryzuje de... tzn. ludzi rozgarniętych inaczej. /żona stwierdziła, iż jeśli użwam już obraźliwych określeń, to mam być bardziej kreatywny/

Kilka stwierdzeń do przemyślenia:

- oni nie znali Chrystusa. Mieli swój system datowania i możliwe że ich 2012 to bylo ich 1337 /nie mogłem się powstrzymać/ i uznali, że to ładna data, aby zakończyć pracę,

- co ma większe prawdopodobieństwo: śmierć nadzorującego budowę kalendarza, czy fakt, iż potrafili przewidzeć koniec świata?

- czy majowie mieli tylko JEDEN kalendarz? Tylko jeden przetrwał? A może cały czas mówimy o jednym konkretnym - największym, który najbardziej do przodu był datowany, a wszystkie inne olewamy, ponieważ rok w którym się skończyły minął i końca świata nie było...

- kalendarz jest podobno na ścianie jakiejś świątyni... może się ściana skończyła... /żona mi podpowiada, że ściana podobno jest tam okrągła - no cóż to doszli do końca okręgu :)/

 

Mam propozycję dla de... /znaczy osób oświeconych inaczej/ wierzących w koniec świata w 2012. Udowodnijcie mi jak bardzo wierzycie w to i zabijcie się dzień przez rzekomą apokalipsą... Dzięki temu - kiedy wstanę kolejnego dnia będę wiedział, że świat stał się lepszym miejscem. /no i IQ na planecie drastycznie wzrosło/

23:44, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lutego 2010
dupotrucie i srebrny medal

Oto fragment wywiadu z Adamem Małyszem z onet.pl:

Jak wyglądał pana dzień? Przed kwalifikacjami miał pan problemy ze snem. Czy teraz było podobnie?

- Rzeczywiście wczoraj już o piątej godzinie byłem na śniadaniu. Oczy mnie bolały i chodziłem taki trochę "przytrzymany". Wczoraj poszedłem sobie spać koło 23. Chciałem pospać do szóstej, ale o czwartej godzinie Stefankowi (Hula, mieszka z Małyszem w jednym pokoju - przyp. red.)... zadzwonił telefon i obudziłem się (śmiech). Nie mogłem zasnąć ponownie. Chyba godzinę patrzyłem w sufit, ale udało się. Obudziłem się o szóstej. Proszę Stefanowi wybaczyć. A wiem też, kto do niego dzwonił - biuro obsługi klienta (śmiech).

 

Widzicie! Zalewają spamem nawet sportowców. Złe biura obsługi klienta dwonią w dzień i w nocy. Chcę wiedzieć CO TO ZA FIRMA! Który operator komórkowy w sposób pośredni zabrał metry naszemu mistrzowi! Czas rozpocząć bojkot :)

 

10:55, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
promocja promocji z niepowtarzalnym rabatem

Słowo 'promocja' jest dziś już tak powszechnie używane, że straciło ono swoje pierwotne znaczenie. Przechadzając się po marketach nie myślimy już w kategoriach 'okazji' i 'wyjątkowej możliwości', lecz rzeczy normalnej i oczywistej - całkowicie oczekiwanej. Sądzę, że widząc na witrynach sklepów w jakimś centrum handlowym napis "u nas nie ma żadnej promocji" zachęciłby mnie bardziej do wejścia niż standardowe teksty "promocja 70%".

Specjaliści od marketingu muszą przeciwdziałać temu osłabieniu znaczenia słowa 'promocja'. Dochodzi więc do wielu różnych zabiegów - niektórych nawet z pogranicza legalności prawa.

Ile można zwiększać promocje? Tyle ile się da... czasem lepiej podnieść cenę podstawową aby promocja wydawała się lepsza, czasem pisząc "-60%" bazujemy na naiwności klienta, który spodziewa się, iż kreska przed procentami to minus, a nie myślnik. /co w rezultacie daje nam realną promocję 40%/. Często po wejściu do sklepu okazuje się, że największe promocje są na rzeczy absolutnie nas nie interesujące, a rzeczy, które rzeczywiście chcemy kupić są w normalnych cenach.

Do tych wszystkich sztuczek mających zachęcić nas do wejścia do sklepu dochodzą okazje jednodniowe, drugi towar za pół ceny i dziesiątki innych...

Tylko, że to bardzo powszechne i nikogo takie zagrania marketingowe dziś nie dziwią.

Dochodzimy więc do etapu wyżej... zaczynamy się bawić słowami. Teraz już nie ma 'końcówek kolekcji' - jest 'outlet'. Brzmi innaczej, bardziej intrygująco. Jeszcze chwila, a rozpocznie się adaptowanie słów z chińskiego, aby tylko zwiększyć ich egzotykę.

W Gdańsku jest cenrum handlowe "Fashion House", które reklamuje się jako "centrum outletowe trójmiasta". Pięknie brzmi, co? Przetłumaczmy na polski: centrum mody, gdzie można kupić resztki kolekcji. To w końcu moda tam króluje czy ciuchy, które nie sprzedały się gdzie indziej?

Marketing opiera się na daniu kupującemu wrażenia, że nie może zmarnować szansy, że później już nie będzie tak fajnie. Teraz i tylko teraz jest ta jedna i niepowtarzalna okazja.

To jednak wielkie kłamstwo. Popatrzmy sobie na przykładzie sprzętu elektronicznego: zaczynamy od świątecznych okazji, tanie TV, super rabaty. Po świętach słyszymy reklamy o poświątecznych wyprzedażach, potem wiosenne końcówki modeli, potem nowy sprzęt w super cenie, potem wakacyjne obniżki, wrześniowe promocje, kolejna jesienna koncówka modeli, okres przedświąteczny...

Wychodzi więc, że tani telewizor można kupić tanio zawsze.

Kiedyś kupiłem monitor... byłem bardzo zadowolony z osiągniętego współczynnika cena/jakość. Po 3 miesiącach w każdym sklepie ten model był tańszy. Po roku kosztował 50% ceny.

Czy im się to opłaca? Czy w ciągu roku zmieniono proces technologiczny produkcji? A może gdzie indziej są oszczędności? Nie... Po prostu nowy sprzęt sprzedaje się po 100-200% ceny, a później wraz z czasem stopniowo rezygnuje się z zysków, ale nie bądźmi naiwni, nikt elektroniki poniżej kosztów opłacalności nam nie sprzeda.

Od przeszło 10 lat nowy dysk do komputera o najlepszych parametrach kosztuje około 1 tys zł. Nie ważne jaka firma, jaka technologia - to zawsze tyle samo.

Później po przeleżeniu w magazynach roku, dwóch ten sam dysk jest warty 1/3 ceny.

 

Za nowość się płaci.

Jeśli ktoś mi reklamuje nowy model w promocyjnej cenie, to ja wolę poczekać 3 miesiące, wtedy to będzie niższa promocyjna cena, albo po kolejnych 3 miesiącach: super promocja ostatki modeli.

Wystarczy czekać... pytanie czy chcemy, lub czy marketingowcy nie przekonają nas, iż towar chcemy WŁAŚNIE TERAZ, a nie później.

 

Aż się przypomina scena z "powrotu do przyszłości" gdzie ktoś narzeka, iż sąsiedzi mają lepszą mikrofalówkę robiącą coś w kilka sekund szybciej.

 

A Twój nowy telewizor może mieć 400Hz, co da Tobie niepowtarzalne możliwości delektowania się obrazem /jakby oko, którego częstotliwość rejestracji to 25Hz widziało różnicę/.

 

 

09:51, trucie-dupy , spam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 grudnia 2009
spamowanie Boga

Okres przedświąteczny skłania do rozważań. Niekoniecznie odpowiednich i niekoniecznie zgodnych z nauką Kościoła /jakiegokolwiek/. Myśleć jednak warto, rozum jest czymś co powinno się używać.

Zaczynajmny więc.

Założenia: Bóg jest /jakikolwiek/, jest wszechmocny i wszechwiedzący /czyli odrzucamy wizję personifikacji/, no i dał nam wolną wolę /wszyscy ciągle o tym zapominają/.

Spamujemy Boga każdego dnia, te wszystkie myśli, zwane modlitwami, które wznosimy do niego stanowią niezły burdel. Nawet w jakiś filmach widziałem już przedstawienie tychże modlitw w postaci maili. Taka boska skrzynka jest przepełniona.

Dla Boga problemem nie jest przeczytanie tego wszystkiego. Dla niego nie powinno być problemem nic związanego z obsługą swojej poczty. To naszym problemem jest aby nasz mail /modlitwa/ nie trafiła do katalogu spam.

Tu zaczyna się cały kłopot.

Że boskie konto pocztowe ma katalog spam to rzecz pewna - w końcu nie wszystkie modlitwy się spełniają i nie jesteśmy świadkami tysięcy cudów na godzinę. Co więc tam trafia? Standardowe teksty o rzeczy materialne, prośby wynikające z zawiści czy innych egoistycznych cech, modlitwy mechaniczne.

To wcale nie jest proste pytanie. Można jednak trochę się zastanowić, poszukać w własnym rozumku i tekstach pisanych. Można również pomyśleć jakie my byśmy na miejscu Boga stosowali filtry anty-spamowe.

Jak dla mnie, muszą być spełnione tylko dwa warunki: wiara i dobre życzenie. Niestety z oboma jest kłopot. Bo czym jest ta wiara? To jakiś stan ducha, umysłu, może nieodkryta przez fizyków siła, bateryjka ładująca maszynkę cudów? Wiara w działanie modlitwy jest istotna. Jedna dobrze podparta gorącym pragnieniem prośba jest więcej warta od godzin zdrowasiek. Z drugiej strony jednak dla różnych osób wiara jest zupełnie czymś innym. Dla niektórych to fakt akceptowania istnienia Boga, dla innych ślepe posłuszeństwo, jeszcze dla innych manifestowanie swych poglądów. No bo babcia chodząca codziennie do kościoła i odmawiająca zdrowaśki, słuchająca Radia Maryja na pełen regulator i plująca na ateistów nie wierzy? Oczywiście, że wierzy... tylko czy w odpowiedni sposób. Czy też może nie wysyła swoich maili na zły adres, lub co gorsze śle na dobry ale w załącznikach ma wirusy.

No i dobre życzenie, tu też jest problem. Chęć samochodu, czy innego materialnego badziewia nie koniecznie musi być zła, ale prawdopodobieństwo jest spore, że zostanie wycięta na słowach kluczach przez filtr. Na pewno rzeczy, które zaburzają wolną wolę innych odpadają /zupełnie jak te maile z viagrą/.

No i pozostaje jeszcze ostatnia kwestia. Realizacji modlitwy. Fizyczny dowód na istnienie cudu jest prosty. Cud to niezwykle małoprawdopodobne zjawisko. A takie są możliwe. Tak samo jak możliwe jest, że na ziemi samoistnie powstanie metr sześcienny próźni, tak samo może zniknąć rak u chorego i inne takie. Współczesne teorie fizyczne mówią jedno - to możliwe. Więc Bóg mając do dyspozycji całkiem niezłe narzędzie w postaci teorii kwantowej ma szerokie pole do podpisu. Jednak Jego pomysłowość w realizacji naszych modlitw jest przez nas niedoceniana.

Jeśli poprosimy o zdrowie przyśle nam lekarza, którego powinniśmy się posłuchać, jeśli o jedzenie da nam nasiona do posadzenia, jeśli o sukces zawodowy sprawi, że gdzieś pojawi się ogłoszenie o naszej wyśnionej pracy, jeśli poprosimy o wsparcie nas w naszych słabościach postawi nam kilka kłód więcej abyśmy mieli kiedy poćwiczyć.

Bóg nie realizuje niczego na 100%, stosuje metodę minimalnej energii i nierozpieszczania nas. Po co przestawiać miliardy atomów skoro wystarczy jeden.

Tak więc Wesołych Świąt, miłego spamowania i aby nam wszystkim rozumu starczyło, aby dojrzeć odpowiedzi na nasze maile do Boga.

 

12:10, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 grudnia 2009
dlaczego nie robię LSG?

To pytanie, które ostatnimi czasy każdy mi zadaje.

Nie ma na nie jednej, konkretniej odpowiedzi /niestety "Bo TAK" nie działa w tym wypadku/. Dlatego też chciałbym tu przedstawić kilka powodów, które to razem sprawiają, że Letnia Szkoła Go w tym roku jest odwołana.

1. Ile razy można? Robiłem LSG już pięć razy. Każdorazowo poświęcając swój urlop, czas i nerwy. Marzą mi się wakacje, podczas których przyjadę na alaskę wypocząć - a nie pracować.

2. Zmęczony jestem - ostatnio bardzo dużo pracuję, do reszty pochłania mnie moja praca zawodowa, doktorat i projekty, które realizuję. Zbyt mało czasu poświęcam mojej kochanej żonie. Już teraz z niecierpliwością myślę, o wakacjach i możliwości wypoczynku.

3. Bo PSG jest złe - o moich bojach z Polskim Stowarzyszeniem Go mówiłem wielokrotnie. Myślę, że dobrze na tym wyjdę ja i dobrze wyjdzie stowarzyszenie, jeśli odsunę się od goistycznych rzeczy i zostawię ich w spokoju.

 

Dlatego proszę, nie zadawajcie mi pytań typu "dlaczego?". Te trzy główne powody winny chyba wystarczyć. Wszystkim, którym Letnia Szkoła Go i sama Alaska przypadła do gustu zapraszam na coś innego:

Wakacje z Planszówkami

Nie jestem organizatorem tego obozu, jest nim Jacek - właściciel Alaski. /co tak naprawdę dla was jako potencjalnych uczestników nic nie zmieni/ Ja przybędę na niego jako taki sam uczestnik jak wy, jako taki sam zmęczony człowiek, który przyjedzie na Alaskę aby wypocząć, nabrać sił i zrelaksować się.

Nawet szykuję na tę okazję koszulkę z napisem: "nie jestem organizatorem, nie zadawaj mi pytań" :)

 

 

11:21, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009
spamerzy z Cenega Poland

Wydawałoby się, że Cenega to taka porządna firma. Niestety nic bardziej mylnego, są oni dla mnie najbardziej dokuczliwymi spamerami zalewającymi moją skrzynkę pocztową.

Ale od początku.

Jest sobie portal - Kompania Graczy. Portal stworzony przez cenegę, gdzie można rejestrować zakupione gry, zdobywać punkty, brać udział w promocjach etc. Dużo tego jest, ale nikomu nigdy nie radzę rejestrować się tam.

W ramach rejestracji oczywiście należy wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych, oraz na otrzymywanie mailem informacji reklamowych. Tu właśnie zaczyna się problem, gdyż potrafią wysyłać kilka maili dziennie. /w życiu nie widziałem, aby potral rzekomo poważnej firmy tak intensywnie spamował/ Pewnego dnia się tak zirytowałem kolejnym badziewnym ogłoszeniem, że postanowiłem, iż mam gdzieś nędzne promocje firmy cenega i nie chcę już ich otrzymywać.

Loguję się więc na konto i odznaczam pole wyrażające zgodę na spam. Tu pierwsza niemiła niespodzianka: "błąd, musisz wyrazić zgodę"

/ale ja nie chcę! po cholerę w dziale edycja danych mogę odznaczyć pole spamujcie mnie, skoro i tak nie mogę tego zrobić?/

Podejście nr 1 okazało się niemożliwe do zrealizowania... czytam więc regulamin... w nim, że mogę wysłać maila o wycofaniu zgody na przetwarzanie danych osobowych za pomocą specjalnego formularza.

Loguję się więc na konto, używam formularza. Wpisuję odpowiednią formułkę i już się raduję na samą myśl, że nie dostanę już spamu z kompani graczy.

Niestety nie... okazało się, że cenega nie tylko ma niedorobione formularze, ale i pracowników.

Pomimo, iż aby wysłać ową deklarację musiałem być zalogowany na konto i wysyłałem je z owego konta, dostałem maila od pracownika, iż muszę podać mój komplet danych osobowych aby zostać usuniętym z ich systemu.

/że co? mam podać im wszystkie dane osobowe, tylko po to aby przestali ich używać? Paranoja, to w banku wystarczy pessel czy imiona rodziców do autoryzacji/

Zirytowałem się ostro. Oczywiście danych nie podałem...

Zdecydowałem się na podejście nr 3. Zgodnie z ich regulaminem dane konta muszą być prawdziwe inaczej zostanie ono skasowane. Podmieniłem więc je na jakieś bzdury i moje jakże nabardziej negatywne opinie o ich portalu.

I co?

Ano nic... cholery nie chcą stosować tego punku. Adres e-mail (którego nie da się zmienić) jest dla nich ważniejszy.

Co do do jasnej cholery za standardy obsługi klienta? Robi się w koncie pole do odznaczenia tylko po to, aby nie można było tego zrobić. Tworzy się specjalne formularze kontaktowe, tylko po to aby później kolejny raz domagać się identyfikacji użytkownika. Ktoś powiedziałby, że to wysoki standard zabezpieczeń...

Gówno, a nie wysoki standard... po prostu nie chcą stracić adresów mailowych do spamowania.

 

Wiem jedno, gry cenegi już w życiu nie kupię... nikomu też nie radzę rejestrować się na tym portalu. Jeśli rzekomo poważna firma tak traktuje klientów, to mam ją gdzieś. Mam nadzieję, że owa notka trafi kiedyś przed oczy pracownika cenegi, mam nadzieję, że starczy mu wtedy rozumu aby pojąć, iż niepochlebne opinie o firmie są istotniejsze, niż jeszcze jeden adres e-mail do spamu.

 

21:59, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
ignorancja warszawiaka

Często myśląc o warszawiakach, przypomina mi się pewne badanie w Wielkiej Brytani: zapytano dzieci "skąd się bierze mleko" - najpopularniejszą odpowiedzią było "z supermarketu".

Oni są podobni do dzieci z tego dowcipu - zapatrzeni w swoją stolicę /ze śmierdzącym szczynami dworcem centralnym/ zapominają o istnieniu reszty kraju. Dla warszawiaka wszędzie musi być dostępny Internet, miasta bez metra są prowincjonalnymi miejscowościami /ciekawe, co mieszkańcy Moskwy czy Londynu muszą myśleć o jednej lini metra Warszawy?/. Warszawiak uchodzi za warszawiaka nawet, jeśli urodził się w zupełnie innym mieście i jest tylko napływowym robotnikiem.

Od lat organizuję obozy namiotowe dla młodzieży i dorosłych. Pomimo, iż mają one charakter bardzo survivalowy i nie oferuję żadnych wygód (pole namiotowe to gospodarstwo agroturystyczne w Borach Tucholskich - miejsce gdzie cywilizacja jeszcze nie dotarła) warszawiacy wciąż zakakują mnie pytaniami:

- czy na polu namiotowym jest bezprzewodowy internet? /że niby co? tam sieci komórkowe mają problem z zasięgiem/

- czy należy przywieźć własne wyżywienie? /tak, oczywiście, w okolicy jest 5 wiosek i w żadnej nie ma sklepu spożywczego/

- czy należy przywieźć własne piwo? /no owczywiście, to bezalkoholowe pole namiotowe/

- czy będą telewizyjne transmisje meczów? /no jasne, zrobimy kino samochodowe w szczerym polu/

- czy będzie dostępna kuchenka gazowa? /niestety oferujemy tylko kuchnię na paliwo stałe - drewno i nie, nie mamy piły mechanicznej - jest siekiera/

- czy są tam motorówki do wypożyczenia? /co jest takiego trudnego w słowie: dzicz?/

- mam samochód sportowy o niskim zawieszeniu, czy te polne drogi są równe? /w Polsce nawet drogi asfaltowe nie są równie/

- czy są tam korty tenisowe? /przykro mi, ale mamy tylko pole golfowe/

- moje dzieci codziennie oglądają bajki na laptopie, czy będzie możliwość doładowania go tam? /po co jedziesz na obóz w dzicz?/

- po ile jest tam paliwo? /taniej niż u was/

- mam samochód na gaz czy będzie tam możliwość zatankowania go /zadupie, zadupiem, wskaż na mapie Polski miejsce gdzie w promieniu 40km nie ma stacji LPG/.

- czy widać tam gwiazdy? /niestety, ale brak nocnej łuny świateł miejskich utrudnia ich oglądanie/

- czy są w pobliżu supermarkety? /spożywczy nie wystarczy?/

i moje ulubione:

- jaka będzie pogoda przez te dwa tygodnie? /ekhem?/

 

Problemy warszawiaków już po przyjeździe na obóz też należą do wyjątkowych:

- ci młodzi ludzie wieczorami imprezują (w głównej sali w stodole), czy nie można ich uciszyć? /chyba łatwiej namiot rozbić trochę dalej, co?/

- tu są kleszcze! /aha.../

- te grzyby w lesie są robaczywe! /aha.../

- dlaczego ktoś wyzbierał wszystkie jagody przy drodze na jezioro? /nie mam pojęcia.../

- pada deszcz! /widzę.../

- nikt nie porąbał drewna do pieca w kuchni /możesz być pierwszy/

- dlaczego nie puszcza tu się muzyki techno? /ponieważ organizator jest metalem/

- to dzicz, dlaczego nie można tu rzucać niedopałków na ziemię? /nie chcemy aby popielniczki się marnowały/

I na koniec jak zawsze najlepszy kwiatek:

- czy powietrze jest tu jakoś inaczej zjonizowane, bo mój telefon komórkowy wyładowuje się w ciągu jednego dnia? /myślę, że ma to związek z ciągłym próbowaniem znalezienia sieci/


14:54, trucie-dupy , spam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009
jestem prostym facetem

Nie lubię utrudniać sobie życia i nie lubię kiedy inni starają się to czynić. Każdego dnia wchodzę w interakcje z wieloma osobami. Nie zawsze jest to przyjemne i mile widziane.

Inspiracją do tego bloga stały się właśnie owe sytuacje. Będę tu pisał o przeprawach w urzędach, o kolejkach na pocztach, o spamie w mailach, telefonach i smsach, o pseudo-promocjach, pseudo-okazjach i reklamach, które mnie wciąż bombardują. Chcę przytoczyć dialogi i wypowiedzi, które choć często pozbawione sensu w dobry sposób obrazują naszą rzeczywistość.

Wygląda ona następująco: wciąż ktoś coś ode mnie chce; wciąż coś muszę załatwiać.

Ja jestem prostym facetem /nie mylić z prostakiem/, lubię działać szybko i sprawnie, nie poświęcać sprawom więcej czasu niż to konieczne /tudzież więcej niż planowałem/, codzienne wydarzenia jednak mnie nie rozpieszczają pod tym względem. Stwierdziłem więc: coś dobrego jednak z tego wyniknąć musi...

...no to niech wynikną notki.... dużo notek.

 

19:30, trucie-dupy , spam
Link Dodaj komentarz »